Motoryzacyjne ikony Kuby

Kuba jest inna od wszystkich krajów, jakie do tej pory odwiedziliśmy.
Hawana ma niepowtarzalny klimat jedynej w swoim rodzaju stolicy.
A Vinales różni się od Hawany tak bardzo, jak przysłowiowe dwa końce kija. Nadal jednak tego samego, powoli łagodzącego komunistyczny reżim kija.


Jako że plaż chwilowo mamy dosyć, a poza tym nigdy nie byliśmy ich wielkimi fanami, za to upstrzona zabytkami Havana zaspokoiła częściowo nasze zgłodniałe kultury wysokiej dusze, wyjechaliśmy na prowincję, odpocząć od zgiełku, spalin i podpatrzeć tak gloryfikowane przez socjalizm życie na wsi.
Pierwsze nie do końca nam się udało, bo ilość starych samochodów, które jako taxi collectivo, lokalne busy czy wyjątkowo prywatne własności przekracza zdolności filtracyjne centrum małego miasteczka, spaliny zawieszają się więc w gorącym powietrzu, wypełniając główną ulicę aromatem przepalanej benzyny, w akompaniamencie radośnie oznajmiających swoją wszechobecność klaksonów.
Samochody na Kubie to zresztą zupełnie osobna historia, dobrze znana z Hawany, ale wcale niegorsza na prowincji. Na wyspie o samochody trzeba dbać, bo nowych zwyczajnie sprowadzać nie można. Ulice wypełniają więc z jednej strony stare, amerykańskie, paliowożerne i rażące kolorami chevrolety czy cadillaki, dopasowujące się jednak idealnie do kolonialnych pozostałości różnokolorowych fasad, nieco rozsypujących się w stolicy, na prowincji jednak utrzymywanych w godnym pozazdroszczenia stanie – plotka głosi, ze zostały pozostawione przez opuszczających domostwa Amerykanów wyczuwających intuicyjnie, że opiewana na wiecach rewolucja może nie skończyć się dla nich za dobrze; z drugiej strony sprowadzane ze związku radzieckiego łady, już mniej widowiskowe, pasujące jednak do kanciastych brył z szarej płyty, których również w tym bastionie ideologicznym nie brakuje. Gdzieś pomiędzy wciskają się pomiędzy karty motoryzacyjnej historii polskie maluchy i fiaty 125p, od których roi się na drogach. U nas powodują przystanek, wytykanie palcami i westchnienie jakiejś nieuzasadnionej tęsknoty za dzieciństwem, peerelowską jeszcze prowizorką, tu mają się dobrze i dziarsko kaszlą kłębami dymu.


A że czasem (CZĘSTO) się psują? No cóż, takie życie, tak było, tak jest, lepiej nie będzie.
Każdy więc, kto samochód posiada, jest jednocześnie mechanikiem, a ilość rozwiązań pojawiających się usterek przekracza wyobraźnię Pomysłowego Dobromira. Weekendy spędza się w garażu, nie dziwią podniesione maski na poboczach ulic, zafrasowane miny i niezliczone wycieki.
Malucha posiada nawet właściciel casy, w której się w Vinales zatrzymaliśmy. Wskazuje na niego z dumą i mówi:
– Polski! Podobno w Europie już prawie ich nie ma, a tutaj są bardzo popularne.
Uśmiecham się na wspomnienie naszego szarego malucha i przekleństw taty rzucanych za każdym razem, gdy samochód nie był w stanie bez usterki przebyć drogi 400 km dzielących dom rodzinny w Bydgoszczy i dom dziadków na Śląsku.
Kiedy wypowiadam myśli na głos, słyszę jedynie:
– No tak, psują się. Ale ja jeżdżę nim tylko po okolicy, więcej mi nie potrzeba. Najdłuższa trasa, jaką pokonał, to 130 km w jedną stronę, razem 260. Bez usterki!


Powinszować. Ale to nie jedyne motoryzacyjne zaskoczenia, bo prawdę mówiąc, na Kubie festiwal „zrób to sam”, albo „przerób to sam”, zrób coś z niczego, jedź na byle czym ma się świetnie. Charczą poobdzierane szkolne busy, amerykańskie ciężarówki ciągną wagony pasażerskie, a dawniej służące za chłodnie albo przedziały magazynowe nadbudówki wzbogacone są teraz o krzesełka i poręcze, mieszcząc w ten sposób tylu pasażerów, ile potrzeba. Wypchane momentami tak, jak afrykańskie busiki, albo jak dawne, polskie ikarusy. Tak, ikarusy też tu jeżdżą.
To jednak zaledwie rozdział – pojazdy mechaniczne, nie zawierające nawet szerokiej gamy motocykli, takich z doczepką na trzecią osobę i bez, motorynek, rowerów z silnikiem od czegoś znacznie większego i silniejszego. Kolejny w spisie treści powinien być zatytułowany „pojazdy ekologiczne”, nad którymi zachwycaliby się pozytywistyczni wielbiciele wiejskiej „sielanki”. Może nieco mniej zachwyceni byliby działacze Greenpeace.


W Vinales transport konny to nadal podstawa transportu wszelakiego. U nas bryczki zaprzężone w wypielęgnowane zwierzęta to nieosiągalny często przejaw romantyczności i minionych czasów. Tu czasy są jak najbardziej realne, a tej romantyczności też jakby mniej.
Dwukołowe powozy sklecane są z tego, co się ma – albo z desek tworzących otwartą od góry skrzynię, albo wzbogaconą momentami o dekoracyjne poręcze. W wersji limitowanej i nie podstawowej powóz bardziej przypomina dorożkę, do której nie pasuje jedynie siedząca na ławeczce dama, która zamiast długiej sukni z koronki ma obcisłe legginsy, a zamiast parasolki w ręce – nieodłączny telefon.
Tętent kopyt miesza się z turkotem silników, a jeżdżące na oklep dzieciaki, czy mężczyźni w ciemnozielonych mundurach, jasnych kaloszach i nieodłącznych, kowbojskich kapeluszach tworzą wizerunek Kuby jak z wyobrażeń, oczekiwań, pocztówek. Brakuje jedynie cygara w ustach. Kiedy w pewnym momencie cwałuje przed nami na bocznej ścieżce rolnik z finki odziany jak powyżej PLUS z cygarem w ustach, nie możemy już na nic narzekać. Kuba JEST taka, jak ją sobie wyobrażaliśmy.

2 komentarzy

  1. Troszkę tak po ludzku zazdroszczę Wam tej Kuby, a dodatkowo Wasze opisy niezwykle piękne i malownicze rozpalają chęć jej zobaczenia ….Może kiedyś …

    1. Kuba faktycznie jest inna niż wszystko, co do tej pory widzieliśmy…no i dobrze się z Kubańczykami rozumieliśmy:)

Dodaj komentarz