Co skrywa mozambicki township?

Z tak polecanym przez Samotną Planetę Mafalala Walking Tour było nam ciągle na bakier i ciągle coś przeszkadzało, nie pasowało, nie wychodziło. No bo najpierw oni nie odpowiadali na mejle, dziesiątki telefonów, ba, nie odpowiedzieli nawet na bezpośrednie pukanie do drzwi ich biura, bo biuro zamknięte. Telefony kontynuowałam bez większych nadziei przez kolejny dzień, aż się udało – z zaskoczenia usłyszałam głos w słuchawce, to jednak ktoś tam jest po drugiej stronie, nie wszystko to ściema, ktoś żyje i odpowiada. Ale niestety, przepraszamy, w Afryce wszystko możliwe, ale na dzisiaj akurat niemożliwe, a w ogóle to byłem na spacerze wczoraj, można było dołączyć. Uwaga, że można było odebrać email pozostaje bez odpowiedzi. No szkoda, szkoda, może więc jutro? (Kolejnego dnia wyjeżdżaliśmy z Maputo). Po długich podchodach, zwodzeniach i niedopowiedzeniach godnych uwodzących się zakochanych w końcu się udało, na ostatni dzień pobytu w Mozambiku, dokleić brakującego puzzla.

Na stacji benzynowej dołącza do nas Nery, młody mieszkaniec owianej złą sławą dzielnicy, która dawniej i trochę nadal jest Mozambikiem w pigułce, prawdziwym życiem i kulturą, walką o niepodległość i miejscem narodzin jednego z prezydentów kraju. A, i jeszcze jakiegoś słynnego piłkarza.
Jednym słowem – wielkomiejski, pierwotny township. Trzema słowami, bo jednym jednak się nie da opisać, wymyka się spod kontroli, ucieka z murów i barier.

Nie do końca jednak zdawaliśmy sobie sprawę, że dzielnica utworzona została przez Portugalczyków w momencie zagrabienia portu w Maputo (które wtedy jeszcze bynajmniej stolicą nie było, bo ta opalała się w słońcu Ilha de Mocambique i zapraszałą kolorowymi murami) jako murzyńskie getto. Tylko dla rdzennych, tylko dla Czarnych.

Bez dostępu do edukacji. Bez prawa głosu. Bez prawa do wychodzenia poza obręb dzielnicy, chyba że po wylegitymowaniu i sprawdzeniu paszportu. Bez prawa do informacji nie przerobionej przez kolonialną propagandę. Co najbardziej jednak perfidne, bez prawa do możliwości budowania domów z materiałów „trwałych” – cegły czy bloczków betonowych, pozostawiając do użytku jedynie blachę falistą, karton i drewno. Żeby przypadkiem nie zapomnieć, kto tu ten gorszy, a kto ten lepszy i kto ma prawo decydować o losie innych.
Śmierdziało to strasznie. Nie tylko dosłownie, w przenośni też. Śmierdziało segregacją rasową i tak dobrze znanym Polakom gettem. Nie lubimy gett.

 

A gdzie ludzi się zamyka i pozbawia tożsamości, kastruje z własnego zdania i osobowości – tam na przekór władzy rodzi się muzyka, taniec, poezja i opór. Rodzi się początkowo cicho i mozolnie, wydaje pojedyncze jęki, by na koniec gruchnąć wrzaskiem z całą siłą, wszystko na jedną kartę, uda się albo wszyscy zginiemy. Ale tak żyć, jak żyjemy też się nie da, trzeba włączyć tryb katharsis i narodzić się jak feniks na nowo z popiołów. W ostateczności z blachy falistej.

Ale choć Nery, podobnie jak Marcus, na tle lokalnej społeczności stanowczo się wybija, bardzo wielu rzeczy uczy na przekór trudnościom, wyprowadził się od rodziny i stara żyć na własną rękę, tak niektóre jego zachowania, okraszone szczerobiałym uśmiechem, o głupotach i lekkomyślności opowiadają z pyszałkowatą dumą, która wywołuje skutek odwrotny od zamierzonego. Zamiast podziwu – niesmak, zamiast oklasków – przyganę.

– A no bo popiłem ostatnio i rozwaliłem samochód. Ale nikomu nic się nie stało.
– Jechałeś po pijanemu? – Bardziej zgorszona byłam chyba jedynie jako dziecko, kiedy na szkolnym korytarzu wrzaskliwie zabraniałam kolegom tłuc się po głowach workami na rytmikę.
– No tak.
– A to dozwolone?
– No nie, jak wszędzie. Ale dopóki nikomu nic nie zrobię to nikt mnie nie złapie.
– No wiesz – jak zrobisz to będzie za późno.
Może i tak. I co z tego?

Coś w tej głowie się rodzi, jakaś rewolucyjna myśl, wyspa na morzu przeciętności, ale wystaje jeszcze ciągle z siana głupoty i niefrasobliwości.
Młodzieńczej? Być może.

Policji wręczy się łapówkę, nie zauważy, kulturalnie odejdzie w innym kierunku. Sądy? Te nie odejdą, ale sprawę mogą odłożyć, tylko włożyć trzeba odpowiednio więcej. Rząd? Pakuje sobie kieszenie, na zaś i na cięższe czasy, wyzysk kolonialny zastąpiony wyzyskiem lokalnym, przez lud wybranym. No jak to jak – w wyborach, demokratycznych. Co za tego, że sfałszowanych.

– Co w takim razie należy zrobić, żeby sytuacja w kraju się poprawiła?
– No jak to co. Eksterminować cały rząd! – powiedział przyjazny głos narodu, na którego fladze nadal krzyżują się sierp i kałasznikow.

 Pytam, dlaczego mieszkańcy Mozambiku skupiają się w ogromnych lepiankowo-blachofalistych aglomeracjach wzdłuż wybrzeża, pozostawiając interior znacznie przestronniejszy.

– Jedna kwestia – to morze. A druga? Lubimy żyć na kupie, jedni obok drugich, jedni z drugimi, wszyscy razem.

Zauważyłam. Nie da się nie zauważyć. Prywatność nie istnieje, błyskające białka oczu kontrastujące z głęboką czernią tęczówek obserwują zawsze, wszędzie, na każdym kroku, każdy krok. Ześlizgują się po ciele, albo czasem wprost przeciwnie, przyklejają do twarzy, człowiek idzie dalej, a te oczy wpatrzone zostają jakby o krok w tyle, tak że głowa mimowolnie przekręca się i podąża za obserwowanym, choć nogi przemieszczają postać w innym kierunku. O wiele za długo, ciągłe przekraczanie bariery, granicy przestrzeni osobistej, ale jakiej przestrzeni, przecież tu wszystko jest wspólne, we wspólnocie jednostek nie ma, jest organizm obserwacyjny, władza ustawodawcza, administracyjna i sądownicza w jednym. Ta ostatnia przede wszystkim. Osądzimy cię, skomentujemy, być może zaakceptujemy. Ale najpierw poobserwujemy. Długo. Przeciągle.

2 komentarzy

  1. Myślałam że nad oceanem indyjskim odpoczniecie zobaczę was na rajskiej plaży z kwiatami we włosach,a tu masz znowu townshipy . Pomyliłam się ,nie ma tam takich miejsc,a może wasza chęć eksploracji takich miejsc zwyciężyła nad możliwością zwykłego odpoczynku.

    1. Odpoczynku i plaż też trochę było, ale chyba nie do końca jesteśmy plażowymi typami:) No i trochę mniej ciekawie się o tym pisze, no bo ile można o tej lazurowej wodzie, białym piasku i palmach? 🙂

Dodaj komentarz