Paracas i Huacachina, czyli peruwiańska Jastarnia i Słowiński Park Narodowy

Alternatywny tekst

Do Paracas ciągnęło nas z jednego względu – zwierzęta! Dużo zwierząt, przede wszystkim ptaków, żyjących i spokojnie produkujących tony guana na Islas Ballestas, oddalonych o zaledwie pół godziny rejsu od brzegu. No cóż, trzeba dosadnie przyznać, że gówno pozwoliło się miejscowości rozwinąć, a chwytliwy pseudonim „Galapagos dla ubogich” uczyniło z niej turystyczną mekkę.

Dotarliśmy po zmroku, nie spodziewawszy się za wiele po dwóch ulicach na krzyż i wymienianej w relacjach sennej atmosferze. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy w głuchą noc zaczęły przebijać się dźwięki największych latino – hitów, a w budynku nieopodal rozkręciła się regularna impreza! Nie oceniaj książki po okładce, ani Paracas po pozorach.
Nasz hostel tym razem okazał się trochę brudny, trochę hippisowski, ale generalnie do zaakceptowania (taaak, na śniadanie znowu bułki z dżemem…). Otwarty na świat, ludzi i hm, dość mroźne, nocne powietrze. Po raz pierwszy ucieszyłam się, że Piotrek przeforsował wzięcie śpiwora. Różnice temperatur są niewiarygodne, w słońcu (pyk, równo o 6:00 rano) można się nieźle opalić, po zachodzie (pyk, równo o 18:00 wieczorem), zakładamy polary, kurtki i tankujemy herbatę.
O ósmej rano stawiliśmy się w porcie, razem z ilością turystów prawdopodobnie podwajającą liczebność małej wioski, ale pelikany w porcie łagodziły obyczaje, dzień powoli budził nas do życia, a kiedy wsiedliśmy na łódkę (co z tego, że nie żaglową) i poczuliśmy fale Oceanu Spokojnego, wiatr i znajomy rybny zapach, nic więcej do szczęścia potrzebne nie było:) Wkrótce poczuliśmy również zgoła inny zapach, jako że Islas Ballestas to główny producent guana użyźniającego pustynne tereny na zachód od Andów, a także (dawniej głównie) na eksport. Kupa na eksport, dobry interes.
Przy samych wyspach oczy nam się świeciły, aparaty praktycznie nie opuszczały rąk, migawki trzaskały a ja byłam wdzięczna za teleobiektyw, dzięki któremu widzę znacznie lepiej niż przez swoją urągającą krótkowzroczność.
Setki tysięcy ptaków, harmider jak na targu, uważać trzeba było jedynie, żeby jakiś prezent z góry nie wyeksportował się na nasze zaaferowane głowy… a po chwili dostrzegliśmy też stada uchatek i lwów morskich wylegujących się na brzegu…Do tego kolorowe kraby, niecodzienne formacje skalne, kandelabry na piasku nieznanego pochodzenia (teorie spiskowe, że mają związek z liniami w Nazca) – takie są przez cały czas wrażenia: mocne, kolorowe, intensywne, hałaśliwe, śmierdzące. Wszystkie zmysły napięte do ostatnich neuronów, nie ma półśrodków…
Po dopłynięciu do brzegu, mimo że już czuliśmy się dopieszczeni, przez pół godziny zwiedziliśmy właściwie całe Paracas, składające się z kilku domów, ryneczku i infrastruktury turystycznej, włócząc się nieco wśród straganów z wszelkiego typu rękodziełem (hand made był to na pewno, ale czy w Peru, Chinach czy Tajwanie, nigdy się nie dowiemy) i zafundowaliśmy sobie nawet kokosowe obrączki, mające podczas tych 2 miesięcy zastąpić te właściwe, zostawione z obawy przed kradzieżą. Szybko je zdjęliśmy, prawda?:)
Po zakupach postanowiliśmy jechać od razu do „jedynej w Ameryce Południowej” pustynnej oazy. Spakowaliśmy się dość sprawnie (ach, nasze wspaniałe plecaki!) i udaliśmy na wspomniany ryneczek, żeby dowiedzieć się, że ostatni bezpośredni bus (na który wcześniej utargowałam cenę) odjechał. Hm. Ale spokojnie, tutaj nie ma czasu na czekanie, od razu znalazł się miły pan, który co prawda nie za tanio, ale obiecał podrzucić nas do skrzyżowania z Panamericaną, po której jeżdżą autobusy do pobliskiego miasta Ica, a stamtąd już na pewno złapiemy coś do Huacachina. Jak obiecał, tak zrobił, nawet zatrzymał dla nas autobus, dopilnował, żeby bagaże zostały bezpiecznie zapakowane, kazał na siebie uważać i odjechał. Przedsiębiorczy był, między słowami dowiedziałam się, że oprócz firmy transportowej pracuje też jako kapitan łodzi kursujących na Wyspy, czyli wykonywał właściwie wszystkie (oprócz rybołówstwa) dostępne zawody w Paracas.
Faktycznie z kombinowanym transportem znowu nie było problemów, a w końcu wyszło nawet taniej niż bezpośredni, utargowany przejazd. Dojechaliśmy do oazy, która dawniej była kurortem peruwiańskich bogaczy, teraz natomiast jest hippie – miejscówką dla backpackersów. Nie ważne, i tak robiła wrażenie.
W ogóle szokiem dla mnie był już sam fakt, że tuż po wyjeździe z Limy nie ma właściwie nic. Oceaniczne plaże płynnie przechodzą w pustynię, wokół pustka jak okiem sięgnąć. Przypomniały mi się licealne lekcje geografii i jakieś mgliste pojęcie o tym, dlaczego klimat w Ekwadorze i Peru jest właściwie trójwarstwowy, ale jakoś wtedy nie sądziłam, że kiedykolwiek zobaczę to na własne oczy.
I tak z Ica, miasta na pustyni, wyjechaliśmy na jeszcze większą pustynię, żeby po chwili znaleźć się w zieleni i oazie… bynajmniej nie spokoju, bo ciszę odludzia przerywały ryki silników czegoś, co przypominało mi quady na sterydach i miało stanowić największą (oprócz sandboardingu) atrakcję turystyczną. Chyba nasze potrzeby nie były aż tak wyrafinowane, bo zadowoliliśmy się zupełnie kontemplacją z poziomu własnych nóg i wspięciem się na najwyższą wydmę, skąd widok na okolicę przypominał bez mała filmową Saharę.
Z piaskiem w butach, w zębach, uszach i cholera wie, gdzie jeszcze, wróciliśmy do Ica i pozwoliliśmy sobie na odrobinę luksusu wypijając narodowy drink Pisco Sour z okazji miesięcznicy naszego ślubu:)
A potem tylko chwila czekania na dworcu i wsiadaliśmy już do nocnego autobusu, żeby rano po raz kolejny przekręcić kalejdoskop i znaleźć się w innym świecie, tym razem wysokogórskim Cuzco.

12 komentarzy

  1. Czekamy na nowe relacje bardzo niecierpliwie…Pozdrowienia , Odzywajcie się czekam…

  2. Co z wami. Ślad zaginął, czyżby dżungla amazońska tak was pochłonęła????

    1. juz juz, cudownie odnalezieni

  3. Zacnie, że głuptaki dobrze się spisały i się podobały. Zacnych dalszych wrażeń, pijcie herbatkę z liści koki na wysokościach 🙂

    1. herbatka z koki wchodzi codziennie, ale niekoniecznie dziala:)

  4. Pięknie i bardzo interesująco opisujesz , szkoda tylko ,że korposzczur w Ameryce Południowej cały czas przysypia. Pozdrawiam ,czekam na reportaż z Cuzco

    1. Dziekuje!:) ostatnio sie obudzil, zeby napisac o Machu Picchu, ale glownie to chrapie w autobusach:)

  5. Dobrze, że niedogodności podróży nagradzają takie miejsca i widoki, nie mogę doczekać się zdjęć 🙂

    1. pracujemy nad zdjeciami:)

  6. Jak – jeśli – wrócicie nad morze, sprobujcie Ceviche, czyli peruwiańskiego sushi 🙂 Lepsze niż w Paracas jest podobno tylko w Limie!

    1. Wrócimy nad morze na pewno, w górach trochę dygoczemy z zimna:)

Dodaj komentarz