Park Etosha

Park Narodowy Etosha to jedno z najbardziej znanych miejsc w Namibii i praktycznie obowiązkowy przystanek na drodze przez ten kraj. Zajmujący prawie 23tys. kilometrów kwadratowych teren został ustanowiony jako rezerwat zwierzyny przez niemieckiego gubernatora von Lindenquista w 1907 roku. W czasach apartheidu, władze kraju w ramach polityki obronnej zmniejszyły powierzchnię do obecnych rozmiarów, co i tak plasuje Etoshę na pierwszych miejscach największych parków narodowych świata.

Mając w pamięci dobre zwyczaje zwierząt, które uaktywniają się wieczorem i nad ranem, fundujemy sobie pobudkę o świcie.
Wjeżdżamy od strony Andersson Gate – znowu ten Andersson! Tym razem okazuje się, że nie tylko w Waterbergu pojawił się jako pierwszy, ale również zeksplorował Etosha Pan, czyli rozległą, pozbawioną roślinności, płaską depresję i solnisko o powierzchni 4760 km², które zajmuje niemal ¼ parku.

Przy bramie kobiety z plemienia Himba siedzą i sprzedają rękodzieło. Wpatruję się w nie zafascynowana, widząc, jak obrazy dawniej widziane tylko w książkach pojawiają się nagle przede mną. To jednak nie „Kobieta na krańcu świata”. Himba wyglądają niestety jak wklejone na potrzeby turystyczne, totalnie nieprzystające do otoczenia parku i wielkich pick-upów parkujących przed wejściem. Dzieciaki biegają wokoło i robią sobie zdjęcia komórką, mimo że niektóre jako jedyne ubranie mają zbudowaną z małych muszelek opaskę biodrową. Przypomina mi się spokany na Isla Grande ciemnoskóry chłopiec z Kolumbii. Też miał komórkę. Też udawał, że robi zdjęcia. Udawał, bo komórka nie działała, co nie przeszkadzało mu nią w nas celować i coś pstrykać. Taka niby nowoczesność, taki niby lepszy świat.

Po opłaceniu wjazdu długa, asfaltowa droga prowadzi do pierwszego „miasteczka – campu”, Okaukuejo, w którym gromadzą się zajeżdżające tłumnie terenówki. Nikt nie ma volkswagena polo. Hm, ciekawe czemu? Jak zwykle musimy inaczej, musimy pod prąd. Albo po prostu po swojemu.
Piotrek kupuje mapkę z nazwami i rysunkami zwierząt, które w Etoshy można spotkać i w miarę upływu czasu stajemy się masterami w ich rozpoznawaniu. No dobra, może nie wszystkich, bo jednak kilkaset gatunków ptaków zdecydowanie nas przerasta, ale staramy się ogarnąć przynajmniej ssaki.

Wczesna pobudka okazuje się dobrą decyzją. Obierając drogę przeciwną do wszystkich, czyli na północ, jedziemy spaloną słońcem szutrówką początkowo poprzez wyschniętą glebę z rachitycznymi krzaczkami, a następnie przez porośniętą trawami niby-sawannę. Już w pierwszej godzinie widzimy zatrzęsienie pustynnych wiewiórek, strusie, szakale i hieny. Początkowo wydaje się nam, że te ostatnie dokańczają właśnie jakiś lekko podśmierdły posiłek, jednak nie możemy się bardziej mylić. Spotykamy bowiem całą rodzinkę, gdzie samica nadal karmi swoje młode, co wyjaśniało ich spokojne zachowanie i chęć pozostania w jednym miejscu, chowające się w cieniu przy drodze.


W wielu krajach Afryki Południowej każdy sezon i pora roku ma w sobie coś unikalnego. Jedni radzą w porze suchej, inni w deszczowej. Jedni latem, inni zimą. Nasz termin wyjazdu ustalony został niejako odgórnie, nie zastanawialiśmy się więc nad rzeczami, na które nie mamy wpływu i których nie możemy zmienić. Listopad to jednak miesiąc, w którym większość zwierząt ma młode, co nadaje niesamowitego uroku już i tak unikalnym wrażeniom. Przekonaliśmy się o tym niejednokrotnie. Bo z jednej strony mała hiena, z drugiej mała zebra, a za chwilę znowu małe słonie.
W towarzystwie całego stada. Potem kolejnego. I jeszcze jednego. Zjazd rodzinny, spęd, kłębowisko szarych, ogromnych zwierząt przy wodopoju, w szczytowym momencie ktoś naliczył 53 sztuki. I tak jest co chwilę. Zwierzęta gromadzą się masowo i tłumnie przy wodnych zbiornikach przyciągani niewidzialną siłą niczym klienci do sklepów na black friday.
Podobnie, jak na Spitsbergenie – miejscami napotkane zwierzęta w pierwszym odruchu chcą uciekać, ale przytrzymuje je na miejscu naturalna ciekawość. Czasem nawet zaczepnie podchodzą, chcąc przekonać się, z jakim dziwnym gatunkiem mają tym razem do czynienia.

Nagle widzimy zgrupowanie terenówek – tam musi coś być! Podjeżdżamy bliżej, mały samochodzik wciska się pomiędzy słusznych rozmiarów napędzanych na cztery koła pakerów na sterydach. Wytężamy wzrok, patrzymy…Są! Lwy! Lwice raczej! Te akurat odpoczywają, ledwie unosząc łby i patrząc na nas z politowaniem, ale kolejnego dnia spotykamy pięknego samca, który pewnie tak naprawę nazywa się Simba i kiedyś został animowany.

Rozczulamy się dikdikami, liczymy napotkane żyrafy. Wytężamy oczy, bo w oddali dzięki zatrzymanym przy drodze samochodom (tam musi coś być!) udaje się dostrzec odpoczywającego pod drzewem lamparta i geparda.

W końcu pewne zwierzęta przestają już robić wrażenie, choć skupiamy się też na mniejszych, nie tylko ogromnych ssakach. Na ptaki już nikt nawet nie zwraca uwagi, obfitość jest po prostu zbyt przytłaczająca, żeby spokojnie chłonąć wszystko.

Tym bardziej, że po pewnym (długim) czasie fizjologia bierze górę nad nostalgią i nawet adrenalina spotkania lwów nie potrafi zmienić faktu, że zwyczajnie czas do toalety.

Przez Etoshę, podobnie jak przez park Krugera, można jechać prywatnym samochodem. Nie zdawaliśmy sobie jednak do końca sprawy, że praktycznie nigdzie nie można wysiadać z pojazdu. Wszędzie uwaga, uwaga cośtam, nie opuszczaj pojazdu, bo cię zjedzą, zaatakują. A droga daleka, jeździmy cały dzień, po wodopojach, które wiadomo z czym się kojarzą, podskakujemy na szutrach, które wiadomo co wzmagają.
W końcu priorytetem stają się nie tyle miejsca największego zagęszczenia zwierząt, ale miejsca oznaczone cudownie zbawiennym znakiem „T”, czy „P”, czyli „miejsca piknikowe” Wyskakując na szybko nie wiem właściwie, dlaczego tak przestrzegają przed wychodzeniem. Do kibelka wyjść trzeba było, a miejsca te nie były w żaden sposób specjalnie odgrodzone.
Wyjazd bramą zachodnią, po przejechaniu niemalże całej długości parku, nocujemy na campingu Tamboti.

Nogi przykurczone w jednej pozycji nie chcą odkleić się od siedzenia, a idąc lekko utykamy.
Otulina parku zapewnia jednak ciągłe wrażenia. Niektóre, całkiem estetyczne, w postaci przypominającej gekona białej jaszczurki z intensywnie niebieską głową, inne, trochę mniej estetyczne, w postaci niepięknego skorpiona przy łazience. Patrzę na swoje stopy w japonkach i obiecuję sobie zacząć w końcu nosić trapery.

Powoli przyzwyczajamy się do namiotów, płaskiego i twardego materaca i niezliczonych odgłosów. Brzęczenia, trzaskania, obijania się ciem i robactwa w zdecydowanie nadmiernej obfitości o materiałowe ściany naszego mobilnego domu. Niepodrabialnych dźwięków ptaków, spadających kropli deszczu chłodzących upał. O ile potrafimy godzinami zachwycać się antylopami, jaszczurkami czy niesamowitymi krajobrazami, tak wolelibyśmy, by przedstawiciele owadów (a w szczególności pajęczaków – Piotrek), nieco mniej agresywnie rościli sobie prawa do otwartej przestrzeni. Niektóre ważki i chrabąszcze na sterydach o zmroku wykazują wręcz tendencje samobójcze, atakując źródła światła z głośnym trzepotem skrzydeł i chrzęstem chitynowych pancerzyków.

Żegna nas błyskająca piorunami burza, wystrzeliwująca swoje wieczorne fajerwerki.

Dodaj komentarz