Offroad w Bośni i Hercegowinie

Na południe i południowy – zachód od Sarajewa ciągną się dwa, niezmiernie widokowe i przypominające nieco nasze rodzime Sudety czy Bieszczady pasma górskie – Bjelašnica i Igman. To był cel, to był plan na dzień mający wieść poza szlakami.
A przynajmniej poza tymi asfaltowymi.
Choć w czasie całej podróży niejednokrotnie przekonywaliśmy się, że tam, gdzie zapinaliśmy reduktor i walczyliśmy z terenem nagle mijał nas Golf 2 albo Łada, to jednak do pokonania drogi na szczyt Bjelašnicy napęd na cztery koła okazał się niezbędny.

BJELASNICA
Zanim jednak znaleźliśmy się na szutrach, minęliśmy wakacyjnie wyglądającą, choć jednak dość opustoszałą miejscowość Babin Do, centrum hotelowo – wypoczynkowe dla miłośników sportów zimowych. Latem co prawda nie działająca tak prężnie jak zimą, ale jednak zamieszkana o wiele bardziej niż standardowy, bośniacki interior.
Tym razem nie planowaliśmy ani zjazdów na nartach (to w końcu letni wyjazd!), ani na przysłowiowym jabłuszku, jechaliśmy więc dalej.
Ciągnące się w dół serpentyny i szybko przemieszczające po niebie chmurzaste obłoczki w każdej minucie odsłaniały nowe wymiary krajobrazu, rzucając niejednorodne cienie, ukrywając i po chwili na nowo odkrywając zmienione, górskie szlaki.
W pewnym momencie jednak dajemy ostro po hamulcach i zatrzymujemy się w miejscu. Na środku wybranej przez nas (i tak naprawdę jedynej) drogi zaskakują nas…wykopy, przeprowadzane w celu bliżej nieokreślonym. Nasz cel za to widnieje w oddali, ale droga do niego – zasypana.

Jednak po krótkich pertraktacjach panowie rozkopujący sami doradzają nam objazd. Nie jakiś daleki. Tuż obok, zboczem, po trawie. Kit, że to park krajobrazowy, albo jego odpowiednik. Nie mamy wyboru. W końcu czas skorzystać z jazdy w terenie.
Zagłębiamy się kołami w wysokie trawy i omijamy przeszkodę. A panowie odprowadzają nas zaciekawionym wzrokiem.
Wjazd na sam szczyt Bjelašnicy to zakosy po osuwającej się i kamienistej trasie, stada owiec pasące się na zboczach i coraz zimniejszy wiatr wpadający przez okna do wnętrza samochodu. Robiło się naprawdę chłodno. Biorąc pod uwagę, że średnia roczna temperatura na tym terenie osiąga zawrotne 0,7°C, to i tak mieliśmy szczęście…
Czemu tak zimno? Czemu znowu jest zimno, skoro przecież jesteśmy na Bałkanach, na południu Europy?
Może i jesteśmy, być sobie możemy, ale oprócz oczywistego faktu osiągniętej wysokości (ponad 2000m n.p.m.), mniej oczywisty jest fakt ścierania się w tym miejscu dwóch typów klimatów: śródziemnomorskiego i kontynentalnego. Doprowadza to temperatury do osiągania ogromnych amplitud – od +24 stopni w lecie, do nawet -41 w zimie, a natura traktowana rokrocznie ekstremami buntuje się i nie obradza wybujałą roślinnością – jak okiem sięgnąć głównie gołe skały, sporadycznie porośnięte rachitycznymi mchami i trawami.
Być może dlatego na Bjelašnicy znajduje się obserwacyjna stacja meteorologiczna, tuż obok pozostałości zniszczonej w czasie wojny i oblężenia Sarajewa dawnej stacji narciarskiej.
W końcu docieramy do celu. Do szczytu.
Choć satysfakcja nie jest porównywalna do osiągnięcia tego samego za pomocą dwóch kończyn, a nie czterech kół, to jednak widoki na faliste i przyprawiające o lekkie zawroty głowy góry, a także widoczne daleko w dole Sarajewo wynagradzają chłód, wiatr i kurz, których pokaźne zasoby zebraliśmy na sobie podczas drogi.

LUKOMIR

Lukomir to najwyżej położona i według przewodnika najbardziej odizolowana wieś w Bośni i Hercegowinie. Z tą izolacją już nie do końca bym się zgodziła, bo skoro wspominają o tym przewodniki, naturalną konsekwencją jest, że zaczynają napływać ludzie. Osobliwie dużo Polaków. Może tylko polskie przewodniki o tym piszą?
Wieść gminna również głosi, że miejscowość zamieszkiwana jest jedynie w ciągu lata. Wiedzie bowiem do niej poprzez górskie szlaki jedna jedyna, szutrowa droga, kiedy więc zimą zostaje zasypana przez śnieg, następuje przerwanie możliwości transportu, co w tym wypadku jest równoznaczne również z przerwaniem możliwości zamieszkiwania. Lukomir zapada w sen zimowy, w hibernację, która, gdy zima sroga, może trwać nawet 6 miesięcy.
Nam udało się tam dojechać w miarę bezproblemowo, chociaż na trasę z Sarajewa należy zarezerwować mniej więcej 2 – 3 h. Znacznie mniej czasu potrzeba na zwiedzenie wioski, która pomimo rozwijającej się turystyki nadal sprawia wrażenie dość…autentycznej.

To zgrupowanie domków poprzecinanych nielicznymi zagrodami, pomiędzy którymi radośnie hasają kury i owce, a w oddali czasem groźnie, czasem znów radośnie poszczekują psy pasterskie. Większość budynków została postawiona w połowie ubiegłego wieku, jednak sprawiają wrażenie jakby stały tam znacznie dłużej. Nie wiem, czy to celowy zabieg, czy tak po prostu wyszło, ale gdy patrzy się z góry na kamienne domy kryte blachą, czas w pewnym sensie się zatrzymuje i zdaje się, jakby Lukomir trwał taki sam i niezmienny niezależnie od historycznych podmuchów czy srogich zim.
Patrząc na grubaśne skarpety dziergane przez mieszkanki wsi, które rozwieszały je potem na sznurkach pomiędzy domostwami potrafię sobie te zimy wyobrazić. Górskie, odizolowane, w niczym nieprzypominające słodkiego białego puchu – raczej brutalną zamieć, z którą każdego roku człowiek sromotnie przegrywa zmuszony do wyprowadzki i poszukiwania bardziej przyjaznych terenów.

Zresztą nie tylko wieś i przytłaczające góry potęgują wrażenie surowości terenu. Po wejściu na niewielkie wzgórze, z jednej strony jak na dłoni widać całą dolinę i toczące się pomału i nieśmiało życie, z drugiej zieje gigantyczna przepaść, jakby ktoś przepołowił masywy górskie ogromną siekierą i tylko dla złagodzenia wrażenia pozwolił w dole płynąć krystalicznie czystej rzece. To Rakitnica i jej kanion, uważany za najsłabiej poznany w południowej Europie, sięgający głębokości 800 metrów. Woda na całej długości (25 km) jest zdatna do picia, a rzadkość i unikatowość tego niezbadanego terenu potwierdzają przedstawiciele fauny, którzy po zimowej wyprowadzce ludzi biorą kanion i przyległe pastwiska w niczym niezakłócone posiadanie.

Nocowanie na dziko
Pomimo, że tereny Bjelašnicy (pasma górskiego, nie samego szczytu), z porozrzucanymi w różnych mniej i bardziej spodziewanych miejscach wioskami uchodzą za jedne z konkretnie (jak na Bośnię) zaludnionych terenów, a pochłaniający wszystko przemysł turystyczny zaczyna i tu odciskać swoje piętno (póki co bardzo nieśmiało, raczej w postaci dostępnych do nocowania kwater i sporadycznych restauracji – i oby tak zostało), to postanawiamy tym razem nocować na dziko.

Choć do zachodu słońca jeszcze daleko, zaczynamy poszukiwania dogodnego miejsca, bo pól campingowych bynajmniej nie znajdziemy. Oj, nie. Nie tutaj.
Na googlemaps mamy poprzybijanych kilka szpilek z potencjalnymi miejscówkami, kierujemy się więc na jedną z nich, nad brzegiem jeziora.
Wkrótce jesteśmy na miejscu tylko… jeziora jakoś nie widać. Jest za to spore wgłębienie terenu porośnięte trawą, które być może jeziorem było w dzieciństwie swojego istnienia. Teraz natomiast przekształciło się w pastwisko, które każdego dnia dzielnie koszą krowy i po którym, zawzięcie o czymś dyskutując, przechadzają się pasterze. Z parasolami.
Widzimy te krowy, widzimy tych pasterzy, a jednak mimo to wjeżdżamy tam nieco niepewnie. Przed oczami mamy mijane z rana oznaczenia minowe w lasach, pamiętamy o fakcie niecałkowitego rozminowania kraju. Niby na terenach Bjelašnicy wszystko jest oczyszczone, ale jednak… póki co nie zapuszczamy się w krzaki.
Wątpliwości pomogły wyjaśnić krowy.
Zdążyliśmy na dobre rozstawić obozowisko, rozpalić ognisko i zabierać się do przygotowywania późnego obiadu, kiedy ciekawskie zwierzaki bezpardonowo zawojowały nasz zajęty chwilowo teren. A może to my zajęliśmy ich? W każdym razie patrząc, jak skubią radośnie trawę i liście krzaków wokoło, przeciskając się momentami przez coraz wyższe chaszcze przynajmniej mieliśmy pewność, że jest bezpiecznie. Krowy nadal pozostały krowami, a nie spaloną na minie wołowiną. Ich ciekawość nie ograniczała się zresztą jedynie do flory, próbowały co jakiś czas podskubać nasze namioty (szczególnie jeden, szwajcarski, zielony; drogi…), patrząc na nas z politowaniem przy próbach odganiania.
W ślad jednak za swoimi podopiecznymi podążyli pasterze.
Nie wiedząc do końca, czy właściwie możemy w tym miejscu zostać na noc czy niekoniecznie, postanowiliśmy do nich zagadać, ale jako że zdolności porozumiewania się w języku rosyjskim, choć rozumianym nieco przez obie strony, były dosyć mierne, to jednak i tak lepsze niż rozmowa po bośniacku czy po polsku. Z niewygód lingwistycznych szybko jednak wybawił nas język międzynarodowy. Rozumiany przez wszystkich Słowian.


Do turystycznych kubeczków została rozlana wódeczka, toast za przyjaźń spełniony, pozwolenie na pobyt zdobyte. I obyło się bez pieczątek w paszporcie :).
A wszystkiemu znowu przypatrywały się ciekawsko krowy.
Wkrótce też wyjaśniło się, dlaczego pasterze mieli parasole. Niedługo po mozolnym rozpaleniu ogniska i rozstawieniu sprzętów lunął solidny deszcz, zrobiło się jeszcze zimniej, a z wizji słońca i opalania nie pozostało zbyt wiele.
Kiedy w końcu się przejaśniło, a ognisko przetrwało stuprocentową wilgotność, hipotetyczne wizje wybuchów min zostały zastąpione autentycznymi wybuchami mielonki turystycznej wrzuconej w ogień (w celu upieczenia, a jakże…), niebo nad głowami rozbłysło miliardami gwiazd bijącymi po oczach na tle atramentowej ciemności, wyzwalając dyskusje na tematy solarno – astrologiczne – nocleg na dziko mogliśmy uznać za oficjalnie zainaugurowany.

 

 

Jeśli szukacie praktycznych wskazówek na temat jazdy w offroadzie, polecam serdecznie wpis na camping shop – mnóstwo informacji i propozycje trasy. Ja już się nie będę powtarzać :).

 

Dodaj komentarz