No more glasses! – o laserowej korekcji krótkowzroczności

Tym razem wpis nie będzie ani podróżniczy, ani żeglarski. Będzie trochę o życiu, trochę o medycynie. Ale przede wszystkim o krótkowzroczności i jak w końcu, po wielu latach, zdecydowałam się jej pozbyć. Zdecydowałam się napisać ten post, dlatego że sporo osób pytało mnie o decyzje i o sam zabieg. Być może komuś pomoże zapis własnych doświadczeń. Długa epopeja, którą częściowo pisałam tuż po zabiegu, a częściowo uzupełniałam teraz, ponad 2 miesiące później, może być wyzwaniem do przyswojenia za jednym razem, dlatego podzieliłam ją na podrozdziały:

„Moja historia” to prywata o tym, dlaczego w ogóle zdecydowałam się pozbyć okularów.
„Przebieg zabiegu EBK” i „Po laserowej korekcji krótkowzroczności” to z kolei zapis procedury i wrażeń tuż po operacji.
„Efekt końcowy” – do ewentualnej edycji po ostatniej wizycie kontrolnej, 3 miesiące po operacji.
Zapraszam! Jeśli macie jeszcze jakieś pytania, piszcie w komentarzach, postaram się odpowiedzieć!

Moja historia
Dla niektórych okulary to atrybut, atrybut inteligencji nawet. Na studiach medycznych odsetek okularników być może jest nawet większy niż w statystycznym społeczeństwie, ale filozoficzne pytanie, czy najpierw były okulary, a potem jako naturalna konsekwencja medycyna, czy może najpierw medycyna, a potem okulary jako naturalna konsekwencja długich godzin spędzanych nad książkami i przed komputerem – pozostaje otwarte.
Okulary towarzyszyły mi od najmłodszych lat. Od 9. roku życia właściwie na stałe. Początkowo cieszyłam się, bo to takie fajne nosić okulary.
W liceum jednak nastał moment przełomowy. Do dzisiaj to pamiętam: klub, znajomi, jedna z wielu przysłowiowych „osiemnastek”. Jakiś chłopak poprosił mnie do tańca. Nie był szczytem nastoletnich marzeń, ale przynajmniej nie podpierałam ściany. Tańczyliśmy, było fajnie, muzyka się rozkręcała. Chłopak też się rozkręcał i w pewnym momencie dość gwałtownie przychylił mnie na bok. Na tyle gwałtownie, że moje nieodłączne okulary, już i tak zjeżdżające z nosa spadły na podłogę. Nieważny stał się taniec, nieważni znajomi. W mojej głowie ukazały się apokaliptyczne wizje okularów roztrzaskiwanych przez niezliczone tańczące stopy. Bąknęłam nieśmiałe „przepraszam” – i rzuciłam się na podłogę jak ślepiec macając i szukając moich drogocennych okularów. W końcu je znalazłam, spaliłam buraka i nie patrząc na partnera uciekłam w daleki kąt. To błahe, wbrew pozorom, wydarzenie było dla mnie w jakiś sposób przełomowe. Pamiętając ówczesne zażenowanie od tamtego czasu non-stop nosiłam soczewki kontaktowe.
Minął jakiś czas, skończyłam 21 lat, wada teoretycznie powinna być już ustabilizowana. Może i była. Dobiła do- 6,25 w każdym oku. Nieobce stały się sytuacje głupiego szczerzenia do nieznajomych na ulicy, mrużenia oczu na salach wykładowych czy niedostrzeganie napisów przy filmach. Zaczęłam szukać informacji o laserowej korekcji krótkowzroczności. Jak jednak na studiach medycznych uniknąć zmęczenia oczu tak potrzebnego do rekonwalescencji? Kto by zrozumiał usprawiedliwienie: „przepraszam nie nauczyłam się do egzaminu, ale miałam zmęczone oczy?”. Nikt. No właśnie. Nie wspominając o tym, że zwolnienie lekarskie nie wchodziło w rachubę.
Dlatego minęło prawie 8 lat, od kiedy praktycznie przerzuciłam się na soczewki kontaktowe zanim zdecydowałam się na tę operację. Po wielu rozmowach z ludźmi, przeszukaniu pubmedu i wszelkich dostępnych lekarskiej wiedzy źródeł na ten temat, zaczęłam przeglądać również fora. Oczywiście. Bycie lekarzem to jedno, a bycie pacjentem to drugie.
Kilkanaście wieczorów spędziłam czytając relacje ludzi po laserowej korekcji, o tym jak reagowali, jak ich życie się zmieniło. Na przemian decydowałam się i zmieniałam zdanie. Ostatecznie przekonała mnie rozmowa z pewnym lekarzem na stażu (sam poddał się tej operacji i jeszcze namówił swoją dwudziestokilkuletnią córkę) i numer telefonu do okulistki wciśnięty w rękę.
Zadzwoniłam, umówiłam się, zdecydowałam się na dwustopniową kwalifikację – i był to dobry wybór, bo po zupełnie wstępnych, niezobowiązujących badaniach dostałam zalecenie odstawienia soczewek na co najmniej półtora miesiąca. Nie wszyscy muszą czekać tak długo (z reguły wystarcza odstawienie miękkich soczewek na 2-3 tygodnie), ale u mnie, ze względu na cienką rogówkę dodatkowo zniszczoną długoletnim ich noszeniem było to nieodzowne.

Na kolejnej wizycie, po 1,5 miesiąca, nastały dalsze badania, bardzo szczegółowe pomiary trwające niemalże 4h i rezultat: zabieg EBK, jedyna metoda, do której zostałam zakwalifikowana. Badania ważne są do 3 miesięcy, do czasu operacji nie wolno już nosić soczewek, tylko okulary. Zmniejszamy w ten sposób ewentualne ryzyko infekcji czy mikrouszkodzeń rogówki, do których usposabiają soczewki kontaktowe.
Przebieg zabiegu i zalecenia są nieco inne w zależności od metody korekcji – jeżeli jesteście zainteresowani odsyłam do przewodnika opisującego praktycznie wszystkie typy zabiegów (TU), ale pamiętajcie, że o ostatecznym wyborze metody zawsze będzie decydował lekarz.

Przebieg zabiegu EBK
W dniu zero zgłosiłam się 0,5 h wcześniej, żeby w rejestracji uregulować rachunek (tak, taaak, zabieg jest tylko i wyłącznie prywatny, a jego koszt waha się od 2000 do 4000 za oko w zależności od kliniki i od metody). Krótko potem dostałam do połknięcia zbawienne relanium, które lekko zamuliło mnie na kilka najbliższych godzin.
Założyłam jednorazowy strój ochronny, zdążyłam tylko pomyśleć: „o cholera to już!” i zostałam zaproszona na blok operacyjny. Wiedziałam, że od dobrej współpracy pacjenta i lekarza zależy wynik zabiegu, dlatego tak bardzo starałam się poprawnie wypełniać wszystkie polecenia, że serce biło mi jak oszalałe. Nawet pomimo tego Relanium.
Nie powiem, żeby sama operacja była czymś przyjemnym. Rozwórka zakładana na powieki nieco uwiera, ale jednocześnie uniemożliwia mruganie. Zimny płyn, którym dezynfekowane jest oko boli, pomimo miejscowego znieczulenia. Ale wszystko do zniesienia. Najważniejsze to patrzenie nieruchomo w światło lasera podczas samego zabiegu. Jedno oko zostaje zakryte, drugie skupia się na światełku. Wpatrywałam się intensywnie. Gdzieś z boku dobiegał głos technika: „40%, 70%, już prawie, 100%… dziękuję”. Potem to samo z drugim okiem. I po wszystkim. Samo działanie lasera to jakieś kilkadziesiąt sekund.

Zostałam przeprowadzona do salki pooperacyjnej, gdzie mogłam rozsiąść się w fotelu, Dostałam herbatę i środki przeciwbólowe. Obok mnie siedział pan około czterdziestki po zabiegu „Smile” i co chwila pociągał nosem.
W pewnej chwili zapytał mnie:
– I jak, boli?
Na co ja, po chwili zastanowienia:
– Właściwie to nie bardzo. Tylko piecze.
Oczy piekły równo, siedzieliśmy więc sobie, płakaliśmy i na przemian pociągaliśmy nosami. Po jakiś 3 h zostałam poproszona na badanie wzroku i zanim znowu się załzawiłam, zdążyłam dobić do wyniku 0,3 i 0,4.

Nie było tak źle. Środki przeciwbólowe najwyraźniej działały, a chociaż zamieniłam zwykłe okulary korekcyjne na przeciwsłoneczne, z którymi miałam się nie rozstawać przez najbliższy tydzień (trochę ze względu na światłowstręt, a trochę jako przypominajka, że oczy są po zabiegu i nie należy nic w nie wsadzać), to naprawdę spodziewałam się, że będzie o wiele gorzej. Co godzinę zakraplałam zalecone kropelki, widziałam na pewno lepiej niż w ogóle bez okularów, ale wzrok miał się dopiero stabilizować. Długo.
Dostałam w kość dopiero wieczorem, kiedy przed zaśnięciem trzeba było założyć plastikowe nakładki ochronne na oczy, które miałam przyklejać na noc przez najbliższy tydzień. Znowu, żeby bezwiednie nie wsadzić w oko palca czy kawałka pościeli. Powolne naklejanie plasterków zbiegły się jednak w czasie z największym pieczeniem i bólem oczu. Wzięłam ketonal i udało się zasnąć.

Po laserowej korekcji krótkowzroczności
Dzień 2.
Poranna wizyta kontrolna i wielka radość. Widzę! I to jak ostro! Nawet pani doktor była zaskoczona efektem:
– Zupełnie jak nie pod tym zabiegu! Pięknie nabłonkuje, już widać gojenie…
Dla mnie najważniejsze było, że przeszło praktycznie bezboleśnie. W domu, pomimo przejściowych problemów z łapaniem ostrości, widziałam całkiem nieźle. Do czasu. Hehe.
O godzinie 15, zaczęło się to, co większość opisuje jako najmniej przyjemny moment. Silny ból gałki ocznej uniemożliwiał właściwie normalne funkcjonowanie. Leżałam z zamkniętymi oczami, a wstawałam jedynie po to, by zakroplić oczy. Przez pozostały czas wsłuchiwałam się w nowości na youtubie i przysypiałam przy „deutsche mit geschichten lernen”.
Taaak, postanowiłam wykorzystać czas wegetacji na przypomnienie języka niemieckiego. Przy okazji Piotrek odkrył dla mnie nową funkcjonalność komputerze, który niczym średniowieczny skryba zapisuje wszystko, co wypowiadam z mierną dokładnością w jego ekran. Czasem niekoniecznie dokładnie to co autor miał na myśli, ale przynajmniej to taki mój cierpliwy przyjaciel w chwilach, kiedy niekoniecznie mogę pisać samodzielnie.
I tak czas leci. Raz jest lepiej, raz gorzej. Raz wyraźniej, innym znów razem granice ponownie się zacierają. Gojenie wiąże się ze spadkiem ostrości wzroku, powoli jednak ma być coraz lepiej. Mam zakaz moczenia oka, zakaz robienia makijażu, zakaz mycia włosów, ogólnie mam na siebie chuchać i dmuchać. Na brudno:D.
Po 4 dniach od zabiegu kolejna wizyta na zdjęcie ochronnej soczewki kontaktowej. Potem zobaczymy.

Dzień 4
Robię pierwszą próbę wyjścia na dwór. Nie, nie na spacer, jeszcze nie. Chciałoby się. Póki co jedynie na balkon. Odważnie, prawda? A pogoda zapowiada się piękna, wczoraj jeżdżące rowery i dzieci wesoło bawiące się na placu zabaw przyciągały mnie na powietrze jak magnes. A tu areszt domowy. Nie ma wychodzenia. Słońce jest mocne, jak zwykle u nas – jak już się pojawi, to na cały regulator i niestety drażni oczy. Nawet okulary przeciwsłoneczne, najciemniejsze, jakie mam, nie bardzo pomagają. Może wieczorem, gdy światło zmięknie, wychylę się w końcu z domowego więzienia.
Lewe oko nadal pobolewa, od kiedy zaczęło się gojenie widzę faktycznie trochę gorzej, niż dzień po operacji, ale i tak jest lepiej, niż zwykle widziałam w okularach. No cóż, jak ktoś przez lata przyzwyczajał się do półślepego funkcjonowania, to teraz poprawa jest mega odczuwalna.
Wizyta kontrolna tym razem trwała trochę dłużej, w znieczuleniu miejscowym miałam zdjętą ochronną soczewkę, polecenie kolejnej kontroli. Tydzień po zabiegu można w końcu umyć włosy, jednak z asystą, jak u fryzjera.

Efekt końcowy
Nadal czekam na ostateczny efekt, wizytę po 3 miesiącach od operacji, na której zostanie ustalone, na jakiej wartości ustabilizowała się wada. Zostałam uprzedzona, że w moim przypadku może to nie być 0, 0, ale np. -0.5, -0.75, ze względu na warunki anatomiczne i sporą krótkowzroczność, ale wiecie co? I tak jest ekstra!
W miarę upływu czasu wzrok się stabilizuje – przez pierwszy miesiąc występuje przejściowe gorsze widzenie z bliska, które utrudnia (ale nie uniemożliwia) czytanie czy pisanie.
Przez dwa miesiące należy zakraplać oczy sterydem w zmniejszających się kolejno dawkach (to jego działanie powoduje „pływanie” obrazu, szczególnie napisów – już, już łapiemy na coś ostrość, potem mrugnięcie i puf! Znowu jest nieostro) oraz lekiem obniżającym ciśnienie wewnątrzgałkowe. Krople z antybiotykiem odstawia się po 2 miesiącach. Dokładne zalecenia dostajemy na kolejnych wizytach kontrolnych.
Generalnie trzeba na oczy uważać.
Żeby raczej nic nie wpadło (jak wpadnie to obficie wypłukać nawilżającym płynem do oczu bez konserwantów), należy unikać mocnego słońca (przez pierwsze 2 tygodnie okulary przeciwsłoneczne nosi się także we wszystkich pomieszczeniach, potem już tylko na zewnątrz, ale za to przy każdym wyjściu) i chronić twarz czapkami/kapeluszami. Nie opalać się przez miesiąc.
Wszystko to jest naprawdę do zniesienia, jeśli naprawdę chcecie tej operacji, bo efekt jest, jak dla mnie, spektakularny. Od momentu wejścia na blok operacyjny nie założyłam okularów korekcyjnych. Nie było takiej potrzeby. Widzę o wiele lepiej niż wcześniej w okularach czy soczewkach, nawet jeśli nadal nie idealnie. Tylko że zapomniałam już, jak to jest idealnie widzieć . Widzę napisy z daleka, widzę liście na drzewach (!), nie szczerzę się głupio do obcych osób, bo widzę po prostu ich twarze.
Nadal zakraplam oczy kilka razy dziennie nawilżającym płynem, ale powoli zapominam już, że kiedyś nosiłam okulary. Wniosek? No more glasses! Zdecydowanie polecam! 🙂

2 komentarzy

  1. Czy ojciec w nowej odsłonie może być ???

Dodaj komentarz