Offroadowe przygody i wybrzeże złej sławy

To zdecydowanie nie był nasz dzień. Nie był najlepszy. Nie był nawet średni. Tylko że zły tak do końca też nie. W miarę upływu czasu i mając świadomość, że gorsze rzeczy mogłyby się zdarzać, nad rozlanym mlekiem nie płaczemy. Brniemy dalej, nalewamy do szklanki. Czasem po wszystkim, oblizujemy się nawet ze smakiem.

Po raz kolejny wyruszyliśmy ze Swakopmund, jako póki co naszego ulubionego, namibijskiego miasta, na północ, wzdłuż atlantyckiego wybrzeża, wzdłuż wybrzeża złej sławy, szczególnie dla kapitanów i marynarzy. A już w ogóle złego dla ich statków, których martwe wraki stopniowo rozkładają się na zardzewiałe części pierwsze, smagane wiatrem, zasolone i niknące w bezlitosnym piasku. Ktoś by pomyślał – okropieństwo. Ktoś inny – atrakcja turystyczna. W Namibii zwyciężył drugi nurt i teraz praktycznie 1/3 najbardziej dzikiej i niedostępnej, spowitej mgłą części wybrzeża objęta jest ochroną parku narodowego Skeleton Coast, 1/3 środkową chroni Dorob National Park, a część południową – Namib- Naukulft. Generalnie praktycznie całe złącze oceanu z lądem podlega ochronie, z niewielkimi wyspami na cztery miasta i trochę nowo wybudowanych osiedli willowych.

Mimo że martwe i  dość przygnębiające, statki nadal przyciągają nas z siłą magnetyczną, ruszyliśmy więc na spotkanie z mroczną historią zaklętą pod zardzewiałymi i zamieszkanymi przez ptactwo pokładami.
Jeden z nich, chyba najbardziej dostępny, znajdował się nieco na północ od Henties Bay i chociaż najmłodszy (większość wraków w mniejszym lub większym stopniu rozkładu pochodzi z początków XX wieku), pozostawiony na wieczną, mieliźnianą wachtę zaledwie 8 lat temu, już zdążył zarosnąć glonem, grzybem, kormoranami i meduzami. Part of the sea, part of the crew.
Mieliśmy nadzieję na jeszcze inne Skeletony. Szukaliśmy ich jadąc dalej na północ, pustą, solną drogą, zatrzymując się, spacerując, przeczesując wzrokiem piach. Na mapie zaznaczone zostały dwa, na miejscu których praktycznie zaparkowaliśmy, ale które, niczym tajemniczy skarb piratów, musiały zaginąć w niewyjaśnionych okolicznościach, pochłonięte przez nieubłaganą naturę. Pozostały jedynie kormorany, piasek, ślady fal wcinające się daleko wgłąb wybrzeża, martwe kraby i rozkładające się foki.
A skoro o fokach mowa…

Pojechaliśmy do rezerwatu fok, Cape Cross Seal Reserve, największej kolonii na świecie. Miały być słodkie zwierzaki, miały być małe. I owszem, małych było całe mnóstwo. Tak samo jak dorosłych. Ale również całe mnóstwo foczych szczeniaków leżało martwych, w różnym stopniu rozkładu i rozwleczenia wnętrzności. I to już nie było słodkie. Matka Natura niestety jest bezlitosna nie tylko dla nieuważnych marynarzy. Foki rozmnażają się szybciej i w większej ilości, niż ryby stanowiące ich pożywienie. Do tego zgromadzone w ilości ponad 100 000 w jednym miejscu praktycznie podbierają sobie z talerza. I nie są w stanie wyżywić młodych, które otwierając bezradnie oczy, pozostawione same sobie, szybko stają się celem dla szakali i hien.

Przewodniki ostrzegały przed smrodem odchodów.
Luzik.
Tym razem śmierdziało śmiercią i psującym się na słońcu mięsem. Piotrek przez cały czas powstrzymywał wymioty.
Mi jako żywo przypomniały się zajęcia z medycyny sądowej.

Lekko zszokowani i odurzeni zapachem, jedziemy dalej, do celu na dzisiaj, ognistej góry Brandberg. Możemy albo wracać godzinę tę samą drogą, albo pojechać dalej, w nicość, nieźle się zapowiadającą szutrówką. Ta ostatnia co prawda nawet na mapie jest przerywana, a w państwie, w którym drogi szutrowe mają status krajowych, jadąc WV Polo, a nie przygotowaną na wszystko terenówką, należałoby powstrzymać być może offroadowe zapędy, ale co tam, no risk no fun, jedziemy. Jedziemy tak przez godzinę, podskakując, uważając i stresując się każdym kamieniem, zanim decydujemy, żeby zawrócić. Nie tędy droga, nie ma sensu, przebijemy koło to utkniemy na bezludziu. Mamy namibijską kartę w telefonie, ale zasięgu brak, ostatni samochód mógł jechać 10 minut temu, ale równie dobrze i tydzień wcześniej. Zawracamy więc, tłuczemy się kolejną godzinę, tym razem z powrotem. Z powrotem szutrówką, solną trasą, z powrotem na drogę prosto jak struna prowadzącą nas w stronę Uis. Grzejemy równo, słońce zachodzi, tarka na drodze trze, kurz unosi się za nami jak długi welon.
Chwila nieuwagi.

Jeden kamień za dużo.

Trzask i zgrzyt, kołpak leci w powietrze, syk opon, flak. Stajemy. Słońce dalej zachodzi.
Zanim zdążymy wziąć się za naprawianie szkód, chwila oddechu. I wiecie, co najbardziej zaskakuje? Cisza. Cisza wibrująca, pełna, wszechogarniająca. Awarię mamy na prostej drodze tnącej cięciwą pustynię, w okolicy nie ma ani jednego krzaka, ani jednego drzewa, ani jednego samochodu, czy człowieka. Dźwięk nie istnieje. Nie drżą liście, nie szamoczą skrzydłami ptaki, wiatr nie opowiada niesionych przez kilometry historii. Cisza przytłacza a jednocześnie jest perfekcyjna w swojej pełności. To nie tylko brak jakiegokolwiek dźwięku.

Tak jak barwa białą to nie tylko brak koloru. To pierwotna harmonia, z której mogą powstać wszystkie dźwięki czy kolory świata, niezakłócona, plastyczna, czekająca na wypełnienie.

A my, jako Europejczycy, jako Polacy czy wreszcie Warszawiacy, odwykliśmy od ciszy. Cisza krępuje, milczenie traci urok niedopowiedzenia, pauzy muszą natychmiast zostać zapełnione, ważna jest treść, a nie jej brak. Ciągle mówimy, słuchamy, zatykamy uszy, puszczamy muzykę. Zawsze gdzieś słychać kogoś, w tłumie i hałasie samochodów czujemy się swojsko i bezpiecznie. Gdy zapada cisza, tracimy grunt pod nogami, rozglądamy się nerwowo, czegoś momentalnie brakuje, adrenalina w oczekiwaniu na mającą wkrótce nastąpić zmianę (bo przecież to nie może trwać wiecznie, prawda?) wyostrza zmysły, pomagając na wszelki wypadek usłyszeć coś tam, gdzie nie ma nic.

Sprawdzam zasięg, oczywiście też nie ma, wywalamy zawartość bagażnika, wymieniamy koło. Chwila oddechu, dobrze jest, jedziemy. Przejeżdżamy zaledwie dwadzieścia metrów, kiedy znowu syk, uchodzi powietrze, flak. Tym razem tylne koło. Nie mamy drugiego zapasowego. Zaskoczeni faktem, że z tego pierwszego uszło tylko trochę, ale reszta się trzyma, wymieniamy ewidentnego flaka na flaka trochę mniej ewidentnego, Piotrek utytłany w kurzu, ja machająca szaleńczo na przejeżdżający samochód. Zatrzymuje się, wysiada para z RPA, patrzy na sytuacje, no problem. Też jadą do Uis, poeskortują nas w razie czego. W razie kolejnego kamienia, w razie zmroku. Dwa samochody to już prawie karawana. Dojeżdżamy po ciemku, ale dojeżdżamy.

Dwa oblicza tego samego miasteczka, zaledwie kilkaset metrów od siebie.

Uis to miasto 5 ulic. Jednej głównej i czterech pobocznych. Żeby nie było trudno, nazwy nie są skomplikowane: 1st road, 2nd road, 3rd road, 4th road. GPS niepotrzebny.

Miasteczko pośrodku niczego, a jednak przy czymś. Przy czymś, co przyciąga podróżnych na tyle, że na tych czterech ulicach utrzymują się dwa campingi, 2 guesthouse’y, i trzy restauracje.
Na jednym campingu mieszkamy. Zwiedzone. Do jednej restauracji idziemy, po raz pierwszy nie gotując na naszej kuchence turystycznej. Zwiedzone. Zaskakuje nas jakość i wygląd kawiarnio – knajpy, której nie powstydziłaby się niejedna warszawska hipsternia. Nawet tak modne sukulenty w wystroju obowiązkowe!
Czyli właściwie pół miasta zwiedzone, reszta to domy mieszkalne, stacja benzynowa i warsztat samochodowy.
Tam okazuje się, że opony wcale nie były przebite. Wykrzywiły się felgi, uszło powietrze na łączeniu. Metodą młotka i porządnego pieprznięcia szkody naprawione, polówka jak nowa, zbierająca do kolekcji kolejne blizny wojenne.

2 komentarzy

  1. Podobne kolonie fokowatych widziałam w Australii na Kangaroo Island, to były chyba lwy morskie,tam mówiono, że matka karmi małe mlekiem do 18 tego miesiąca życia, w tym okresie są niezdolne do samodzielnego wykarmienia się. Samica wyrusza na łowy, małe oczekują mamy, płaczą , szukają i wyglądają jej, cieszą się jak prawdziwe dzieci gdy wraca, a gdy nie- oczekują powrotu płacząc i zawodząc. Gdy nie wraca – giną. Zwierzęta te żyjąc w swym naturalnym środowisku są obecnie pod ścisłą ochroną, są tak nieliczne ponieważ zostały wybite w poprzednim stuleciu przez łowców fok. Ale tam nie wolno tego zmieniać, wszystkiego pilnują rangersi , jednak trupów nie spotkaliśmy, więc chyba sprzatają….

    1. Z tym rezerwatem w Namibii jest pewien naturalny problem – uchatki gromadzą się tam tak licznie, bo ciepły prąd niesie ze sobą liczne ryby, ale kolonia rozrosła się do takich rozmiarów, że nawet tych ogromnych ilości ryb nie starcza dla wyżywienia dorosłych osobników. Matki są zmuszone zostawiać młode wcześniej, żeby móc polować – inaczej karmiąc tak długo i nie polując same giną z głodu. Chociaż więc widok kolonii robi wrażenie, to jednak moze na drodze ewolucji nauczą się, że nie w takiej kupie siła…

Dodaj komentarz