O spotkaniach i filozofii “Daj!”

Podróż to nie tylko nowe miejsca, doświadczenia czy nieznane widoki. To także (jeśli nie przede wszystkim) spotkania z ludźmi. Każdy tak odrębny, każdy opowiadający historie, których można by słuchać godzinami, a do których preludia przygrywały na campingach, w autobusach, na lotniskach czy w hostelach.
Poniżej kilka z nich, jeszcze z Namibii.
Niektóre inspirujące, niektóre wciągające, inne irytujące. Czyli jak podróż. Czyli jak życie.
Która opowieść podoba się Wam najbardziej?

Na campingu w Omaruru podeszła do nas Niemka. Przedstawiła się, cześć, cześć, jesteśmy sąsiadami – w sumie zarówno na campingu jak i w kraju, ha, ha.
Od słowa do słowa, wymieniając początkowo tradycyjne small-talki podróżnicze (skąd jesteś? Długo już podróżujesz? Co dalej?) i zalatujące momentami hemingwayowskimi przechwałkami z safari (Widziałeś geparda? A lamparta? Nooo, widziałem! Nawet nosorożca z młodym!), od czasu wprowadzenia restrykcyjnych licencji myśliwskich ograniczające się do polowań fotograficznych, doszliśmy do sedna.
Okazała się być, razem z mężem, instruktorką latania na szybowcach, a podróż po Afryce ich którąś z kolei, kilkumiesięczną wyprawą, w trakcie której czasami dorywczo pracują. W zawodzie. Ściągają szybowce kontenerem z Niemiec, niektórzy turyści płacą fortunę za możliwość „once in a lifetime experience”. A oni za to podróżują. Da się? Da. Mało tego. W trakcie kilkumiesięcznych podróży po Ameryce Południowej i Afryce towarzyszy im na oko pięcio-sześcioletni syn, Finn. Chłopiec o tak jasnych blond włosach, że niejednokrotnie musieli nosić go na plecach, żeby mijani ludzie nie zagłaskali go na śmierć. W tym roku Finn zaczął szkołę, a że szkoły niemieckie pilnują porządku, rodzice myśleli, że z podróży trzeba będzie zrezygnować. Ale dla chcącego nic trudnego – nawet w sztandarowych Niemczech można się dostosować. Znaleźli szkołę, do której Finn uczęszczał również w soboty nadrabiając program, by móc potem mieć więcej wolnego latem czy w przerwach świątecznych. A jeśli podróż się przedłuża, a zadań domowych przybywa? Mama z synem każdego dnia siadają do lekcji – raz w rezerwacie gepardów, raz na campingu, raz na Pustyni Kalahari. A dziecko oprócz samodzielności ma dzieciństwo z bajki, pełne podróży, dzikich zwierząt, różnorodnych kultur i własnego łuku, który zrobili dla niego namibijscy Buszmeni.

 

W Windhoek w końcu odważyliśmy się wyjść wieczorem. W mieście, gdzie po zmroku nawet na 500-metrowy odcinek woła się taksówkę, a plecaków pilnujemy jak oka w głowie, skorzystaliśmy z okazji i zapewnień prawie lokalesów – znajomych Niemców mieszkających chwilowo w Namibii (tak, znowu Niemcy) spotkanych po raz pierwszy w Opuwo, gdzie szkolili lokalnych działaczy z zarządzania i marketingu i poszliśmy na wspólną piwną kolację.
Miasto niby zasypia po zachodzie słońca, ale od razu wydało się, gdzie chowają się wszyscy ludzie. Siedzą, piją, lulki palą, tańce, hulanki, swawole. A to wszystko za murami i ochronnymi drutami kolczastymi. Hektolitry piwa, ociekające tłuszczem steki z wołowiny i kudu, grubi i grubsi za stołami – to kwintesencja wieczoru. Przy tym wszystkim nasze carpaccio z oryksa wypadało bardzo blado i dietetycznie.

Hannah, Julia, Sven i Hans dodatkowo opowiedzieli kilka smaczków z ich już prawie rocznego pobytu w tym kraju. W weekendy i dni wolne od pracy często podróżowali, wyjeżdżali też, tak jak do Opuwo, służbowo. Na drodze co kilkaset kilometrów patrole policyjne, które na nas najczęściej machały, żebyśmy jechali dalej, ewentualnie zapytali się skąd jesteśmy i życzyli miłej podróży. Jeden jedyny raz jakiś wyjątkowy służbista sprawdzał prawo jazdy i spisywał tablice rejestracyjne. W ich przypadku zupełnie odwrotnie. Jako że często podróżowali we czwórkę w składzie 3 dziewczyny i jeden chłopak (Sven), podejrzliwe oczy lustrowały wnętrze samochodu.
– Która to twoja dziewczyna? – Najczęściej pytali Svena wprost policjanci
– Eee, żadna? Jesteśmy znajomymi z pracy.
– Uhmmm…To która jest wolna? – ton pytań zmieniał się od razu na zaczepno – podrywający
– Zabierzesz mnie ze sobą do Niemiec? – słyszały na każdym kroku dziewczyny (mnie jakoś nikt nie pytał; Polska najwidoczniej nawet w Afryce nie jawi się jako emigracyjne El Dorado);

I nasze ulubione, które wywołało salwy śmiechu w twarz biednego, zdezorientowanego faceta:
– Potrzebuję kogoś do swojej kuchni. Wyjdziesz za mnie? – Zadane poważnym tonem wartej rozważenia deklaracji.
Przy okazji wyjaśniliśmy też zagadkową postać pewnego Pana spotkanego w Opuwo.
Szukając wtedy Becky, znajomej Niemców, która miała trochę nas po mieście oprowadzić, ze szczególnym naciskiem na sklepy z elektroniką (wchodziliśmy razem z nią w takie miejsca, w które na pewno nie odważylibyśmy się wejść sami; sklecone naprędce, ciemne budy z blachy, z zestawami telefonów wiadomego pochodzenia, zapach gotowanej kukurydzy i oblepiające, zaciekawione spojrzenia w kierunku jedynych białych w promieniu kilku kilometrów), pytaliśmy przypadkowych ludzi o wskazówki.

Próbowaliśmy zlokalizować radiostację, w której dziewczyna pracowała. Najpierw podprowadził nas kawałek policjant, potem chłopak z sąsiedniego budynku, w końcu trafiliśmy na, wydawałoby się, właściwy, z odłażącym tynkiem i aparycją rozpadającego się squatu.
Wchodzimy do ciemnego pokoju z długim stołem, atmosfera dość mroczna, w tle cicho buczy wiatrak. Siedząca przy stole kobieta lustruje nas wzrokiem, ale nie mówi po angielsku, podchodzimy więc do biurka, do siedzącego za nim Pana z pokaźnym brzuszkiem, widocznie szefa czegoś, powodzi się. Podajemy ręce, witamy się, rytualny small talk. Pytamy o Becky.
Mężczyzna długą chwilę nie odpowiada, jakby nie słyszał, albo wyraźnie nasze pytanie nie zainteresowało go na tyle, by odpowiedzieć, po czym zaczyna z innej beczki:
– Jesteście turystami? Może moglibyście podarować mi trochę waszych dolarów? Albo euro, euro też może być!
Spojrzeliśmy po sobie zdumieni, bo ani be, ani me, ani co ja tu w ogóle robię, tylko „daj”, odwieczna filozofia daj, bo z niewiadomych przyczyn mi się należy.
Trochę się we mnie zagotowało, ale najgrzeczniej jak umieliśmy powiedzieliśmy gościowi, że nie ma takiej opcji. Na szczęście wkrótce Becky wyciągnęła nas stamtąd i zatarła nieprzyjemne wrażenie.
W Windhoek Niemcy rozwiali tajemnicę działalności Pana. Dziwnej działalności jeszcze dziwniejszego faceta, jak sami przyznali.
Otóż, mieliśmy (nie)przyjemność poznać we własnej osobie, specjalistę do spraw czarów i uroków w Opuwo. Tak, nie ściemniam. Sama nie wierzyłam. Otwieram szeroko oczy, kiedy Hannah, sącząc Savannah Dry wyjaśnia dalej.

– Na północy, w tych wioskach, jeśli ktoś był zdrowy, a nagle zachoruje, albo umrze w niewyjaśnionych okolicznościach, rodzina może oskarżyć kogoś o zaczarowanie ofiary. Na przykład sąsiada. Wnosi coś jakby pozew, sprawa toczy się zadziwiająco szybko (przeciwnie do spraw policyjnych), a oskarżony musi nagle przed komisją i Panem ds. Czarów udowodnić, że nie rzucił klątwy, że nie jest czarownikiem. Jak to się dzieje? Najczęściej jadą do Angoli, żeby zdobyć zaświadczenie od specjalnego lekarza, który poświadcza, że nie mają nic wspólnego z czarami. Po tym mogą zostać oczyszczeni z zarzutów.
– No dobrze, a jakaś rekompensata, skoro okazują się niewinni?
– Mogą liczyć na zwrot kosztów podróży.
Takiej tam wycieczki wakacyjnej do Angoli.

Julia, zahaczając o inny temat dodaje:
– Co ciekawe, do Opuwo dopiero 15 czy 20 lat temu zeszły z gór plemiona, które wcześniej nie miały z cywilizacją nic wspólnego. Wszyscy mieszają się jak w jednym wielkim, multikulturowym tyglu i co może ciekawsze, pomimo różnych języków, jakoś się ze sobą dogadują. Dogaduje się też z nimi rząd, w czasie wyborów wysyłający swoich przedstawicieli docierających do górskich wiosek helikopterami i osobiście dostarczający niepiśmiennym mieszkańcom karty do głosowania, by każdy mógł brać czynny udział. Wysoka frekwencja.
– Taak tylko pewnie jak nie zaznaczą „odpowiedniego” kandydata, to kartki dziwnym trafem zagubią się w podróży… – ironizuje Sven.

Nie wiem, na ile to prawda, ale faktycznie, z kimkolwiek z Namibijczyków byśmy nie rozmawiali, większość jest zadowolona z rządzącej partii SWAPO i ze swojego rządu. Niesamowite. Zadowoleni obywatele. Nie pamiętam już takiego widoku.
Sporo akcji kierowanych jest w kierunku najbiedniejszych, ale bynajmniej nie 500+. Wprost przeciwnie. Edukacja, jeszcze raz edukacja. Darmowe szkoły podstawowe. Dostępna antykoncepcja. Świadomość zagrożeń HIV/AIDS (rząd Botswany zapewniając darmowe leki antyretrowirusowe dla wszystkich wygrał niedawno kolejne wybory). No i aktywizacja zawodowa najbiedniejszych. Rząd wykupując ziemie oddaje je w dzierżawę najbardziej potrzebującym, żeby mogli ją uprawiać, mieć gdzie paść kozy i bydło. Tylko że nie zawsze to funkcjonuje. Czasami (często?) wygrywa filozofia „daj”. Bo lepiej siedzieć przez cały dzień na progu lepianki i patrzeć się w przestrzeń, niż wyrwać się z mentalnej, wypracowanej przez lata pasywności i zacząć kierować swoim życiem w bardziej pożądaną stronę. I to nie moje zdanie. Pytaliśmy o to wielokrotnie, obywateli, Namibijczyków. Takich, którzy swoją pracą coś osiągnęli. Trudno zapomnieć Marcusa. A tu na scenę wkracza Henrik.

Henrik to „biały” Namibijczyk, urodzony w małej miejscowości na południu kraju, w okolicach Fish River Canyon. Piszę biały, bo jest to jedna z kilkunastu grup etnicznych Namibii, na równi z Owambo, San, Himba, Herero, Kavango, Damara i kilkoma innymi. Poznaliśmy się podczas wycieczki do Sandwich Harbour, był naszym kierowcą i jednocześnie kierował małą firmą turystyczną. A jeszcze przy okazji miał własną farmę, jak wielu białych, z bydłem i dzikimi zwierzętami, na której organizował polowania dla gotowych zapłacić za to fortunę myśliwych. Głównie z Chin i Brazylii.
Henrik nie należał do najbogatszych. Ale do najbiedniejszych też nie. Po prostu w pewnym momencie swojego życia wziął sprawy w swoje ręce, ruszył tyłek z werandy i zaczął pracować. Jego zdaniem wielu biednych mieszkańców północy zwyczajnie pracować nie chce. Jest im dobrze tak, jak jest. Himba w większości są zadowolone ze swojego stylu życia. Kolejne pokolenia powielają przykład rodziców, nic się nie zmienia, nic nie idzie do przodu. Dobrze jest, jak jest.
I akceptowałabym to bez mrugnięcia okiem. Kim jestem, żeby mówić innym, co mają robić, co jest akceptowalne a co nie?
Akceptowałabym, gdyby nie filozofia „daj”.

Nie akceptuję, że przez wielu postrzegani jesteśmy jako chodzący portfel. Nie akceptuję i nie uważam, że komukolwiek należą się pieniądze. Pieniądze zostawialiśmy tam, gdzie widać było faktyczną pracę, zaangażowanie i ewidentne zmiany. Znowu piję do Marcusa. Jemu i małej społeczności Kavango, której patronował, pomogliśmy.
Nie jesteśmy dawnymi kolonizatorami. Nie jesteśmy nikomu nic winni. Za pracę należy się zapłata, za brak pracy – nie. Dlatego siedzenie pod drzewami, wymienianie pomruków i kompletny brak inicjatywy, zabiedzone i brudne dzieci grzebiące się w piasku czy często wręcz same, już wyuczone przez starszych wyciągające ręce z „money, money!” na ustach nie mają akceptacji. Jedyne, co czuję, to zażenowanie.

A co Wy uważacie? Jak powinniśmy się zachowywać w sytuacjach ciągłego proszenia o wsparcie?
Wspierać wszystkich? Nikogo? Wybranych?

6 komentarzy

  1. Bakszysz to jeden z obowiązków muzułmanina ,stąd w Afryce to norma ,że wszyscy oczekują na datki. Ja często w podróż zabieram trochę drobiazgów; długopisy ,ołówki,
    kredki zeszyciki ,itp.Jako gość na ich terenie, chcę sprawić dzieciakom drobną radość ,gdy się kończą, to wzrok wbity w dal i no money ,bo nie można inaczej swobodnie przejść. Tyle ,że ja podróżuję po kilkanaście dni, w waszym przypadku to chyba tylko to drugie rozwiązanie jest możliwe.

    1. Sporo w tym racji. W zeszłym roku mieliśmy na takie okazje przygotowane naklejki czy długopisy, ale teraz nie ma takiej ilości, która by wystarczyła, żeby obdarować wszystkich, a nie można wybierać czy kogoś wyróżniać. To chyba jednak najlepsze z możliwych wyjść – rozdawanie pieniędzy tylko pogarsza sprawę, a nie jestem też za dawanie dzieciom słodyczy- co robili dosc niefrasobliwie spotkani po drodze turyści- z wiosek do szpitala trzeba nierzadko jechać ponad 200km, mało kto ma samochód, a dzieci dentysty prawdopodobnie nie zobaczą w całym swoim życiu. Po prostu zawsze warto pomyśleć o konsekwencjach, zanim się coś zrobi. Staramy się tak postępować – nie zawsze wychodzi…

  2. Coś blado wyszłaś na zdjęciu :). Piszesz że czujecie się jak chodzący portfel a w kontekście dwóch nadzwyczaj oszczędnych osób brzmi ciekawie. Z drugiej strony możecie poczuć się trochę milionerami choć teraz na katamaranie sytuacja się zmieniła 🙂

    1. Siła kontrastu:) a pewnie teraz kontrast byłby o wiele mniejszy, zdjęcie zrobione prawie 2 miesiące temu. I masz rację, perspektywa zmienia się diametralnie – z bogatych nagle staliśmy się biedni, ale chyba stan ‘pomiędzy ‘ to taki, do jakiego należałoby dążyć:)

  3. “Daj” – afrykański bakszysz . Stara zasada – lepiej jesteś ubrana , jesteś biała to jesteś bogatsza.
    Powinnaś się podzielić. A do dzielenia jest wielu. Chociasz z dziećmi trudno się nie podzielić…
    Pozdrawiam.

    1. To też jest ta różnica kulturowa- oni żyjąc całymi rodzinami na małej przestrzeni dzielą się między sobą wszystkim, nikt nie odstaje. Wszystko jest wspólne, a prywatność i prywatna własność nie istnieje. Nam jednak trudno się do tego przystosować.

Dodaj komentarz