Niesamowite, niedostępne i niebezpieczne

– o bezkresach Boliwijskich płaskowyżów

Na Boliwię chcieliśmy przeznaczyć około półtora tygodnia, jednak zanosi się na to, że nie zabawimy tu dłużej niż 5 dni. Nie dlatego, że nam się nie podoba – wręcz przeciwnie, jest niesamowicie – ale dlatego, że czas zaczyna nas gonić, przed nami jeszcze trzy kraje, a plan minimum dla Boliwii – wykonany. Zobaczyliśmy już Boliwię taką, jaką chcielibyśmy zapamiętać – dziką, kosmiczną, pustynną, malowniczą, nieokiełznaną. Ale też niestety niewdzięczną i niebezpieczną.

Nasza przygoda z tym krajem zaczęła się od kolorowej i wychillowanej Copacabany, w której przesiadaliśmy się do autobusu mającego nas zawieźć do położonej na ponad 3500 m n.p.m. stolicy Boliwii – La Paz. Najwyżej położona stolica na świecie, tak jak większość południowo-amerykańskich miast, nie wywarła na nas szczególnie pozytywnego wrażenia. Ot kolejna wielka, brudna i zaniedbana metropolia. Nie zamierzaliśmy zostawać w niej dłużej, niż to absolutnie konieczne, tym bardziej, że nie jest to specjalnie przyjazne miasto. Nauczeni opowieściami innych backpackersów i ostrzeżeni przez nasze przewodniki, na powrót uruchomiliśmy nasze środki bezpieczeństwa. W ruch poszła osobista kieszeń, w której trzymamy gotówkę, a wszystkie dokumenty, drobne pieniądze i elektronikę zakopaliśmy na dnach naszych plecaków. Jak ognia unikamy ofert wszelkich podwózek dokądkolwiek – w La Paz szczególnie popularny jest express-kidnapping, polegający na tym, że wsiadasz do taksówki złapanej „z ulicy”, zostajesz porwany, ograbiony i bity do momentu, aż podasz prawidłowe numery PIN do swoich kart kredytowych. Do innych atrakcji należy kradzież na „flegmę”, polegająca na tym, że zupełnie niewinnie wyglądający ktoś (np. ładna Boliwijka albo Bogu ducha winne dziecko) spluwa albo coś na ciebie rozlewa, a kiedy próbujesz się po tym ogarnąć, druga osoba porywa twoje kosztowności.

Jak najszybciej kupujemy bilety do upragnionego Uyuni i wsiadamy w nocny autobus sypialny o najwyższym standardzie (siedzenia zamieniające się w łóżka, koce, poduszki i inne szmery bajery), żeby następnego dnia zacząć dzień na pełnych obrotach. Niestety, nazajutrz w Uyuni budzimy się bez naszego Kindle’a. Boliwia to nie Peru – nikt nie sprawdził nam biletów na wejściu do autobusu, nikt też nie filmował wchodzących i wychodzących pasażerów, co jest standardem w bardziej rozwiniętych krajach Ameryki Południowej. Nasze środki bezpieczeństwa nie objęły niestety czytnika ebooków i najprawdopodobniej podczas gdy spaliśmy, ktoś poczuł miętę do naszej elektronicznej biblioteczki.

Niezrażeni kradzieżą, udajemy się w rajd po mroźnym (piętnaście stopni pod kreską) Uyuni, żeby odnaleźć agencję która zabierze nas na kilkudniowy offroad samochodem terenowym po bezkresach płaskowyżu Altiplano i wyschniętego jeziora solnego Salar de Uyuni. Szybko okazuje się, że oferty miliona agencji działających w Uyuni są pod wszystkimi względami takie same i trudno dokonać racjonalnego wyboru. Postanawiamy posłuchać się wujka Lonely Planet, który w Cusco świetnie podpowiedział nam z jaką firmą wybrać się na wyprawę do dżungli. Padło na rekomendowane Andrea Tours. Szczegółowe informacje na temat wycieczki i recenzję biura znajdziecie na końcu.

Następnego dnia pakujemy plecaki na dach naszego terenowego Lexusa, który jednak z terenem ma niewiele więcej wspólnego niż współczesne SUVy – dołączany napęd na cztery koła, podniesione zawieszenie, pancerne opony, reduktor skrzyni biegów i ryczące V8. Jak się okazuje, w zupełności wystarcza to na potrzeby boliwijskiego pustkowia. Na celowniku mamy najpierw Salar de Uyuni, najwyżej położone (3653 m n.p.m.) i największe (ponad 12 kilometrów kwadratowych) jezioro solne na świecie. W porze suchej całkowicie wyschnięte, więc bez oporów wjeżdżamy naszą bestią na solną taflę i mkniemy ponad 100 km/h po nieskazitelnie białej i płaskiej powierzchni jeziora. W najgłębszym miejscu mamy pod sobą ponad 120 metrów soli, a przy samym dnie cienką warstwę solanki. Nawigacja zmienia się z samochodowej na morską, tj. jedziemy na azymut niczym jachty po Bałtyku nie przejmując się niczym. Prawie jak wyczynowe terenowe maszyny, które dwa lata temu biły tutaj rekordy prędkości w ramach boliwijskiego odcinka słynnego rajdu Paryż-Dakar. Dookoła biała pustka tworząca wspaniałe kontrasty z bezchmurnym, soczyście niebieskim niebem. Trudno uwierzyć, że nie jedziemy po lodzie, a na słońcu wystarczy mieć na sobie krótkie spodnie i t-shirt. Po szybkim obiedzie w restauracji całkowicie zbudowanej z soli (serio, jak się chciało dosolić zupę to wystarczyło odłupać kawałek stołu) pędzimy dalej w stronę wyspy Incahuasi, której moim zdaniem bardziej pasowałoby miano wyspy fallusów (dlaczego – zobaczycie na zdjęciach).

Po drodze na wyspę zatrzymujemy się pośrodku niczego żeby zrobić tradycyjne, wątpliwej wartości artystycznej zdjęcia z wykorzystaniem perspektywy. W efekcie Marta trzyma mnie na wyciągniętej dłoni, pomniejszonego w skali 1:5, ja stoję na jej głowie i tak dalej. Rosyjscy fotografowie ślubni mieliby tu raj na ziemi. Jeszcze standardowe zdjęcie na którym cała nasza grupa wyskakuje wysoko ponad biały horyzont i wsiadamy z powrotem do samochodu. Jedziemy świetną ekipą. Sol – indywidualistyczna i nonkonformistyczna Hiszpanka, która mieszkała i podróżowała już chyba po całym świecie. Mądra i inspirująca, niesamowicie otwarty umysł, reprezentuje filozofię carpe diem w najlepszym wydaniu, obecnie pracuje jako szef kuchni na Martynice (Karaiby), przez dwa lata mieszkała na Islandii. Bob – były strażak, Belg urodzony w Niemczech, obecnie uczy „życia” dzieci chore na autyzm. Serio, jego lekcje dotyczą np. robienia zakupów w sklepie, ubierania się, gotowania wody na herbatę. Odkąd pracuje z tymi dziećmi, przestał czuć, że „chodzi do pracy”. Mega rozrywkowy i młodzieńczy 50 latek, opowiadamy sobie na przemian szowinistyczne dowcipy o Niemcach i Polakach, cały czas fascynuje się moim nożem z grawerunkiem. W wolnych chwilach – przewodnik po Islandii. David – student dziennikarstwa z Australii z całkiem fajnym Nikonem. W zasadzie to nie wie czy skończy podróż za miesiąc, czy dwa. Letti – studentka językoznawstwa z Londynu, ostatnie 5 miesięcy spędziła w Chile. Kończy studia i nadal szuka siebie. No i Jorge (dla niewtajemniczonych: „Horche”), nasz przewodnik i kierowca. Wzbudzający dość mieszane uczucia, o czym potem.

Opuszczamy jezioro solne i kierujemy w stronę granicy z Chile, trzymając się ścieżek wyjeżdżonych przez naszych poprzedników. Po niezbyt namiętnej nocy spędzonej w mroźnym hostelu solnym (na zewnątrz -15, w środku brak ogrzewania i ciepłej wody) ruszamy dalej na południowy zachód i wspinamy się pod górę do Laguny Colorada (4200 m n.p.m.). Choć już od dawna przebywamy na wysokościach powyżej 3500 m n.p.m., to każda kolejna „setka” wzwyż robi coraz większe wrażenie. Nie tylko na nas, bo nawet nasz Lexus przestał groźnie pohukiwać i zaczął łapać zadyszkę. Zresztą mało kto tu nie ma zadyszki – na tych wysokościach nie spotkasz już nawet superodpornej lamy, a jedynie jej twardsze, nieco bardziej puchate kuzynki – wikunie. Tu i ówdzie przemknie przerośnięty lis andyjski w pogoni za andyjską odmianą zająca, do złudzenia przypominającą naszego szaraka (tyle że z zabawnym, zakręconym ogonem). No i trzy gatunki flamingów, w tym bardzo rzadka odmiana James’a, wszystkie przypominające bociany zmutowane w wyniku wybuchu bomby nuklearnej. Można się z nich śmiać, ale podczas gdy my marzniemy i ledwo zipiemy, one niewzruszone pływają, spacerują po lodzie i polują. I nie zwracają na nas najmniejszej uwagi, dając nam do zrozumienia, że to one są w centrum uwagi, a takich jak my widziały już tysiące. Jednak cała dostojność i wyniosłość pryska w momencie, gdy flaming próbuje wylądować na zamarzniętej tafli laguny, co kończy się efektownymi poślizgami i niekiedy nawet wywrotkami. Pod względem pierdołowatości wyżej plasują się już tylko atlantyckie maskonury, których opasłe brzuchy uniemożliwiają im start z wody już przy minimalnym zafalowaniu oceanu. Docieramy do kolejnego celu podróży – Laguny Colorada – i podziwiamy czerwoną barwę wody, będącą rezultatem dużej zawartości żelaza w rosnących w niej algach.

Następną noc spędzamy na wysokości ponad 4000 m n.p.m. w schronisku, w którym tradycyjnie już nie ma ogrzewania ani ciepłej wody (12 stopni pod kreską), ale jest trochę prądu dzięki wszechobecnym panelom fotowoltaicznym. Walczę z zimnymi patyczanymi stopami, wkładając do śpiwora prowizoryczny termofor zrobiony z mojego bukłaka wypełnionego wrzątkiem. Działa, ale jak się później okazuje, to nie zimno było naszym największym przeciwnikiem tej nocy, bo Boliwia każe słono sobie płacić za podziwianie swoich uroków. Zasypiamy stłoczeni w sześcioosobowym pokoju bez wentylacji w powietrzu tak rzadkim, że gdyby w samolocie przelatującym na tej wysokości doszło do rozszczelnienia, to w kabinie natychmiast wypadłyby maski podające tlen. Budzi mnie ból głowy rozsadzający czaszkę do tego stopnia, że nie jestem w stanie sięgnąć sam po tabletki z paracetamolem. Pomaga mi Marta, która sama nie może zasnąć, czuje się dziwnie i ma tętno jakby biegała od godziny. Sol i Bob też nie śpią, bo cały czas próbują złapać oddech. Ogólnie każdy przeżywał swoją małą gehennę, ale w końcu udaje mi się zasnąć po obezwładnieniu przez paracetamol.

Nie na długo. O 5 rano w pokoju rozlega się dziarskie „Rise and shine, babies, rise and shine!” – to nasz biologiczny budzik w postaci Boba ściąga nas z łóżek na śniadanie. Nie mam pojęcia skąd w tym Belgu tyle energii i zapału w środku nocy i na kilkunastostopniowym mrozie, ale plan wyprawy jest nieubłagany i już po paru minutach zajadamy zimne naleśniki w naszej jadalni. Przed nami ostatnie cele podróży: gejzer Sol de Manana (4950 m n.p.m.), gorące źródła Termas de Polques i rodzynek w cieście – Laguna Verde (zielona laguna) na magicznej wysokości 5000 m. n.p.m. Na wpół śpiący, na wpół odurzeni długotrwałymi niedoborami tlenu niczym zombie wsiadamy do naszej ryczącej terenówki i wspinamy się na górę. Pogodę ducha zachowuje tylko nasz kierowca, Jorge, który walczy z chorobą wysokościową żując chyba ze trzy garście liści koki jednocześnie. Jeszcze po ciemku docieramy do dzisiejszego celu numer jeden – z małej dziury w ziemi, z ogłuszającym jazgotem wydobywa się para wodna pod ogromnym ciśnieniem. Rozchodzi się zapach zgniłych jajek, a raczej siarkowodoru – nieodłącznego towarzysza terenów o wysokiej aktywności sejsmicznej. W odległości kilkudziesięciu metrów wyją jeszcze dwa podobne gejzery, ale przenikliwe zimno nie pozwala nam zbyt długo napawać się widokiem i uciekamy do nagrzanego Lexusa. Później już, razem z Bobem i Sol zgodnie orzekamy, że jeśli ktoś widział słynny Geysir na Islandii, to żaden inny nie będzie już w stanie zrobić na nim takiego wrażenia. Zresztą to nieistotne bo zaczyna wschodzić słońce, a to doskonała pora na poranną kąpiel! Zachęceni szansą na ciepłą wodę po raz pierwszy od trzech dni, szybko zjeżdżamy do gorących źródeł. Przy Sol de Manana ma swoje źródło rzeka, w której temperatura wody dochodzi do 35 stopni. Marta nie jest szczególnie zachwycona pomysłem – na myśl o zdjęciu z siebie czterdziestu warstw polarów, windstopperów i bielizny termicznej i wskoczeniu w strój kąpielowy trzęsie się jeszcze bardziej niż zwykle. Ostatecznie udaje mi się ją namówić, bo w końcu niecodziennie ma się okazję wykąpać w gorących źródłach na mrozie, w Andach, na wysokości kilku tysięcy metrów i do tego jeszcze o wschodzie słońca. Szybko zrzucamy z siebie rzeczy i wskakujemy do niecki zasilanej ogrzaną przez wulkan wodą. Ponad czterdziestostopniowa różnica pomiędzy powietrzem a rzeką na początku szokuje i parzy, zwłaszcza nasze zmarznięte stopy, ale już po chwili za nic nie dajemy się wyciągnąć z naszego wulkanicznego jacuzzi i rozkoszujemy się widokiem słońca wstającego nad sześciotysięcznymi wierzchołkami Andów. Upajamy się ciepłem, na przemian wynurzając się na chwilę na mróz i wracając do gorącej wody. Niektórzy wymyślają jeszcze bardziej finezyjne zabawy – wybiegają z niecki do okolicznych zasp śniegu, nacierają się i wskakują z powrotem (obstawiam, że Anglicy). W zasadzie do szczęścia brakuje tylko drinków z palemką, ale widoki zdecydowanie wynagradzają nam te horrendalne niedogodności. Sam powrót na mróz nie jest taki straszny, bo zakumulowaliśmy w sobie tyle ciepła, że ubierając się nawet nie czujemy zimna. Dysząc i zipiąc biegniemy do samochodu, w którym czeka już i trąbi na nas Jorge, niezadowolony z przeciągającego się pobytu przy źródłach. Ruszamy w stronę zielonej laguny. Choć gorąca kąpiel trochę nas rozbudziła i ożywiła, to choroba wysokościowa u Sol nie poprzestaje na braku oddechu i zaczyna atakować jej układ pokarmowy. Dzielny Lexus jednak się nie poddaje i wspinamy się na upragnione 5000 m. n.p.m. żeby zobaczyć malowniczą… niebieską lagunę. Niestety nie obejdzie się bez Photoshopa, bo laguna zielona jest zielona tylko w godzinach 12-15 po południu, co wywołuje głębokie niezadowolenie u Marty i chęć złożenia reklamacji. Malowniczy kolor laguny to skutek mieszania się trzech substancji występujących w wysokim stężeniu w wodach laguny – arszeniku, siarki i miedzi. Mieszają się jednak tylko wtedy, kiedy woda faluje poruszana przez wiatry, które przybierają na sile właśnie koło południa. Jednocześnie obecność arszeniku w wodzie skutecznie odstrasza wszelkie formy życia – wyniosły się stąd nawet pancerne flamingi, a po wszędobylskich mewach nie pozostał żaden ślad.

Tym samym osiągamy ostatni, najbardziej odległy cel wyprawy po południowo zachodniej Boliwii i udajemy się jeszcze na chwilę na granicę z Chile. Rzucamy się tam śnieżkami i zostawiamy Boba, Lettie i Davida, którzy kontynuują podróż do San Pedro de Atacama, po czym razem z Sol wsiadamy do Lexusa i rozpoczynamy żmudny powrót do Uyuni.

Krajobrazy Altiplano czasem do złudzenia przypominają nam te, którymi raczyliśmy się na Islandii. Co rusz podziwiamy ukształtowanie terenu będące wynikiem tutejszej aktywności sejsmicznej, mijamy dymiące się wulkany i zatykamy nosy przy gejzerach. Boliwia jednak zdecydowanie bardziej daje nam w kość. W ciągu dnia raczy nas ciepłym słońcem i zachęca do zrzucania kurtek, po czym wieczorem męczy nas poparzeniami słonecznymi (filtr 20 nie daje rady), przenikliwym zimnem, brakiem oddechu i bólami głowy. Ameryka Południowa to stara wyjadaczka – obserwowana przez nas rzeźba terenu to wynik setek milionów lat procesów geograficznych. Niektóre wulkany już dawno zostały zmiecione przez lodowce, a jedyną oznaką ich istnienia są ciągnące się dziesiątkami kilometrów pola lawy. Bez wątpienia w czasach prehistorycznych dochodziło tu do pojedynków gigantów, w których na wysokości ponad sześciu kilometrów nad poziomiem morza woda ścierała się z ziemią, ogniem i powietrzem. Islandia to przy tym zawodnik wagi lekkiej, stosunkowo młoda i dynamiczna wyspa, która niczym nastolatek wciąż się burzy i podryguje – tu zatrzęsie, tam wybuchnie, jeszcze gdzieś indziej zaleje. Tak czy inaczej, za nami kilka dni rozkoszowania się krainą, której człowiek nigdy nie potrafił i nie będzie potrafił opanować i w której jest tylko niemile widzianym gościem.

Garść suchych informacji o wyprawie i Andrea Tours:
Najbardziej popularną wyprawą na Salar de Uyuni i Altiplano jest trzydniowa podróż samochodem terenowym z Uyuni na południowy zachód Boliwii. Niestety rzadko spotykane są wyprawy czterodniowe zahaczające o Tupizę, którą bardzo chcieliśmy zobaczyć. W Uyuni funkcjonuje mnóstwo agencji oferujących takie wyprawy z niemal identycznym programem i innymi parametrami, w tym ceną. Za naszą wycieczkę z Andrea Tours zapłaciliśmy 138 USD (750Bs) za osobę. W cenie mieliśmy dosłownie wszystko, wliczając w to wypożyczenie bardzo ciepłego śpiworu dla Marty. Niestety kierowca mówił tylko po hiszpańsku – analogiczna wycieczka z anglojęzycznym kosztuje 1100-1350 Bs.
Zdecydowanie nie polecamy Andrea Tours z Uyuni. Pomimo zapewnień, nasz pierwszy nocleg nie był ogrzewany nawet kozą czy kominkiem, ciepła woda skończyła się zaraz po naszym przyjeździe – miała być non-stop, nikt nie poinformował nas, że jest tylko do 9PM. Ja tam nie narzekam, ale po co obiecywać coś, czego nie ma? Poza tym, powszechnym problemem w tego typu wyprawach są kierowcy prowadzący samochody pod wpływem alkoholu. Pomimo zapewnień naszej agencji, rekomendacji Lonely Planet i dobrych ocen na TripAdvisorze, niestety i nam nie udało się uniknąć tego problemu, co bardzo mocno wpłynęło na nasze poczucie bezpieczeństwa i doprowadziło do niemiłych spięć pomiędzy nami a kierowcą. Jakkolwiek cała wyprawa była fantastyczna, kierowca kontaktowy i chętnie dzielący się wiedzą na temat mijanych przez nas atrakcji, to „safety first” jest podstawą i uniwersalną zasadą, która przez biuro Andrea Tours została złamana poprzez zatrudnienie kierowcy prowadzącego nasz samochód pod znacznym wpływem alkoholu.

Dodaj komentarz