O afrykańskich kotach i namibijskich płotach

Długa, prosta, ciągnąca się po horyzont droga prowadzi nas na północ. Po obu stronach początkowo nieco zaśmiecone, wysuszone trawy z wyrastającymi gdzieniegdzie drzewami i grupkami ludzi odpoczywającymi w cieniu pod nimi, potem już tylko pustka. Ego naszej dzielnej polówki musi wskoczyć na wyższy poziom, kiedy mijamy znak z dumną nazwą trasy „Trans – Kalahari Highway”. Faktycznie, przez moment jedziemy fragmentem słynnego, bezpośredniego połączenia pomiędzy Walwis Bay na wybrzeżu atlantyckim Namibii, a Johannesburgiem i Pretorią w RPA, ciągnącą się przez prawie całą Namibię i Botswanę.
Wkrótce jednak odbijamy na naszą docelową, wcale nie gorszą drogę (tylko nazwa jakaś mniej dumna, no bo kto by się zainteresował zwykłą B1…) i wgapiamy się łakomym wzrokiem w szyby, w otoczenie, w nowy świat, do którego próbujemy się przystosować i z którym staramy się oswoić.
Pierwsze dni to zawsze czas na aklimatyzację, ale też na dziwienie się i przyglądanie wszystkiemu, dawanie szansy zanim człowiek staje się wybredny i wybiórczy.
Jedziemy nieprawdopodobnie dobrej jakości asfaltówką (albo to nasze wyobrażenie o standardowych, afrykańskich drogach musi właśnie sprostać o wiele lepszej rzeczywistości), z kulturalnym ograniczeniem do 120km/h. Może to nie niemiecka autostrada, ale to zamiłowanie do niedziurawości i perfekcji przemawiające spod kół tym razem zupełnie nam nie przeszkadza.
Mijamy pierwsze znaki. Ograniczenie prędkości, Otijwarongo za 250km, uwaga, dzika zwierzyna, uwaga, pumba…Zaraz, zaraz, co?
Prawie wyhamowaliśmy w miejscu. Prawie. Przy następnym takim znaku zatrzymujemy się i robimy zdjęcie, ha, ha, kto widział guźca na drodze, ha, ha.
Miny nam rzedną, kiedy kilkanaście minut później widzimy ryjącą pobocze samicę guźca z dwoma małymi.

Potem piękną antylopę z nieprawdopodobnie długimi, spiczastymi rogami. Później wyszukamy, że to oryks, póki co nasza ignorancja ma się dobrze i nazwy fauny brzmią równie obco, co chiński alfabet.
Fauna jednak nie daje na siebie czekać. Zatrzymujemy się na zdjęcia jeszcze dwóch, małych kopytnych z przesłodkimi pyszczkami, czy strusi biegających radośnie wzdłuż płotów.
No właśnie, płotów.

Cała centralna Namibia płotami stoi, płotami się oddziela i wyznacza granice. ¾ kraju usiane jest drobnymi na mapie prostokątami w rzeczywistości odpowiadającymi kilkudziesięciotysięczno – hektarowym posiadłościom. Farmom. Dawniej głównie niemieckim, później wywłaszczonym, obecnie w rękach albo potomków niemieckich kolonizatorów albo już rodzimych, namibijskich farmerów. Ziemie zabrane dawnym, plemiennym właścicielom, potem ludziom, którzy przez kilkadziesiąt lat wkładali w nie mnóstwo pracy, sztucznie utworzone granice.
Mieliśmy okazję zobaczyć, co się za takimi płotami kryje.

Początkowo mijaliśmy jedynie ogromne, majestatyczne bramy niczym portale najlepszych hoteli all inclusive w Hurghadzie, z wymalowanymi/rzeźbionymi podobiznami najsłynniejszych, południowoafrykańskich gatunków zwierząt.
Jedną z takich bram niepewnie przekraczamy, wjeżdżając na teren rezerwatu Okonjima.
Dawniej farma bydła, obecnie siedziba AfriCat, organizacji ratującej i leczącej dzikie koty.

Historia jak wiele w Namibii – farmerzy hodują stada bydła, które jednak nie przynosi zbyt wielu zysków ze względu na ubogą roślinność stanowiącą naturalne pożywienie. Farma ledwo przędzie. Sytuację pogarszają dodatkowo sporadyczne, ale jednak traumatyczne ataki dzikich drapieżników na przeżuwające nieświadomie krowy, co wespół z porażkami finansowymi doprowadza właścicieli do wściekłości. Chwytają za strzelbę, wyruszają na wojnę. A właściwie nierówną walkę, w której skóra przegranego zawiśnie wkrótce nad kominkiem w odwecie. Jeśli ma pecha, okaże się być samicą. Jeśli ma jeszcze większego pecha, okaże się samicą, która właśnie osierociła swoje młode. Wisząc nad kominkiem w stanie oskalpowanym nie bardzo może je wykarmić. Małe napędzane głodem opuszczają bezpieczne kryjówki i zaczynają wałęsać się po farmie. Niewiele trzeba, by spotkały właściciela, miaucząc żałośnie w poszukiwaniu matki. Farmerowi mięknie serce. Małe, słodkie kotki. Zabiera je do siebie, zaczyna udomawiać. Ale o ile można je nauczyć bawić się z piłką, udomowienie nie zahamuje ich wzrostu i instynktów. Nie wiadomo, co robić. W końcu farmer postanawia wypuścić drapieżniki (lwy, lamparty, gepardy) na odgrodzony, zamknięty teren. Zaczyna odwiedzać sąsiadów. Przekonuje ich do zaprzestania zabijania dzikich zwierząt w geście pierwotnej zemsty, zachęca do informowania, on przyjdzie, uśpi, przeniesie w zagrodzony teren. Część się do niego przyłącza. Część nie.
Ale tak powstaje AfriCat. Obecnie nieźle prosperująca organizacja, pomagająca ocalić koty od kończenia, ku przestrodze, jako dywan w salonie. Oprócz tego szerząca wiedzę wśród dzieciaków, przyszłych farmerów, na temat zwyczajów zwierząt i ochrony środowiska, a także prowadząca badania naukowe i szpital weterynaryjny.
Z prostej farmy bydła, po dokupieniu dodatkowych, bagatela 6000 hektarów, rozrosła się do rozmiarów sporego rozmiaru rezerwatu. Prywatnego, ale możliwego do odwiedzenia.
Gdy tylko znajdujemy się za pierwszą, wysoką na 3 metry i masywną bramą w kształcie geparda, mamy zakaz wychodzenia z samochodu. Aż do kolejnej bramy wyznaczającej początek bezpiecznej strefy pozostajemy na terenie Okonjima Game Reserve.

I mamy wrażenie, jakby Arka Noego przycumowała w pobliżu i wypuściła połowę swoich mieszkańców. Ulicę przebiegają przepiękne antylopy, z drzew schodzą pawiany, nieopodal radośnie żują trawę zebry, a to wszystko w towarzystwie kolejnych znaków „uwaga, gepard”, „uwaga, lampart”, „uwaga, hieny”. Uważamy na wszystko, głównie żeby niczego nie przgapić i dostajemy oczopląsu od takiego urodzaju. Ilość dosłownie przytłacza.

To jest po prostu nie do pomyślenia, w Polsce przyzwyczajeni jesteśmy do poszukiwania zwierząt i cieszenia się ich obecnością, nadajemy mistycyzmy każdemu spotkaniu z wielką, dziką zwierzyną pokroju jelenia czy łosia.

Tu wszystko jest bujne, obfite, wypełnione do granic możliwości i atakujące wszystkie zmysły. A do ciągłej obecności zwierząt każdy zdążył już przywyknąć.

Tę noc spędzamy na campingu Eldorado na południowy-wschód od Etoshy, będącego tak naprawdę farmą, gdzie kudu przechadzają się razem z końmi, za płotem maszerują strusie z małymi, a zza ogrodzenia beczą owce, kozy, żółwie i króliki. Te dwa ostatnie nie beczą. Za to równie intensywnie mielą źdźbła trawy i smakowitych chwastów.
Właściciele proponują nam wycieczkę, żeby zobaczyć „ich” lwy, lamparty, hieny i kilka innych dzikich zwierząt. No właśnie. Słowo „dzikie” jakoś nie współgra mi z tym zaimkiem dzierżawczym. Mam mieszane uczucia, szczególnie, że zwierzęta są pozamykane na relatywnie niewielkiej przestrzeni. Ale takie jest prawo, takie realia. Jeśli dzikie zwierzęta pojawiają się na sztucznie wydzielonych farmach i niszczą uprawy bądź zabijają zwierzęta hodowlane, właściciel ma prawo odstrzelić je w odwecie. Co niejednokrotnie czyni. Albo dzwoni do AfriCat.

2 komentarzy

  1. Czytam że nie można wychodzić z samochodu, rozumiem że polówka dobrze pali i nie trzeba zaglądać pod maskę?

    1. Jak najbardziej! Trzyma się dzielnie, pali mało, jeździ przez piaski jak rasowa terenówka:)!

Dodaj komentarz