Co zobaczyć na wybrzeżu Czarnogóry? 5 sprawdzonych miejsc.

Jedni piszą, że to „Czarna Perła” Półwyspu Bałkańskiego. Jeszcze niedawno dość tajemnicza, teraz rozkwitająca turystycznie i wyprawowo.

Podobno George Byron powiedział kiedyś, że: „w chwili tworzenia się świata najpiękniejszym złączeniem morza i lądu musiało być czarnogórskie wybrzeże”. Chociaż więc boleśnie odczuliśmy zmianę temperatury z przyjemnych, wysokogórskich terenów na prawdziwie śródziemnomorski klimat, postanowiliśmy na własne oczy zobaczyć i wyrobić sobie zdanie na temat zachwalanego wybrzeża. Co najbardziej przypadło nam do gustu? Co możemy z czystym sumieniem polecić?
Zapraszam do czytania :).

SVETI STEFAN

Sveti Stefan to pocztówkowa wizytówka Czarnogóry, jeśli nie w ogóle całego adriatyckiego wybrzeża. No bo popatrzcie sami. Mała wysepka z gęsto poupychanymi budynkami z białego kamienia pokrytych marchewkowymi dachówkami, połączona jedynie dość wąską groblą z resztą lądu. Niby w zasięgu ręki, ale jednak odizolowana. Urocza. Na tyle urocza i fotogeniczna, że turystyczne autobusy robią obowiązkowy przystanek na krętej i wąskiej adriatyckiej magistrali, żeby powysypywać ze swojego klimatyzowanego wnętrza mrowie zwiedzających, którzy dość chaotycznie, niczym koraliki z zerwanego sznura rozpierzchają się po poboczu w poszukiwaniu najlepszego ujęcia. Ja z tego zdjęcia nie jestem do końca zadowolona, ale ilość ludzi przepychająca się do upolowania idealnego kadru pomimo wczesnej pory trochę mnie odstraszyła i odpuściłam udział w tej niepisanej konkurencji.
Na wysepkę patrzyliśmy codziennie przez kilka dni, bo tuż za miejscowością o tej samej nazwie znajdował się nasz camping i tymczasowa baza wypadowo – plażowa. Pływając w nieprzyzwoicie turkusowej wodzie, niemalże docieraliśmy pod jej skalny brzeg. Jednak nie tak prędko, zaraz, zaraz! Brzeg ten jest zastrzeżony. Prywatny. Nie dla plebsu.
Przez niemalże 500 lat był po prostu malowniczą, umocnioną osadą rybacką, ale gdy tylko malowniczość zaczęła sprzedawać się lepiej niż ryby, mieszkańcy zostali przesiedleni wgłąb lądu, a budynki przejął resort hotelowy tworząc z nich przybytek na pięć gwiazdek i zamykając wyspę dla ciekawskich oczu. Dlatego można ją dokładnie zobaczyć właściwie tylko z góry. Teleobiektywem. Z tłumem innych ludzi dyszących w ramię, kiedy za długo wpatrujesz się w jeden punkt, bo przecież teraz ich pora na zrobienie “tego jedynego” zdjęcia.
Na szczęście dla siebie mieliśmy też widok z morza i z naszej odosobnionej (jak na adriatyckie warunki) plaży. Serio. Camping Glavica pomimo dość wojskowych warunków (szczególnie jeśli chodzi o sanitariaty) wynagradzał łazienkowe niedogodności odrobiną prywatności. Można było zatracić się w przejrzystości i idealnej temperaturze wody, spoglądać na wyspę i wyobrażać sobie czasy sprzed inwazji turystycznego kolonializmu i luksusowych hoteli.

BUDVA

Budva to dla wielu „must see” czarnogórskiego wybrzeża, ale u nas stanowiła chyba najbardziej kontrowersyjny punkt programu. Opinie słyszeliśmy różne, pozytywne na temat starówki, negatywne na temat miasta w szeroko pojętym ogóle. I niestety, opinie te potwierdzamy. Gdybyśmy zostali przeteleportowani od razu w starą część, oczy cieszyłyby się wąskimi uliczkami, prawdziwie śródziemnomorskim, wakacyjnym klimatem, miniaturowymi placykami z jeszcze bardziej miniaturowymi kościołami, czerwonymi dachami domów, w które można zaglądać przez okna przechadzając się po świetnie zachowanych murach obronnych oddzielających historię od współczesności.
Ale nie umiemy się teleportować.

I już na samym dojeździe wszędzie widzieliśmy tłumy. Tłumy często półnagie i z obwisłymi brzuchami, mimo że do plaży było już całkiem daleko. Tłumy z chromosomami XX na zbyt wysokich szpilkach i w obcisłych sukienkach. Tłumy te przeciskając się w bliżej niesprecyzowanych kierunkach, przegrupowywały się jednak przed salonami gier i kasynami. Mnóstwem kasyn.
Wystarczyło wyjść poza mury. Tam żyła prawdziwa Budva. Głośna, imprezowa, świecąca reflektorami i parkami rozrywki.
O, a co to? Wieża Eiffla? Jednak teleportacja? Paryż czy Las Vegas?
Niee, to po prostu czarnogórskie wybrzeże odpowiada podażą na popyt. Popyt na wszystko co świeci, błyszczy, pulsuje i trąci lekkim kiczem. Idealnie trafia za to w gusta rosyjskiej klienteli, która z niewiadomych przyczyn Budvę skolonizowała.
Gdzieś pomiędzy tym zachwytem a odrzuceniem znajdowały się wypośrodkowane, całkiem ładne i niedrogie restauracje, targi rybne czy zadbana, nieprzytłaczjąca marina, ale mając z prawej i z lewej dość krzykliwe ekstrema, jakoś ten kompromis nie zapadał w pamięć.
Także spacer po starówce na klika godzin – jak najbardziej.
Planowanie w mieście całego urlopu, szczególnie w szczycie letniego sezonu – niekoniecznie.
No chyba że lubicie świecącą wieżę Eiffla szukającą was światłami w tłumie. To wtedy koniecznie. O każdej porze.

STARI BAR

Tak jak Budva była zaskoczeniem mieszanym ze wskazaniem na negatywne, tak Stari Bar okazał się zdecydowanie bardziej pozytywną niespodzianką. Przede wszystkim, pomimo palącego słońca (a może właśnie dlatego…), nie kłębili się w nim zwiedzający. To już duży plus. Sprawiał przytulną atmosferę miejsca dość zapomnianego przez świat być może również dlatego, że żeby do niego dotrzeć, trzeba się jednak nieco wysilić. Spakować na czas jakiś leżaczek czy parasol i przejechać się wgłąb lądu, kilka kilometrów za Barem. Bez barmana.
Barman przydałby się z pewnością, gdyby mógł nam w drodze serwować zimne napoje, bo faktycznie, upał nie oszczędzał, a tu przecież zaplanowane ambitne chodzenie…
Stari Bar to kompleks lepiej lub gorzej zachowanych ruin budynków z różnych okresów, opowiadających historię ciągnącą się przez wieki. Podobno założony został przez Rzymian w VI lub VII wieku, następnie przechodził z rąk do rąk – raz bizantyjskich, to znów weneckich czy tureckich. Zniszczenia początkowo dokonali sami Czarnogórcy, którzy zdobywając je w 1878 r., doprowadzili do exodusu ówczesnych mieszkańców, natomiast dzieło zostało dokończone przez wielkie trzęsienie ziemi, które nawiedziło Czarnogórę w 1979 r.
I tak Stari Bar stał się opuszczoną ostoją spokoju. 2 euro za wstęp i można zanurzyć się w kamiennych labiryntach obrośniętych bluszczem, wejść w chłodne piwnice czy pooglądać z bliska cykady grające koncert na jednym z licznych drzew przerastających metodycznie cały kompleks.
Do tego, gdy tylko wyjrzymy poza średniowieczne mury znajdziemy się na przytulnych, wąskich uliczkach z pustymi restauracjami, niezatłoczonymi sklepami z rękodziełem czy hipsterskimi kawiarniami.
A jak komuś mało chodzenia to w okolicy znajduje się jeszcze jedna historyczna atrakcja – stara maslina, czyli rozłożyste drzewo oliwne, którego wiek datowany jest na ponad 2000 lat. Wynikałoby z tego, że powinna pamiętać czasy Nerona, ale nie wpadliśmy, żeby o to dopytać :).
Było jednak zbyt gorąco.

KOTOR

Boka Kotorska i jej największe miasto, to zdecydowanie jedne z głównych atrakcji czarnogórskiego wybrzeża. No po prostu nie można nie pojechać, nie można nie zobaczyć. Dlatego, pomimo czterdziestostopniowego upału pakujemy się w samochody i jedziemy. Niekoniecznie prosto do celu – bo cała droga wzdłuż zatoki (a właściwie pozanorweskiego fiordu) to najlepszy przykład adriatyckiej malowniczości. Jak z obrazków, porozwieszanych na kamiennych murach. Z jednej strony chcieliśmy zobaczyć z drogi pobliskie miejscowości, z drugiej prokrastynować moment wysiadania z klimatyzowanego środowiska, ale nasze nadzieje okazały się płonne i spełzły na niczym. O godzinie 18:00 słońce nadal prażyło niemiłosiernie.

Plan jak zwykle był ambitny.  Chcieliśmy koniecznie dostać się do twierdzy Świętego Jana, wchodzącej w skład ogromnych i nieźle zachowanych miejskich murów obronnych, na moment zachodu słońca. Niby nic trudnego. Hehe.
Problem w tym, że twierdza znajduje się na szczycie samotnego wzgórza, które wznosi się mniej więcej 260 m nad poziom morza. Czy nad poziom zatoki, jak właściwie powinno się napisać.  Dostać się tam można jedynie pieszo, wspinając się stromymi kamiennymi schodami, skąpanych w morderczym słońcu, których jest prawie półtora tysiąca. Nawet liczyliśmy, żeby zająć czymś prażące się głowy i nie myśleć o tym jak bardzo się pocimy.
Oczywiście nie byliśmy jedyni – twierdza, tak samo jak i cały Kotor, to bardzo turystyczne destynacje, ale tym razem jakoś to nie przeszkadzało – za to można było się pozdrawiać po drodze zasapanymi głosami, by, po czasie 30-60 minut (w zależności od kondycji i umiejętności niezwracania uwagi na kapiące z czoła kropelki) dotrzeć na szczyt.
A widok warty jest wysiłku. Naprawdę.
Usiedliśmy na rozgrzanych, kamiennych murach i patrzyliśmy, jak słońce powoli chowa się za górami pogrążając tę część Zatoki Kotorskiej w ożywczym cieniu.  Pod pozorem zadumy i kontemplacji przynajmniej mogliśmy uspokoić nasze nieprzyzwoicie przyspieszone oddechy. Wszystko to przebiegało w jakiejś swoiście Erasmusowej atmosferze, bo czy to ze względu na wysiłek jaki trzeba było włożyć w dotarcie na szczyt, czy ze względu na sporą ilość hosteli przyjaznych backpackersom rozrzuconych po całym mieście – twierdza św. Jana została na czas zachodu słońca skolonializowana przez młodych ludzi wszelkich narodowości.

Zastanawialiśmy się przy okazji, czy nazwa Kotor faktycznie pochodzi od kotów?  Nie zyskaliśmy na to jednoznacznej informacji, ale koty zdecydowanie stały się symbolem miasta. Do tego stopnia, że poświęcono im nawet osobne muzeum. Tak, serio. Muzeum o kotach. Kto chętny zwiedzić? 🙂
Powrót z twierdzy wiązał się z całą masą satysfakcji ale i chęci spokojnego włóczenia się ulicami starówki. Ulicami bynajmniej nie zaspanymi, jako że z nieznanych względów w Kotorze tego dnia zaczynał się karnawał. Pośród tradycyjnych pamiątek wyzierały więc także weneckie maski, a pomiędzy budynkami powiewały delikatnie różnokolorowe chorągiewki.
Żegnały nas nawet widowiskowe fajerwerki – a może to w nagrodę, że udało się chociaż na chwilę pokonać lenistwo i zdobyć Twierdzę? 🙂

PERAST

No cóż, przewodnik Pascala chyba nie pozostawia wątpliwości co do głównej atrakcji całych Bałkanów :). Kto rozpoznaje miejsce?
Tak, to Perast, niewielkie miasteczko zamknięte dla ruchu drogowego, które można co prawda obejść w niecałą godzinę, ale zachwyt pozostanie znacznie dłużej.
Pomimo swoich niewielkich rozmiarów, miasteczko wprost upchane jest zabytkami, uroczymi restauracjami i, nie wiedzieć czemu, zatrzęsieniem kościołów. Nie wiem dokładnie, ile w tym momencie liczy sobie mieszkańców, ale śmiało można stwierdzić, że jeden kościół przypada na kilkunastu – kilkudziesięciu ludzi. Niemalże prywatne kaplice. Jedne spore, całkiem widowiskowe, jak ten przy głównym placu, ze strzelistą wieżą, która stała się symbolem miasteczka, inne wręcz mikroskopijne, których dachy niewiele przewyższały nasze głowy.
Kościoły nie pomieściły się widoczne w mieście, bo wybudowano je również na 2 maleńkich wysepkach wchodzących w granice Perastu, nadając tym jeszcze bardziej baśniowego charakteru całej miejscowości. Na jedną z nich (Wyspę św. Jerzego) turystyczna stopa nie ma wstępu. Na drugą (Gospa od Skrpjela) już owszem – a we wnętrzu świątyni można podziwiać kolekcję przedmiotów liturgicznych i ponad 2000 srebrnych tablic prezentujących życie codzienne miasta, ufundowanych przez żeglarzy, którym dało się szczęśliwie wrócić z wyprawy. Poleca przewodnik Pascala.
I my też polecamy! :).

A Wy co chcielibyście zobaczyć na czarnogórskim wybrzeżu?
Gdzie Waszym zdaniem warto pojechać?