Mrożący powiew lodowca

Glacier zmroził na dobre. Zasłużył na swoją nazwę. Co prawda nie temperaturą, nie śniegiem, nie powoli znikającą czapą resztek lodowców (za 12 lat nie zostanie z nich już nic; jeśli ktoś pragnie zobaczyć lodowce w Stanach poza Alaską – najwyższa pora; jak nie, Islandia, Norwegia, Grenlandia czy Spitsbergen oferują tysiące razy bardziej okazałe i rozbudowane lodowe masy). Glacier zmroził nas wiatrem. Rozsierdził, wychłostał, wymiędlił i wypluł wymęczonych.
Wiatr wieje nieprzerwanie od wczoraj, uderzając podmuchami jak wielkim, rozległym batem. Po raz pierwszy zajeżdżamy na zarezerwowany wcześniej camping, czując się jak panowie świata. Mina nam rzednie, kiedy okazuje się, że ostatnie wolne miejsce nie było ostatnie bez powodu. Nie osłania je nawet mizerne drzewko, a do tego tuż obok stołu przebiega wydeptana trasa do kibelków i pryszniców, którą przemierzają dziesiątki ludzi chodzący za potrzebą. No nic – nie marudzimy, rozbijamy się. Piotrek mocuje 3 dodatkowe odciągi po tym, jak zobaczyliśmy namiot turlający się na wietrze po polu jak dziecięca, dmuchana piłka.
Przy wjeździe informacja, że niedźwiedzie czasem odwiedzają camping, trzeba więc znowu stosować się do misio-odstraszających zasad. Jedna z pań wędrująca trasą w kierunku kibelka potwierdza ostrzegawcze tabliczki. Dzień przed naszym przyjazdem niedźwiedź grizzly spacerował po obrzeżach pola namiotowego.
Moja reakcja chyba nie jest adekwatna. Czemu nas tam wtedy nie było??

Glacier jednak zaspokaja misiowe widoki. To jedno z niewielu miejsc w Ameryce Północnej, gdzie niedźwiedzie i wilki żyją od tak zwanego „zawsze” – nie zostały wraz z upływem lat przetrzebione, a potem wprowadzone podobnie na ten teren, jak na przykład zwierzęta z Yellowstone. Glacier szczyci się dzikością – i jedną z największych na świecie populacji niedźwiedzi grizzly.
Jednego z nich widzimy pierwszego dnia, kiedy wybieramy się wieczorem na krótki objazd po słynnej widokowej trasie „Go-to-the-sun” – niestety dostępnej tylko w 1/4 , reszta pozostanie zamknięta do końca czerwca ze względu na zalegający i niszczący drogę śnieg. Niedźwiedź zajadał intensywnie jagody, podobno potrafią przemielić nawet 100 tysięcy dziennie! Szybko jednak schował się za skalnym murem i zniknął nam z oczu, a był naprawdę ogromny.
Dzisiaj natomiast na tej samej drodze najpierw widzimy sporych rozmiarów, brązowo umaszczoną niedźwiedzicę, która wkrótce zaczyna zaskakująco zwinnie wspinać się na wysoką sosnę, a wkrótce ukazuje się powód jej aktywności – mały niedźwiadek, który najwidoczniej wlazł za wysoko, by móc samodzielnie zejść. Matka pokazuje mu więc, na których gałęziach się oprzeć, jak zsunąć po korze, by bezpiecznie dotrzeć na ziemię i kontynuować poszukiwania jagód. Szybko okazuje się, że to niedźwiedzie czarne, tylko że brązowe. Mogłyby być nawet żółtawe – czarny niedźwiedź tylko z nazwy jest czarny.
Jagody jednak niedźwiadka nie interesują. Zmęczony wspinaczką i hasaniem w wysokiej trawie przysysa się do matki i ssie mleko, bawiąc się z przewróconą mamą, chowając pod jej łapami i zaczepiając. Niesamowity widok.


Ale ja o wietrze miałam pisać, a znowu o misiach wyszło.

Zaplanowaliśmy sobie znowu półdniowy szlak trekkingowy, ale z planów wyszły nici, kiedy uprzejmy ranger poinformował nas, że wybrana trasa owszem funkcjonuje, ale nadal zalega na niej kupa śniegu, może więc wybralibyśmy sobie inną. Śniegu mieliśmy dość w Tetonach, przemoczonych butów również, przytakujemy więc rangerowi i grzecznie jedziemy do bazy Two Medicine, z zamiarem pięciokilometrowego podejścia do szczytu Scenic Point.
Zamiar zrealizowaliśmy, a jakże. Ale nie bez poświęceń…

Boże, jak bardzo było zimno! W górę szło się jednak zadziwiająco dobrze, mimo że zbocze raz po raz chłostane było silnymi podmuchami. Wokoło nas spływające ze szczytów śnieżne zaspy i odsłaniające się stopniowo widoki na polodowcową dolinę i jeziora, nad nami silne słońce, na trasie nieliczni ludzie i liczne, białe kozice.
Glacier zdecydowanie jeszcze nie rozpoczął sezonu.
Przewodnik Lonely Planet straszył, że na punktach widokowych nie da się zaparkować, ludzie zalegają na trasach i tłum jak w Yellowstone, a tu pustka, mijamy zaledwie kilka osób na trasie i kilkanaście samochodów na drodze, miejsca piknikowe świecą pustkami. Zimno wygnało wszystkich, albo po prostu jeszcze nie zaprosiło. Większość campingów, sklepów i hoteli nadal pozostaje zamknięta, tak jak widokowa trasa. Trasy trochę szkoda, ale za tłumami nie tęsknimy.

Pniemy się więc praktycznie samotnie w górę, przez cały czas w górę. A wiatr wieje coraz mocniej. Wyje w gałęziach sosen i rachitycznych krzewów, podwiewa kapy plecaka, czasem w podmuchach chwiejemy się jak pijani. Ale to jeszcze nic. Dochodzimy do przełęczy i zaczyna się walka. Walka z o wiele mocniejszym przeciwnikiem, walka o każdy krok. Wiatr smaga po twarzy, drętwieją policzki i usta, pomimo opatulenia w kilka warstw ubrań zimny powiew powoduje dreszcz na skórze. Z nosa raz kapią katarowe krople, raz praktycznie przymarzają. Spuszczamy głowy, idziemy. Z oczu lecą łzy, chce mi się krzyczeć na ten wiatr, żeby już przestał, żeby dał spokój. Męczy to o wiele bardziej, niż sama wspinaczka.
Idziemy granią ze sporą ekspozycją, a tu podmuchy walą raz, drugi, trzeci…Za drugim się chwieję, za trzecim praktycznie przewracam na ostre skały.
Docieramy jakoś na szczyt, przeklinając i wygrażając górom. Chowamy się za skałami, próbujemy osłonić się chociaż na chwilę. Ach, piękno gór, podziwianie widoków!
Tak musi wyglądać zdobycie Everestu – szybkie wejście, kilka zdjęć i dalej, spadamy na dół, byle dalej od nieokiełznanych żywiołów.
Spadamy stamtąd jak najszybciej, choć walka z wiatrem w drugą stronę nie jest prostsza, tym razem wieje prosto w twarz.

Mamy dysonans poznawczy za każdym razem, gdy mijamy obowiązkowo uśmiechniętych Amerykanów na trasie, dla których jak zwykle wszystko jest „fabulous, gorgeous, perfect!” i tylko trochę „windy”. Ciekawe, co by się stało, gdybyśmy na tradycyjne „How are you guys doing?” zaczęli, zgodnie z polską marudzącą tradycją, odpowiadać zgodnie z prawdą?
Że tak naprawdę od dłuższego czasu wejście nie sprawia nam żadnej przyjemności, mamy dość wiatru, jest zimno, a choć trasa piękna, to jak można ją odpowiednio docenić przez załzawione oczy i cieknący nos? Że z bezsilności, kiedy rzuca nas na kamienie i praktycznie zdmuchuje ze ścieżki, chce nam się krzyczeć w ten wiatr?
Ale nie testujemy szczerości. Uśmiechamy się krzywo zza szalików, ”jest super, dziękuję” – rzucamy do mijanych osób i napieramy naprzód, byle dalej, byle dalej od szczytu.
Tak, nie każdy dzień, nie każde miejsce, to cud, miód i orzeszki.
Czasem bardziej niż kiedykolwiek pragniemy, by coś się po prostu skończyło, by znaleźć się w osłoniętych, ciepłych czterech ścianach, z komputerem i książką na kolanach, a herbatą w ręce.
Czy chociażby, z chwilowego braku czterech ścian, znaleźć się jak najszybciej w naszym poklejonym namiocie.

Z Glacierem wiąże się też smutna historia, jakich w Stanach i na świecie zapewne wydarzyło się wiele. Żyjący teraz przy wschodniej granicy parku Indianie „Blackfeet” kiedyś stanowili głównych mieszkańców, dzielących momentami przestrzeń polowań z dwoma innymi plemionami, jeżdżący wzdłuż obecnych szlaków trekkingowych konno, przybrani w pióra i zdobne poncha. Kiedy region stał się znany inwestorom i odkryto jego turystyczny potencjał, doprowadzono linię kolejową, zaczęto budować inspirowane „stylem szwajcarskim” hotele. Tylko takim stylem szwajcarskim z amerykańskim rozmachem, bo przecież nic nie może być małe, kiedy musi przyjąć hordy gości. Tylko jak tu gości przyjmować, jak podejmować szanownych państwa i szlachetne panie, kiedy Indianie tuż obok polują na ełki, rozpalają ogniska, przenoszą swoje wigwamy i zachowują się, jakby byli u siebie?
Co z tego, że faktycznie są. Dogadamy się.
No i się dogadali. Zmęczeni wyjątkowo ciężkimi zimami i zmorzeni głodem chiefowie indiańskich plemion podpisali w latach 80. XIX wieku pakt, sprzedający góry Glacier na potrzeby powstających kopalni. Nie zorientowali się, że sprzedają również całe swoje ziemie, swój dom, swoją historię. Wypędzeni poza granice utworzonego w 1910roku parku jedyną ich korzyścią, którą mają z rozbudowującej się infrastruktury (próbującej stworzyć „dzikość na wyciągnięcie ręki”, „dzikość dla wszystkich”), to brak opłaty wstępu przy przejeżdżaniu przez tereny swoich przodków. Ich święte szczyty, lodowce, strumienie, już do nich nie należą. Przemawia przez nich gorycz i poczucie wystawienia do wiatru, tego tak wiejącego tu silnie wiatru, mimo że minęło już tyle lat.
Wszystko to oficjalnie nagrane puszczane jest w materiałach dostępnych w centrum informacyjnym. Pierwszy raz słuchałam i widziałam, jak Amerykanie pozwalają sobie na samokrytykę, w dodatku mniejszości. Nie wszystko jest widocznie w ich zachowaniu tak „fabulous”, jak chcieliby to widzieć.

 

4 komentarzy

  1. Witam serdecznie.
    Super widoczki , zwłaszcza oglądane z pozycji domowego fotela. Chyba uszy zmarzły ?
    Pewnie warto było . Po takich podróżach , życie na campingach poznacie na wylot.
    Ciekaw jestem , czy wiecie co oznacza w gwarze campingowej “wyprowadzanie kota”?
    Pozdrawiam

    1. Dziękujemy! Czasami zamienilibyśmy się na ten domowy fotel, ale potem robi się cieplej i ochota przechodzi:) a ‘wyprowadzenie kota’? Nie wiemy…

  2. Aż mnie zmroziło od tego materiału. A u nas 29 stopni plus i trawa wysycha…….

    1. W takim razie będziemy mieli szok termiczny po powrocie:)

Dodaj komentarz