Najbrzydsza wyspa świata

Ascencion oddalona jest o ok. 1600km od zachodniego wybrzeża Afryki, a 2250km od wybrzeża Ameryki Południowej, tworząc przystanek mniej więcej w połowie transatlantyckiej trasy i zasługując na miano jednej z najbardziej odizolowanych wysp na świecie. Darwin, kiedy pierwszy raz dopłynął do jej brzegów, ujął to jednak nieco inaczej. Ascencion była dla niego „najbrzydszą wyspą na świecie”, z niegościnnymi, poszarpanymi wulkanicznymi skałami, polami lawy, dziwnymi ptakami, jeszcze dziwniejszymi krabami i rozpaloną słońcem, czerwono – brunatną glebą. Spodobał mu się jednak pomysł uprawiania warzyw i roślin, którymi z nudów zajmowali się oficerowie stacjonujący w garnizonach. Postanowił więc dodać wyspie nieco kolorytu, wraz ze swoim przyjacielem Josephem Hookerem sprowadzając i sadząc tysiące roślin, przywożonych statkami z Europy, RPA i Argentyny, które ostatecznie, zadomowiając się w wilgotniejszym i mniej nasłonecznionym klimacie interioru tworzą całkiem przyjemny „cloud forest”, z trasami trekkingowymi i punktami widokowymi na lazurowe wody wybrzeża. To znaczy o tym traktują foldery reklamowe. Bo trekkingi dostępne są tylko za specjalnym pozwoleniem, ze specjalną wycieczką. Taką, w którą trzeba celować na długo przed planowanym przyjazdem.
Dzięki Darwinowi więc główne wzniesienie na wyspie nazywa się dzisiaj „Zieloną Górą”, a nie na przykład „szczytem zadupia”.
Wyspa została odkryta dwukrotnie i niezależnie przez portugalskich żeglarzy w 1501 i 1503 roku – widocznie przepływ informacji nie dosięgnął ekspedycji zapływających na odległy ląd. Będąc jednak totalnie jałową i niegościnną, nie skłaniała nikogo do zatknięcia na niej flagi i objęcia protektoratu, aż do 1815 roku, kiedy to Brytyjczycy wetknęli w wulkaniczną glebę union jacka i utworzyli na wybrzeżu garnizon marynarki wojennej – w teorii po to, by uniemożliwić Francuzom próby oswobodzenia Napoleona z Wyspy św. Heleny.

Po jego śmierci Ascencion stała się środkowoatlantyckim sanatorium i punktem zaopatrzeniowym dla statków patrolujących zachodnie wybrzeże Afryki w walce z importem niewolników. W międzyczasie Georgetown, stolica, rozwijał się całkiem prężnie, stając się istotnym łącznikiem komunikacyjnych ze światem, wraz z rozwojem Wschodniej Firmy Telegraficznej, wypuszczającej macki łączności na nieznane wody – z Cape Town do św. Heleny i dalej przez Ascencion, Wyspy Zielonego Przylądka i Maderę.

Łączność i bazy wojskowe przydały się niejednokrotnie podczas II Wojny Światowej, rozbudowane o jednostki amerykańskich sił powietrznych. W tamtym czasie na wyspie stacjonowało ok. 4000 żołnierzy (czyli ponad 4 razy więcej niż obecnie wszystkich mieszkańców), a samoloty podchodziły do lądowań ponad 25000 razy. Ostatni amerykański żołnierz opuścił bazę w 1947 roku. Ale nie na długo.
Niecałe 10 lat później Amerykanie powrócili, tym razem budując stację monitorującą przestrzeń powietrzną pod kątem rakiet (i innych niezidentyfikowanych obiektów latających), a potem się zaczęło.
BBC tworzy „Atlantic Relay Station”, NASA buduje kolejną, powstaje ziemski satelita mający wspomagać lądowanie Apollo na Księżycu. Na wyspie robi się gęsto, od kabli i ludzi, Brytyjczycy wysyłają więc swojego gubernatora, by nadzorował telekomunikacyjny chaos. A praktycznie nie dał przejąć tej coraz bardziej atrakcyjnej strategicznie ziemi.
Pomimo że książka opisująca historię wyspy zaczynała się od siejących defetyzm słów: „Ascencion nigdy nie grała istotnej roli w światowej historii i prawdopodobnie nigdy nie będzie”, już kilka lat później znowu stała się miejscem tankowania samolotów walczących w Wojnach o Falklandy – zaopatrując nawet 350 jednostek dziennie. Porównując to do obecnego ruchu o zawrotnej ilości 1 samolotu na tydzień lub dwa, nie można oprzeć się wrażeniu, że ląd jakby stracił na znaczeniu wraz z upływem lat.
RAF po falklandzkich konfliktach na dobre zadomowiło się na wyspie, a Europejska Agencja Kosmiczna wybudowała kolejną stację badawczą śledzącą satelitę Ariane. Amerykanie nie mogli pozostać w tyle, stworzyli więc jedne z najdalszych światowych nadajników GPS, dosiewając do kablowych pól nieco nowych anten.

I tak trwa do dzisiaj, najeżona nadajnikami i antenami niczym gigantyczny jeżozwierz, strasząca zabytkowymi armatami przeniesionymi z dawnych statków marynarki wojennej, spoglądających groźnie na zatokę, na której kołyszą się nieliczne łodzie rybackie i jeden jedyny jacht. Nasz. Pamiątką po burzliwych dziejach są zabytkowe budynki dawnych składów amunicji i barakowe zabudowania dawnych jednostek wojskowych, na ścianach których sól morska miesza się w wulkanicznym pyłem, podróżując chaotycznie przez wolno upływający, tropikalny czas.

2 komentarzy

  1. Ale chciałabym ja zobaczyć

    1. Być może kiedyś nadarzy się okazja:)

Dodaj komentarz