Nasza przygoda z jachtostopem

Jachtostop, czyli żeglarska wersja autostopu, z roku na rok staje się bardziej znany i popularny. Wystarczy prześledzić poświęcone tematowi fora czy grupy dyskusyjne, by znaleźć dziesiątki czy setki relacji, porad, przestróg czy zaproszeń. Internet otworzył jachtostopowy świat dla tych bardziej zaplanowanych, wykluczających z podróżniczych planów hippisowskie zagadywanie w marinach, szturmując rynek stronami przeznaczonymi do kontaktowania przyszłych załóg z kapitanami i vice versa.
Rok temu myśleliśmy sobie: chcemy wyruszyć w długą podróż. W świat. Jesteśmy żeglarzami z uprawnieniami. Sami organizujemy i prowadzimy rejsy. Dlaczego więc nie połączyć planów z umiejętnościami, nie skorzystać z możliwości i w podróż życia, gap-half-of-the-year wpleść trochę fali i żagli?

Gdzie szukać jachtostopa?

Zaczęło się, jak zwykle, od internetu. Do teraz właściciel łódki, którą ostatecznie płyniemy żartuje, że poznaliśmy się przez profil randkowy dla żeglarzy. Bo czasem niestety tak to wygląda.

Media społecznościowe zastępują dziś spotkania, strony oferujące rejsy, łączące kapitanów i załogi zastępują zachodzenie do portowych tawern, przyklejanie ogłoszeń na drzwiach bosmanatów i pukanie w burty z akwizytorskim pytaniem na ustach czy wyrazem twarzy mówiącym „przygarnij kropka!”. Losowi dobrze dopomóc i aktywnie poszukiwać okazji zamiast czekać, aż sama nam w ręce wpadnie – dlatego pierwszymi stronami otwieranymi w przeglądarce powinny być findacrew albo crewseekers – dwie największe spośród rzeszy podobnych. Obie już z ugruntowaną pozycją na rynku w ostatnich latach pobierają opłaty za zweryfikowanie swojego profilu czy możliwość wysyłania wiadomości. I tak w pierwszej z nich za darmo założymy i upiększymy profil, ale do właścicieli jachtów czy organizatorów rejsów możemy co najwyżej wirtualnie zamachać. Jeśli wykażą zainteresowanie i odmachają, można napisać wiadomość, o ile posiadają profil „pro”. Jeśli natomiast, tak jak my, nie wnieśli opłaty portalowej, możemy sobie co najwyżej machać do znudzenia, nie dochodząc w efekcie do żadnego celu. Plusem jest jednak możliwość przeglądania profili – zarówno jachtów, jak i kapitanów czy załogi, dzięki której można zrobić pierwszą selekcję. Niestety nawet to nie jest dozwolone na darmowym koncie crewseekers – wyszukiwarka zadziała, ale detale już nie, do niej więc, z ociąganiem, dokupiliśmy dostęp. Warto, by zarówno strona poszukująca jak i zatrudniająca wybadała odpowiednio teren i zadała odpowiednie pytania. Wielu samotnych żeglarzy poszukuje do towarzystwa kobiecej ręki na pokładzie i odwrotnie – nawet nasz właściciel wspominał, że kilkanaście aplikacji od kobiet – żeglarek wspominało przy „umiejętnościach” o dodatkowych „usługach i korzyściach”. Jeśli dla was to w porządku – go for it, jeśli czujecie się z tym nieswojo – nawet nie wysyłajcie zapytania. Szukajcie i poznawajcie dalej, żeby wymarzony rejs nie okazał się koszmarem. W końcu jeśli wszystko się uda, spędzimy ze sobą tygodnie, jeśli nie miesiące na morzu, dobrze wiedzieć cokolwiek o sobie i spróbować wyczuć, czy damy radę ze sobą wytrzymać. Nie ma sensu się oszukiwać. Przez tydzień wytrzyma się z każdym. Dwa napną nerwy. Po trzech tygodniach każdemu puszczają hamulce i nagle przestaje być różowo. Dobrze umówić się na rozmowę przez skajpa, przygotować punkty do ustalenia i wypracować kompromisy. Dla nas wiele to znaczyło – dopiero po rozmowie „na żywo”, na którą wstawaliśmy o 5 rano przed pracą ze względu na różnicę czasu pomiędzy Polską i Australią, skąd pochodził właściciel, zapadła ostateczna decyzja o wyjeździe.

SONY DSC

Za co płacimy?

Wiadomo, że dżentelmeni o pieniądzach nie rozmawiają, ale realia są takie, że to temat często najważniejszy, a jeszcze częściej konfliktogenny. Zanim wsiądziemy z kimś na łódkę, musimy ustalić, za co płacimy, za co jest nam płacone, w których kosztach partycypujemy, a które pokrywa armator. Większość łódek poszukujących załogi działa na zasadzie zrzutki na jedzenie, ewentualnie paliwo, pokrywając koszty pobytu w marinach, niezbędnych napraw z własnej kieszeni. My mieliśmy szczęście – armator wprost w ogłoszeniu pisał, że kasa nie jest problemem, a budżet szeroki (co być może spowodowało zalanie go niebotyczną ilością 200 wniosków już w kilka dni po jego opublikowaniu), nie płacimy więc praktycznie za nic. Właściciel nawet opłaca nam koszty wjazdowe do odwiedzanych miejsc, zapewnia osobiste PLB na czas rejsu, czy prezentuje rękawiczki żeglarskie, „żeby się lepiej pływało”. Jedyne więc, na co wydajemy pieniądze, to nieliczne atrakcje na lądzie – ale jako że przejście Atlantyckie to tygodnie na wodzie, a zaledwie kilka dni na wybrzeżu, bilans jest zdecydowanie dodatni. Nie ma oczywiście nic za darmo – tak dobra oferta nie przychodzi łatwo, a wymagania co do załogi zostały sprecyzowane jasno. Musiała mieć żeglarskie doświadczenie, być otwarta na zmiany planów, wykształcona, niepaląca, ze zdolnościami inżynierskimi lub wiedzą elektroniczną i/lub przydatnym zawodem typu lekarz. Tak się złożyło, że jestem lekarzem, widząc więc ten wpis napisałam od razu. I to był strzał w dziesiątkę. Pomimo że nasza aplikacja początkowo została odrzucona – właściciel nie poszukiwał pary – to ostatecznie dwa miesiące później lecieliśmy do Afryki. Pod jachtostopa dopasowaliśmy cały plan kilkumiesięcznej podróży, zmieniliśmy kontynent, otwarliśmy się na nowe możliwości.

Co robimy na łódce?

Jakie w takim razie są nasze obowiązki? Wielu z nich nie dogadywaliśmy dokładnie przed wyjazdem, a wychodziły w miarę upływu czasu, wiele z nich wydawało się nam oczywistych. Dopóki nie opuszczaliśmy portu, staraliśmy się przydawać generalnie we wszystkim. Robiliśmy zaopatrzenie, planowaliśmy posiłki i wyposażaliśmy jacht (dla którego miała to być pierwsza podróż) w niezbędne i zbędne sprzęty, opisywaliśmy kable, sprzątaliśmy, myliśmy pokład, gotowaliśmy. Nadal mieliśmy w tym wszystkim więcej czasu wolnego niż pracy, a właścicielowi nie przeszkadzało nasze znikanie czasem na pół dnia, kiedy zwiedzaliśmy okoliczne miejsca – zawsze jednak ustalaliśmy to wcześniej. Tak z czystej kultury. Od momentu wypłynięcia doszły obowiązki wachtowe. Oboje mamy spore doświadczenie żeglarskie, z organizacją i prowadzeniem rejsów włącznie (Piotrek z licencją kapitana, ja jachtowego sternika morskiego), jest to więc najprzyjemniejsza część pracy. Zmieniamy się w nocy co 3, a w dzień co 4 godziny, prowadząc nawigację i zmieniając żagle. Co drugi dzień wymieniamy się kambuzem, właściciel z założenia nie gotuje – często jednak w przypływie dobroci pomaga nakryć do stołu czy pozmywa naczynia, co jest miłym zaskoczeniem po kontakcie z wieloma polskimi kapitanami, wynoszącymi swą kapitańskość ponad tak przyziemne miejsca jak kuchnia. Piotrek pomaga też konfigurować i naprawiać elektroniczne usterki. I nie, nie ma stricte inżynierskiego wykształcenia. Co jednak bardzo przydaje się na łódce, to chęć nauki i pomocy, a tej mu zdecydowanie nie brakuje. Przy każdym postoju w porcie uzupełniamy zapasy, szczególnie świeżych warzyw i owoców, tankujemy paliwo i ogarniamy łódkę, przygotowując ją na kolejny etap. Poza tym cieszymy się nowymi miejscami na odległych wyspach, na których w inny sposób pewnie nigdy byśmy się nie znaleźli. Przejście Atlantyku na katamaranie ze wszystkimi możliwymi udogodnieniami to zdecydowanie jeden z przyjemniejszych rejsów, jakie kiedykolwiek odbywaliśmy.

Co jest najważniejsze?

Żeby jachtostop doszedł do skutku – otwartość na zmiany i dużo czasu. Żebyście wrócili z niego w stanie nienaruszonym wspominając przygodę życia – najważniejsze jest bezpieczeństwo.

Co do pierwszego punktu, sami musieliśmy się sporo nauczyć. Daleko nam do spontanicznych, szastających wolnym czasem osób. Na co dzień mocno planujemy, lubimy organizację i przewidywalność. W podróży przewidywalność nie obowiązuje. A przynajmniej nie w takiej, w której zdajesz się mocno na innych ludzi. Choć nasz kapitan też należał do osób zaplanowanych i skrupulatnych, pewnych sytuacji nawet on nie przewidział, z innymi się przeliczył. Jacht był dopiero budowany, kiedy zgadzaliśmy się na wspólną podróż, chociaż więc termin naszego dołączenia na pokład zakładał opóźnienie, wzrosło ono ostatecznie o kolejne 3 tygodnie. We wrześniu ustalaliśmy, że najpóźniej opuścimy Kapsztad 25 stycznia. W grudniu okazało się, że nie wcześniej, niż 5 lutego. W praniu wyszło, że cumy oddaliśmy 15 lutego, dokańczając pewne zaległe prace w kolejnych portach na trasie. W międzyczasie skończyła nam się południowoafrykańska wiza, ale to temat na osobną historię. Jeśli więc rzucasz właśnie wszystko i ruszasz w kilkuletnią podróż dookoła świata, 3 tygodnie czy miesiąc opóźnienia nie wprawią w zdenerwowanie. Jeśli jednak chcesz wpleść jachtostopa w kilkutygodniowy urlop lub studenckie wakacje, musisz liczyć się z tym, że czas wolny może się skończyć…zanim właściwie wypłyniesz.

Drugi punkt to powód, dlaczego uważam, że na jachtostopa nie powinny decydować się osoby bez żadnego, żeglarskiego doświadczenia i dlaczego tak ważna jest rozmowa z kapitanem i zapoznanie się – choćby wirtualnie – przed wypłynięciem. Dla doświadczonego żeglarza rozpadająca się łódka z niefunkcjonującą elektroniką i brakiem odpowiednich przyrządów nawigacyjnych, niewyposażona w satelitarne nadajniki pozycji geograficznej w razie wypadku, kapitan nie umiejący manewru podejścia do człowieka czy nieposiadający na stanie szelek bezpieczeństwa i kamizelek ratunkowych, ignorujący ostrzeżenia pogodowe i wiedzący wszystko najlepiej to ogromne, czerwone flary rysujące w głowie napisy „Run Forrest, run!”. Ktoś, kto na jachcie znajduje się po raz pierwszy, ufa znacznie bardziej w profesjonalność i zawierza odpowiedzialności prowadzącego łódkę, nie dostrzegając często małych oznak nadchodzącej katastrofy. Zarówno twoje bezpieczeństwo fizyczne, jak i psychiczne powinny być na pokładzie priorytetem. Przy nieodpowiednim rejsie i szemranych ludziach możesz nadszarpnąć i jedno, i drugie. A gdy raz odbijesz od portu, niełatwo będzie się wydostać. To nie samochód, z którego można wysiąść za zakrętem, jeśli kierowca wydaje się podejrzany. Nie. Tu najbliższy postój może być za kilkanaście dni lub kilka tygodni, a do tego czasu tkwicie na środku oceanu zdani jedynie na siebie – na wasze umiejętności, tolerancję warunków, niewygód i uczący się każdego dnia nowych rozdziałów z podręcznika tolerancji.
Nie chcę nikogo zniechęcać, wprost przeciwnie – jachtostop to przygoda życia i szansa na odwiedzenie odległych wysp i zapływanie do miejsc, których odwiedzenie innym sposobem kosztowało by fortunę. Dlatego warto w nią zaangażować się wcześnie, warto dobrze się przygotować. Rozmawiać z ludźmi, szukać i pytać. Zrobić kurs żeglarski, dokształcić się z meteorologii i nawigacji. Pomyśleć, do czego na pokładzie możemy się przydać i na czym nam najbardziej zależy. Odpowiednio złożone zapytanie na findacrew czy crewseekers to trochę jak CV do nowej pracy – nie może przekłamywać, ale ma też nas zaprezentować od jak najlepszej strony.
Gotowi? Ruszajcie, bo jak stare powiedzenie mówi, w portach jachty gniją, a żeglarze schodzą na psy… Pomyślnych wiatrów!

Dodaj komentarz