Dlaczego NIE odwiedziliśmy Kanionu Antylopy?

W każdym miejscu są miejsca „must see”, o których rozpisują się przewodniki, o których słyszeli wszyscy, zdjęcia których zdobią szkolne podręczniki rozpalając wyobraźnię i nadając marzeniom konkretne kształty.
Pierwsze zdjęcia Kanionu Antylopy widziałam kilka dobrych lat temu, zanim jeszcze przez myśl przeszłoby, że w relatywnie niedalekiej przyszłości pojadę do Stanów. Zobaczyłam gładkie, nieziemsko pofalowane ściany mieniące się kolorami tęczy w niewyjaśnionym procesie. Zobaczyłam, zapamiętałam, pomyślałam: „kiedyś tam pojadę”.
Nastało to „kiedyś”.

Ale przez kilka lat świat Kanionu Antylopy zmienił się na tyle, że przejeżdżając dosłownie tuż obok, nawet tam nie zajrzałam – i ani trochę nie żałuję.
Prawdziwy szał rozpoczął się, kiedy Peter Link, fotograf, sprzedał swoje zdjęcie zatytułowane „Phantom” za rekordową na skalę światową sumę 6,5 miliona dolarów. Tak, dobrze czytacie.
Gdzie zrobiono czarno-białe dzieło, w którego centrum w padającym spoza kadru strumieniu światła unosi się na kształt ducha drobny pył? W Kanionie Antylopy, jednym z licznych slot-kanionów rozrzuconych po północnej Arizonie i południowym Utah, który, wcześniej już dość popularny, został nagle zalany falami turystów, powodując powódź, której nie był w stanie przyjąć.

W slot kanionach, ze względu na bardzo wąskie ściany i często najwęższe miejsca położone najniżej, istnieje duże i poważne ryzyko nagłych powodzi, nazywane „flash floods”, przed którymi przestrzegają przewodnicy i parkowi rangerzy. Nikt jednak nie przestrzegł Indian Navajo, przez których teren przebiega kolorowa Antylopa, że powódź nie będzie deszczowa, ale że napadnie ich ludzkie tsunami.
Początkowo więc zatarli ręce, ucieszyli się z dobrego interesu. Podnieśli ceny z 25$ do około 50$. Uniemożliwili samodzielne zwiedzanie kanionu, konieczna jest wykupiona u nich wycieczka. „Najlepsze” godziny, czyli od 10:30 do 13:30, kiedy jest największe prawdopodobieństwo ujrzenia na własne oczy prześwitujących przez wąski strop kanionu promieni świetlnych tworzących obrazy, jak ten uwieczniony na drogocennym zdjęciu, wyprzedają się na tygodnie do przodu, czasem na miesiące, w sezonie letnim. Może niedługo też będą kosztować miliony?
Za wzrostem cen ponownie jednak nie idzie rozwój żadnej infrastruktury. Kanion był, jest i będzie, wcześniej nieokryty, nieodgadniony i znany niewielu, dzisiaj zadeptywany każdego dnia tysiącem stóp i porysowany od selfie sticków.


Bo w końcu w Kanionie Antylopy o zdjęcia chodzi. Już nawet nie pamiątkowe, bo żeby zdołać zrobić ujęcie z osobą własną, bez dziesiątek innych należy wykupić specjalną wycieczkę fotograficzną, których ceny oscylują od 100 do 150$. Inaczej zapomnij, będziesz przepychać się z jedną grupą poganianą drugą, nie ma czasu, nadchodzi kolejna. A wszyscy chcą mieć to unikalne i niepowtarzalne ujęcie, to, które sprzedało się tak dobrze. Wszyscy są artystami.

Cała wycieczka, długo wyczekiwana, trwa z dojazdem ledwo 2 godziny. Zatrzymywanie po drodze nie jest mile widziane, bo przecież spowalnia grupę, a czas leci, pieniądz tym bardziej.
Jeżeli coś może obrazować turystykę masową, to właśnie stłoczeni jak sardynki ludzie obcierający się łokciami w niewielkiej puszce przepięknego kanionu.

Nie powiem, kusiło mnie trochę. Walczyłam ze sobą, wysyłałam zapytania, sprawdzałam alternatywy. Rozważałam niższą część kanionu (najbardziej popularna to tak zwany „Upper Antelope Canyon”, na niższą – Lower Antelope Canyon – można się załapać z kilkudniowym wyprzedzeniem), rozważałam „Canyon X”, czyli jeszcze dalszą, nie tak znaną część tego samego miejsca. W końcu odpuściłam, nie dajmy się zwariować.
W poszukiwaniach natrafiłam na inne slot kaniony, nie znajdujące się na terenie Navajo Reservation Indian, lecz nieco na północ od jeziora Powell, w parku Grand Staircase-Escalante National Monument. To nawet nie park narodowy, bardziej… rezerwat.
Wejście jest darmowe, informacje nieliczne, miejsca niezatłoczone i znane tylko tym, którzy szukają, a teren parku i kaniony można złazić wzdłuż i wszerz bez kontroli czasowej, bez biletów wstępu, bez przewodnika. Nie trzeba było długo przekonywać. Jedziemy!
Tym sposobem znaleźliśmy się w Escalante, kolejnej małej miejscowości, która skradła autentycznością nasze podróżnicze serca, rozbiliśmy na całkiem niezłym campingu, odgruzowując się po kilku nocach hippisowskiego życia pod chmurką na dziko.

Kolejnego dnia ruszyliśmy na podbój nieznanych kanionów.
To znaczy tylko tak nam się wydawało. W Stanach prawdziwa dzikość skończyła się  lata temu, mimo że tereny Grand Staircase-Escalante to najpóźniej zmapowane ziemie na skalę całego kraju. Mimo że nadal nie istnieje tu turystyczna infrastruktura, szlaki nie są zbyt dobrze oznaczone, a na wejściu nikt nie zdążył jeszcze wbić tabliczki informacyjnej z dystansami i troskliwymi „pamiętaj, żeby pić wodę”, „gorąco zabija”, „nie śmieć” i tak dalej, to jednak domorosły parking wypełniony był kilkunastoma samochodami współtowarzyszy w trekkingu. No i tak to już jest, jeśli my byliśmy coś w stanie znaleźć w internecie, dlaczego nie mieliby inni? A przez brak informacji w przewodnikach, szukaliśmy trochę po blogach podróżniczych (szczególnie dobre i szczegółowe informacje tutaj), dzięki którym trafiliśmy w slot kanion jak po sznurku.

Zamiast Antylopy zafundowaliśmy sobie Zebrę, czyli niewielki kanion, którego pofalowane i zbliżające się do siebie ściany momentami na ledwo 30 cm poprzecinane są białymi, ceglastymi i żółtawymi paskami, tworząc fantazyjne wzory na nieprawdopodobnej palecie.
Po drodze zostawiliśmy plecaki, które tylko przeszkadzały, szorując o ściany i momentami się wspinając, a momentami zapierając o ściany szliśmy, wreszcie czując dreszczyk emocji.
Ludzi też było akurat tyle, by zamiast czuć się zdominowanym, czuć się po prostu bezpiecznie. Zamiast przepychać się w drodze do najlepszego fotograficznego kadru, pomagaliśmy sobie pokonać najtrudniejsze odcinki, każdy miał czas przepuścić szybszych, albo porozmawiać z mijanymi grupkami. Grupkami, w skład których wchodziły czasem ledwo kilkuletnie dzieci i psy, które w wąskich przestrzeniach śmigały o wiele sprawniej, niż wielcy dorośli. Czasem my przydawaliśmy się ludziom przed nami, czasem oni nam. Raz Piotrek pomógł starszej pani wciągając ją niemalże za rękę do najbardziej widowiskowej części Kanionu Zebry. Raz mi pomógł Amerykanin idący przede mną, kiedy próbowaliśmy pokonać rumowisko skalne w innym kanionie – Spooky – który jako żywo przywoływał sceny z „127 godzin” i chcieliśmy wydostać się z niego raczej szybko.

 

Nazwa odpowiadała wrażeniom. Spooky i Peek-a-boo to dwa wijące się obok siebie, ukryte w bezdrożach pustynnego Utah kaniony – długie, wąskie, których przejście samo w sobie jest przygodą, w których łokcie ocierają się, a głosy zwielokrotniają, aż nie wiadomo, czy woła ktoś z przodu, ktoś z tyłu, czy może to tylko nasze echo. Spooky.

Jedno jest jednak pewne. Nie są to miejsca przystosowane dla stereotypowego Amerykanina. Natura nie ma litości, grubi się nie przecisną, kaniony wymuszają zdrową dietę i odpowiednią posturę. Być może dlatego nie są tak popularne, jak relatywnie proste, szerokie i dostępne dla wszystkich dno Antylopy.
Dla nas jednak wybór był oczywisty. Rezygnując z prostoty i poświęcając nieco czasu na przygotowanie, zafundowaliśmy sobie jeden z najlepszych i bardziej przygodowych dni, jakie do tej pory spędziliśmy w USA. Dzień otwartych i klaustrofobicznych przestrzeni, dzień adrenaliny i satysfakcji, dzień, w którym łatwo ożywały duchy indiańskich przodków, świszcząc w gładkich ścianach pokrytych pomarańczowym pyłem.

Dla dociekliwych – szczegółowy opis 5 slot kanionów w okolicy Escalante z amerykańskiego przewodnika:
Zebra and Tunnel Slots 1, Zebra and Tunnel Slots 2

Peek-a-boo, Spooky and Brimstone Gulches, cd, cd2, cd3

Kto by się zdecydował?:)

2 komentarzy

  1. Piękne widoki, piękne zdjęcia. Jakbym tam była…. Pozdrawiam Was serdecznie.

    1. Dziękuję bardzo, też pozdrawiamy!:)

Dodaj komentarz