Opowieść o kobietach, busach i sikaniu, czyli pierwsze dni w Mozambiku

Kobieta w Mozambiku to kolorowe zjawisko. Ubrana w kontrastujący z brązową skórą T-shirt, z włosami ukrytymi pod barwną chustką, czasami udrapowaną w misterny turban.
Ale przede wszystkim owinięta od pasa w dół w cupulanę, sarong, kolorowy i rzucający się w oczy kwadratowy kawałek materiału, który służy pomocą w potrzebie i przydaje się zawsze i wszędzie. Standardowo jako spódnica. Niestandardowo jednak jako wszystko inne. Nie do końca to bowiem spódnica, skoro pod nią najczęściej kryją się najnormalniejsze w świece legginsy, spodnie, albo inna spódniczka. Wtedy cupulana z powodzeniem może służyć jak podręczny koc, ręcznik, chusta, torba na zakupy, torba na dziecko, pareo… Czegokolwiek by się nie wymyśliło, cupulana najpewniej do tego też służy.


Nie tylko do ozdoby. Czasem także do utrzymywania higieny, albo zacierania jej braku. Panie udające się pod krzaczek albo za drzewko za potrzebą zasłaniają się cupulaną, a jak po nogach się poleje i zrobi nieprzyjemnie, można mało dyskretnie wszystko wytrzeć i iść dalej, jak nowa.
Z kobietami w Mozambiku zintegrowałam się trochę bardziej, niż bym chciała.
Trochę wiedzieliśmy, na co się piszemy, decydując się na podróże po kraju lokalnymi autobusami i chapas, czyli rozklekotanymi minibusami, w których miejsce dla każdego się znajdzie, nie tylko na siedzeniu, ale też na podłodze, na wiadrze, z tyłkiem za oknem, jeden na drugim. Ale drzwi się zawsze domkną, chapa zawsze dojedzie. No chyba że nie dojedzie. Don’t worry, my friend.
Na początek jednak nie wybraliśmy busika. Czekała nas długa podróż prawie 700 km na północ do Vilankulos, wstajemy więc o 4.30, łapiemy taksówkę, jedziemy w kierunku głównego dworca Junta. I patrzymy z narastającym przerażeniem przez okno. Początkowo uporządkowana dzielnica zamienia się w barakowo-osmalony syf, taki brud w najbrudniejszej postaci, w którym nie pozostaje już nic z ewentualnego uroku folkloru. Sklecone byle jak budy ciągną się w nieskończoność, z ciemnych i nie wiadomo skąd pojawiających się przestrzeni pomiędzy nimi zaczynają wychodzić ludzie, jest 5 rano, dzień budzi się do życia, trzeba zacząć wcześnie, żeby zdążyć przed upałem i trudami południa, które najlepiej przespać, gdziekolwiek, byle do wieczora. Powoli wtaczamy się na dworzec. Dworzec główny. W stolicy. Jest jakiś budynek, to prawda. Ale nie wiadomo, do czego służy, bo całe piaszczyste pole zapełnione jest tłumem. Autobusy, chapas, riksze, taksówki przepychają się, trąbią, skręcają w pozornej dezorganizacji, choć jakimś cudem docierają do celu. Pomiędzy tym wszystkim lawirują pasażerowie, z torbami podróżnymi na głowach (kobiety), dziećmi przytroczonymi do pleców (kobiety), obdartymi foliowymi torbami w rękach (mężczyźni). Wszystko skonstruowane tak, żeby na pych zmieściło się na półki nad siedzeniami, bo za luk bagażowy trzeba dodatkowo płacić. Tak, tego też dowiadujemy się po fakcie.


Kolorowy tłum kłębi się, pokrzykuje, w nieliczne przerwy wciskają się strażnicy w odblaskowych kamizelkach, podprowadzający pasażerów do odpowiednich autobusów, bo kierunek nie zawsze jest oczywisty, bo czasem nie stoją tam, gdzie powinny, a w ogóle to kwestia jakiejkolwiek powinności jest bardzo płynna. Płynna jak różnorodne zapachy, które płyną zewsząd i drażnią uśpione jeszcze nerwy węchowe – zapach spoconych ciał, moczu oddawanego gdzieś pod kolumienką, czegoś większego oddawanego wolę nie wiedzieć gdzie, zapach rozkładających się śmieci, walających się dosłownie wszędzie. Ale tak totalnie WSZĘDZIE. Normalnie wzbraniałabym się od używania tak klasyfikujących słów, ale generalnie w Maputo problem śmieci ściśle związany jest z problemem śmietników, a raczej ich braku. NIGDZIE w mieście przy ulicach nie ma koszy. Czasem stoją wielkie kontenery, wokół których rozlewa się pole ich zawartości, wyciąganej przez co bardziej przedsiębiorczych w nadziei znalezienia czegoś wartościowego. Co powoduje, że początkowa radość z powodu możliwości wyrzucenia papierka czy puszki, którą wcześniej przez kilka godzin nosiło się w ręce musi zostać pomniejszona uwagą, żeby w euforii puszki tej nie wyrzucić komuś na głowę. I jasne, można by zorganizować miejskie oczyszczanie. Zatrudnić ludzi. I praca by się znalazła i miasto byłoby czyste. Ale do tego potrzeba inicjatywy i zaangażowania władz i rządu, w których kodeksie pracy na próżno szukać tak skomplikowanych słów.
Czemu więc dworzec miałby wyglądać inaczej? No właśnie. Więc wygląda tak samo, zasyfiony do kwadratu, bo co ktoś kupi, zje i zużyje, to pozostałość wywala przez okno.
A że kupić na dworcach można dosłownie wszystko, to i opakowania różnorodne gapią się z dróg jak wyrzut sumienia, którym jednak nikt się nie przejmuje.
Czekamy przed jednym autobusem, pełny, drugi – pełny, trzeci – pusty, wchodzimy. Myślę sobie, że niedobrze, autobusy odjeżdżają tylko wtedy, jak się zapełnią, ten jest pusty, no to poczekamy. Mija godzina. Półtorej. Miałam rację. Odjeżdżamy zapchani do ostatniego siedzenia. Jesteśmy jedynymi turystami.
W międzyczasie obserwuję kobiety noszące ogromne misy z chlebem czy kiściami bananów na głowie, sprzedawców wody, picia, biszkoptów, słodkich bułeczek – jednym słowem wszystkiego, żeby w podróży głodnym nie być, pomimo że większość pasażerów przyzwyczajona do standardów i odległości przygotowuje profesjonalne lunchboxy, z michami makaronu, ryżu i sosów dokładających wiercące zapachy do i tak już bogatego bukietu. Ale to by jeszcze było zrozumiałe. Natomiast gdyby zabrakło ci ładowarki, ewentualnie zapasowego telefonu, lub na przykład szczotki do sprzątania domu, na dworcu, na drogę też kupisz.
Zresztą idąc tym tropem, dworzec jest wszędzie. Gdziekolwiek przy drodze nie zatrzyma się pojazd, rozpoczyna się szaleńczy bieg, głownie młodych chłopców i kobiet, kto szybciej do okna, kto podbiegnie, kto w rezultacie dobije targu. Czasem bus już odjeżdża, a ci jeszcze biegną za pojazdem, wydając resztę wciskaną w wyciągniętą przez okno rękę, bo z autobusu bezpośrednio nie tak łatwo wyjść.
Zapchanie do ostatniego siedzenia bowiem to tylko teoria. W praktyce pasażerów jest o wiele więcej, bo na kolanach siedzą jeszcze dzieci w różnym wieku, nie liczące się widocznie jako ludzie, czasem podawane pomiędzy pasażerami od siedzącej z przodu busa ciotki, do siedzącej z tyłu razem z dwójką rodzeństwa matki. Korytarz to bynajmniej nie droga ewakuacyjna. Zastanawialiśmy się, po co dużo osób wozi ze sobą wiadra, albo czemu niektóre wręcz jeżdżą w luku bagażowym. Na wszelki wypadek. Na wypadek dodatkowych chętnych, co oznacza dodatkową kasę. Mimo że zabroniono takich procederów odgórnie, każdy gwiżdże na prawo, no bo wszystkim zależy. Pasażerom, żeby dojechać, kierowcy, żeby zarobić. Siedzimy więc wciśnięci pomiędzy siedzenia, z czyimś plecakiem przed twarzą i łokciem ludzi siedzących pośrodku sklejonych potem z naszym ramieniem, ewentualnie głową bezwładnie i sennie opadającą przed nosem.
I tak planowane 9 godzin. Co tam. To nie byłoby najgorsze. To by było do zniesienia.
Podróż w sumie zajęła nam godzin 17, a pod koniec prawie straciliśmy nadzieję, że dojedziemy w ogóle. Dojechaliśmy, a jakże, tylko nie dokładnie tam, gdzie obiecano. Na autobusie napisane „Vilankulos”? He, he. Figa z makiem, ciemna dupa. Wysadzono nas 20 km od punktu docelowego, „bo jednak dojeżdżamy tylko tutaj”, koniec trasy, do widzenia, w środku nocy, na piachu.
Ale po kolei.

Zapowiadało się jeszcze nieźle, fajnie jest, jedziemy. Wesoły, kolorowy tłum, dzieci nawet nie płaczą, odsypiamy wstawanie o świcie. Po dwóch godzinach stajemy. Myślę sobie „przerwa na siku”, bo wszyscy jakoś tak radośnie ruszyli w krzaki. Tak, to nie była stacja benzynowa, nawet nie przydrożny kibel. Początkowo wzbraniamy się, ale kiedy przerwa zaczyna się przedłużać, dołączam do reszty i chowam się za murkiem, nie wiedząc nawet, czy przypadkiem nie sikam właśnie komuś do ogrodu. I to sikanie wkrótce staje się źródłem największej integracji. Tej większej, niżbym chciała. Bo kiedy po 3 godzinach oczekiwania (łamanym angielskim jakoś uzyskałam informację, że jest „problem”, że nie pojedziemy dalej, że czekamy na kolejny autobus z Maputo), kolejny autobus także się zepsuł, cieknąc z chłodnicy, zaczęłam godzić się na wszystko. Na jedzenie zdobywane przez okno, na oblepiające gorąco w środku, na cierpkie zapachy i publiczne toalety. Tak, bo do takiej też po czasie pobiegłam, razem z kilkoma kobietami i dzieciakami. W środku kibelki, co prawda przegrodzone, ale nie zasłonione, babeczki przyjaźnie wskazują mi mój tron, patrzę na to, waham się, ale potrzeba wzywa, kolejny postój nie wiadomo kiedy, chcę odłożyć plecak, ale podłoga cała mokra (woda, oby to była woda), inna pani więc pomocnie trzyma mi plecak, kiedy wspólnie, integracyjnie, sikamy sobie razem w publicznej toalecie. Kulturalnie nie patrząc sobie w oczy. Potem jeszcze każda idzie z wyciętym z butelki czerpakiem, nabiera z baniaka wodę, spłukuje, pełen wypas. Babeczki uśmiechają się i pokazują kciuka do góry. No teraz to już jestem oswojona.

Ta podróż to jedno z najbardziej ekstremalnych transportowych przeżyć, jeśli Ameryka Południowa była Kilimandżaro, to tutaj wspięliśmy się na Everest. Everest wrażeń, utraconych oczekiwań, nadziei na dojazd.
Kiedy kolejnego dnia opowiadamy o tym poznanym Portugalczykom, patrzą się na nas z tą charakterystyczną mieszaniną zdziwienia, podziwu i niedowierzania. Naprawdę przyjechaliście tu autobusem?

Jakoś daliśmy radę, choć nie bez kryzysu. W drodze widząc zapadające ciemności i bez pomysłu na dojazd, tracimy trochę nadzieję. Nie mamy telefonu, nie mamy jak zadzwonić. Jednak jedna z pasażerek mówi trochę po angielsku, wcześniej pożyczała od nas ładowarkę, dzwoni za nas do hostelu, który podstawia nam transport.
A telefon tu ma każdy. Serio. Może nie mieć domu, może spać na chodniku, może łazić w podziurawionej koszuli, ale telefon w ręku czy kieszeni jest. Żeby zawsze móc pogadać, no bo czasem co robić. Jak znajdzie się gdzieś dodatkowa gotówka, to nie na wyprawkę dla dzieciaka do szkoły czy naprawę lepianki albo przeciekającego dachu. Nie. Pójdzie na nowy telefon, najlepiej taki z fancy obudową. Żeby sobie nie myśleli. No, oni. INNI.
My podczas całej podróży mocno nadrabiamy zaległości czytelnicze. Kiedy udaję się do feralnego kibelka, jedna z kobiet bierze moją książkę w ręce, ogląda, przewraca strony, mierzy wzrokiem grzbiet, ocenia okładkę. Potem oddaje bez słowa. W autobusie nikt nie czyta.
W Mozambiku prawie 50 % mieszkańców to nadal analfabeci.

11 komentarzy

  1. Myślę że porównywanie tych środków transportu z naszymi sprzed 30 lat jest trochę na wyrost a gdzie w tym autobusie cały dobytek na kolanach kury w klatce itd wyobraźni brakuje żeby ująć atmosferę z pociągu w Indiach czy autobusów w Mozambiku a gdzie kurz i zapach zaliczyłam i te w Indiach myślę że podobne są w Mozambiku i te u nas oddziela je przepaść…..

  2. A mnie się przypomina przejazd “ogórkiem” ze szkoły z Gliwic do Pławniowic w godzinach szczytu, kierowca zamykający drzwi na dopych i pozycja stojąca pół-zgięta, nad cudzym kolanami a poniżej półki i zgniatanie żeber na zakrętach. Wprawdzie trasa tylko 50 minut, zamiast gorąca ziąb, ale gdy się zepsuł mogła trwać i 3 godziny. Ale cieszyłam się, że w ogóle jestem w środku, bo czasem zostawało się po drugiej stronie drzwi, a następny za 1,5 godziny, powrót na 18 tą… A to tylko 30 lat temu

    1. No tak, my w sumie podróżując już trochę po Afryce często wspominamy, że “u nas przecież też było podobnie”, jeszcze 30 czy 20 lat temu.
      Na przykład polskie pociągi. Zanim wprowadzono miejscówki, metoda silnego łokcia i szerokich pleców zawsze wygrywała:)

  3. Na wasz powrót nie trzeba będzie sprzątać z miesiąc wcześniej ✈??

  4. Teraz to już podróżnicy pełną gębą ???

  5. To do Indii możecie też jechać
    Czytając Twoje wspomnienia miałam wrażenie że przeniosłam się do Indii czułam nawet ten zapach kurz w ustach.Swoją drogą zastanawiam się skąd czerpiesz polskie nazwy ich części garderoby.Oj! Nie próżnujecie tam

    1. Bardzo bym chciała pojechać kiedyś do Indii! To nawet miał być cel na tę podróż, zanim plany się nie zmieniły. No cóż, może innym razem. Byłoby za to kogo pytać o wskazówki 🙂
      Dziękuję i pozdrawiam, uściski!

  6. Myślałam, że nasz przejazd do Paragwaju był hardy, ale pobiliście wszelkie rekordy 😉 podziw! Patrząc na zdjęcie u góry, w którym Pani trzyma dziecko w chuście (lekka zgroza)- myślę o tym jak u nas się uczy specjalnych węzłów i sposobów jak zawiązać dziecko 😉 ..taaa. Pozdrowienia i uściski dla Was :*

    1. Znasz klimat lokalnych busików, zawsze niezapomniane wrażenia 😉 Ale tym razem już naprawdę byliśmy zmęczeni, o te kilka godzin i kilka wrażeń za dużo. Ale odespaliśmy, odpoczęliśmy, było, minęło:)
      A jeśli chodzi o noszenie dzieci, to jedyna obowiązująca zasada to – byle nie przeszkadzało. Dlatego raz jest z przodu, raz z boku, raz na plecach.
      Pozdrawiamy i ściskamy!:*

  7. “Naprawdę przyjechaliście tu autobusem?” – Prawdziwa szkoła życia i przygoda ciekawa.

    1. To jest chyba to, co najbardziej męczy w podróży, a co potem najlepiej się wspomina:)

Dodaj komentarz