Offroad w Czarnogórze

Początkowo zabójczo zimne orzeźwienie, potem droga przez Rohan by na końcu świata doświadczyć prawdziwej, wiejskiej, bałkańskiej imprezy. To tylko kilka ciągle żywych wspomnień z odkrywania pozacieranych, czarnogórskich szlaków.
Jak było naprawdę?
Zapraszam do czytania!

KANION RZEKI TARY
Miejscem niemalże równie dobrze znanym, co Park Durmitor jest kanion rzeki Tara. Dlaczego?
No jak to! Bo najgłębszy! Najgłębszy w Europie, jeden z najgłębszych na świecie, zaraz po peruwiańskim Kanionie Colca, o zdobyciu którego możecie poczytać TUTAJ.
A w końcu wabik na turystów to wszystko, co jest NAJ. Najpiękniejsze, największe, najmniejsze albo właśnie najgłębsze.
Dlatego nad Tarą, a właściwie na słynnym moście Đurđevića, zbudowanym w latach 1938-40, który w swoim najwyższym miejscu osiąga 116 metrów, nieustannie kłębią się ludzie, podziwiający z góry wijącą się, turkusową rzekę.
Kłębią się tak również samochody i tiry, bo jest to jedyne połączenie między Żabljakiem a miastem Pljevlja, a jako że o chodnikach nikt z budowniczych mostu nie pomyślał, wszyscy na drodze lawirują w bezładnych mijankach.

Nad turkusową rzeczką można przefrunąć, korzystając z oferowanych zjazdów na tyrolce,
można też nią spłynąć, łapiąc się na jedną z niezliczonych wycieczek raftingowych.
My jednak postanowiliśmy nie tyle nią spłynąć, ile przepłynąć, bo duszny, parny i gorący klimat wypędził nas szybko z rozgrzanego betonu mostu i przybliżył do turkusu wody. Wyglądała zachęcająco.
Zjechaliśmy w dół za radą googlemapsa, wpadając w kamieniste koleiny, które doprowadziły do końca drogi, z maleńkim monastyrem datowanym na koniec XV wieku. Wokół przybytku krążył ubrany w długie, czarne szaty pop, nie zwrócił jednak na nas większej uwagi, kiedy zabierając ręczniki i stroje kąpielowe skierowaliśmy się na ścieżkę prowadzącą bezpośrednio nad Tarę.
Uwagę większą (za dużą nawet) zwrócili na nas za to wszyscy przepływający w raftingowych tratwach, kiedy ze zwierzęcymi okrzykami wskakiwaliśmy w rwący prąd.
To było prawdziwe orzeźwienie. Cholernie zimne.
Krystalicznie czyste.
Perfekcyjne.

SINJAJEVINA

Niestety, żeby w pełni zwizualizować sobie, czym tak naprawdę jest kolejne odwiedzone pasmo górskie, warto odświeżyć tolkienowskiego „Władcę Pierścieni”. Znowu.
Początkowo nikt nie spodziewa się tego, w co wkrótce wjedziemy. Poruszamy się co prawda już szutrową, ale przyjemną drogą, wzdłuż której rozrzucone są nieliczne, górskie domki, wyglądające jakoś tak swojsko znajomo. Jeszcze bardziej swojskie wydają się krowy, wolno obracające za nami głowy podczas metodycznego przeżuwania.

Wspinamy się powoli w górę, kiedy wraz z końcem lasu wyjeżdżamy nagle w zielony bezkres, wzburzony czasem łagodnymi, czasem znów bardziej stromymi falami porośniętymi gęstą trawą, z prześwitującymi gdzieniegdzie białymi grzywaczami surowszych skał.
Znajdujemy się w Rohanie. Naprawdę.
Nie widzę potrzeby kręcenia scen z jeźdźcami tego fikcyjnego królestwa w Nowej Zelandii.
Czarnogóra wyhodowała swoją prywatną alternatywę.
Rozległe doliny, wyniosłe przełęcze, szczyty zadziwiające wysokością i ogromna przestrzeń, jak okiem sięgnąć żywa pustka, z nielicznymi domkami zgrupowanymi w kilkuosobowe osady zwane katunami. Spójrz w prawo – pustka. Spójrz w lewo – morze niezadeptanej ludzką nogą trawy. Odwróć się za siebie – a ujrzysz pasące się, brązowo–czarne dzikie konie, wyglądające jak wklejone znienacka w jednolicie jasnozielone tło.

Aż się chce wbiec na wzgórza i poczuć wiatr, poczuć przestrzeń, siłę i respekt.
Wygląda jak kraina jeźdźców z kart powieści fantasy.
A tak naprawdę to płaskowyż Sinjajevina.

Chociaż obszar płaskowyżu jest właściwie bezleśny, z wyjątkiem stromych stoków opadających wzdłuż jego obrzeży w kierunku kanionu Tary i Moracy, bynajmniej nie nudzi swoją monotonią. Wręcz przeciwnie – w tym tkwi właśnie jego urok. Być może nużyłby nieco przemierzany całymi dniami pieszo, ale pokonywany w offroadzie pozwalał na idealnie rozłożoną w czasie kontemplację.

Bezkres rozległych, ciągnących się aż po horyzont wzgórz, kręte drogi zdające się nie mieć końca i przecinające wymyślnymi zygzakami połoniny wprowadzają w zupełnie inny wymiar przestrzeni, alternatywnej rzeczywistości. Można choć przez chwilę poczuć się jak pierwsi zdobywcy odkrywający niezamieszkałe tereny…
A skoro już o zamieszkaniu mowa…
Tłumów tu nie uświadczycie. Ani tłumów podróżujących, ani stacjonarnych. Ani zagranicznych, ani rodzimych. Największą miejscowością jest składająca się z kilku gospodarstw Ruzica, a poza tym jedynie nieliczne katuny – część z nich użytkowana przez pasterzy, część pozostawiona w posiadanie wiatru i innych żywiołów.
Niestety nie mieliśmy czasu, żeby zatrzymywać się na dłużej, choć mieszkańcy ciekawie się nam przyglądali, a dzieciaki zafascynowane wybiegały do drogi i machały nam na przywitanie czy pożegnanie.
Następnym razem wpadniemy. Na rakiję, na pogaduchy, na skromne przyjęcie w dworze Rohanu.

KAPETANOVO JEZERO

Jedziemy dalej. Dalej i dalej, do bliżej nieokreślonego miejsca widniejącego jedynie na googlemaps, które wyświetla się jako Kapetanovo Jezero. Liczymy się z tym, że chociaż „Jezero” przywodzi na myśl zbiornik wodny, może być zwyczajnie wyschnięty, jak już się wcześniej zdarzało.
Przygotowani na kolejny nocleg na dziko, pokonujemy ciągnące się w nieskończoność kamieniste serpentyny i piaszczyste doliny. W międzyczasie zachodzące słońce maluje promieniami nieziemski spektakl kolorystyczny, którego nie powstydziłby się żaden szanujący się impresjonista.
Sylwetki drzew i krzewów otrzymują złote aureole, niebo nagle pogłębia swój błękit przechodząc miejscami w granatowy atrament, skaliste szczyty unoszące się nad nami ze zwykłej szarości skał wydobywają jaskrawość, a te majaczące u celu, tam, gdzie zasłaniają horyzont, mają rozmyte kontury, niczym po niedbałych pociągnięciach grubego pędzla.

I do tego stojący przy drodze biały, wolny koń, któremu brakowało jedynie Gandalfa do pary. („wypatrujcie mnie piątego dnia o świcie. O brzasku patrzcie na wschód…” Za dużo razy widziałam LOTR. Zdecydowanie.)
Nie spodziewaliśmy się ujrzeć takiego przedstawienia. Najlepszego, niczym nie zakłóconego. Ale tym bardziej nie spodziewaliśmy się tego, jak wyglądało miejsce na nasz kolejny nocleg.

Zapadający zmrok wydobywał z szarości jedynie nieliczne detale, ale nie był w stanie ukryć idealnego lustra, które tworzyła powierzchnia niewielkiego jeziora (tym razem zupełnie mokrego, jak na jezioro przystało). Zaledwie kilka domków tworzących, wydawałoby się, chaotyczne zgrupowanie, zostało zdublowanych w tej naturalnej symetrii.

Wkrótce znaleźliśmy perfekcyjną trawę, z której wystarczyło jedynie usunąć zaschnięte, krowie placki i już nadawała się do rozbijania obozowiska. Tym razem nie byliśmy jednak w odosobnieniu.
Przy stole siedziała grupka mieszkańców, którym właśnie zamierzaliśmy rozbić się pod nosem (przed nosem?), dlatego kurtuazyjnie powiedzieliśmy, co i jak, kim jesteśmy i co my tu w ogóle wyprawiamy. Żeby nie było niejasności. I żeby nie było problemów.

Problemów nie było do czasu. Zdążyliśmy znowu rozpalić ognisko, pozachwycać się rakami w jeziorze, szykować się powoli do przygotowania późnej kolacji, kiedy w naszą delikatnie zaanektowaną przestrzeń wbiły się brutalne dźwięki. I to jakie! Bałkańskie disco polo niosło się swobodnie po tafli jeziora i jeszcze odbijało echem od pobliskich gór.
Wwiercało się w czaszkę, nie dawało o sobie zapomnieć.
Na drugim brzegu widocznie w najlepsze trwała impreza, co tłumaczyłoby szybkie i sprawne zniknięcie Panów Sprzed Stolika, a chrzęsty syntezatora przywodziły na myśl kaszlącego podczas śpiewu palacza.
W ten sposób cisza stała się tylko wspomnieniem.
Ale i tak było warto.

Jeżeli szukacie informacji praktycznych o samochodowej wyprawie przez Sinjajevine, zachęcam do przeczytania TEGO opisu. Nieocenione źródło wiedzy i propozycje trasy.

Dodaj komentarz