Migawki z Francji

Zbiór mniej lub bardziej poważnych wolnych wniosków, myśli spuszczonych ze smyczy i hasających wesoło po francuskich łąkach.
Bo czasem podróże to zbiór nie do końca uporządkowanych wrażeń, które dopiero po powrocie układają się w spójną całość…

  • Siorbiąc poranną kawę patrzę beznamiętnie, jak po podłodze popiernicza pająk o rozpiętości odnóży blisko 5cm

Tak, to jedna z pierwszych zapisanych myśli…
A zaraz po niej krótki, jednoaktowy dramat o buraku.

  • Jak na Polaka cebulaka przystało, wzięłam w podróż jedzenie, bo Francja droga, a jeść trzeba. A że przy okazji jeść trzeba zdrowo, wzięłam mix surówek – dla każdego coś miłego: z selera, koperkowa i z buraka. I właśnie ten burak stał się moim przekleństwem. No bo oczywiście, jak można było przewidzieć, nie wytrzymał samolotowej presji i puścił już nie tylko przysłowiowy, ale jak najbardziej realny sok wprost do mojego plecaka. Nie pomogło plastikowe opakowanie. Ani folia. Ani jeszcze bardziej foliowa torebka, w którą był zawinięty. Rozpłakał się rzewnymi, buraczanymi łzami wprost na zawartość bagażu.
    Ucierpiała książka od francuskiego, mająca teraz różowo-czerwone plamy bojowe. Ucierpiał sam plecak, walący burakiem niemiłosiernie, zapożyczając przy okazji buraczany aromat do wnętrza napoleońskiej szafy, której taka profanacja zapewne nigdy się nie śniła. Wykurza z drewna nawet korniki, rozbudzone zapachem z równie napoleońskiej hibernacji.
    Ale najbardziej ucierpiał mój ukochany, bielutki T-shirt, teraz beznadziejnie zbrukany i okaleczony. Zaprałam go dzielnie nie bacząc na późną, nocną godzinę, z radością obserwując, jak burak odpuszcza, pomimo złej sławy. Rozwiesiłam koszulkę w łazience na ładnych, drewnianych kołkach. Jakież było moje zdziwienie, kiedy rano plam buraczanych ni widu, ni słychu, za to pojawiły się smerfne, jeszcze większe plamy w miejscach kontaktu ubrania z kołkiem. Jakoś nie zwróciłam uwagi, że kołki pomalowane zostały na niebiesko.
    Z powrotem pod kran, znowu pranie, tym razem farba sztuczna nie odpuszcza tak łatwo, jak naturalna, ale przynajmniej choć trochę… Piorę, rozwieszam na krześle. Nie chcę popełniać błędu z pomalowanymi meblami, ale na dworze cały dzień siąpi, nic nie wyschnie. Po kilku godzinach widzę, jak przez koszulkę przebija kolejna plama – tym razem brązowa, od oparcia krzesła. Daję za wygraną. Biały top przybrał barwy Holi Festival. Niech tak zostanie.
  • Kupiłam dzisiaj swoją pierwszą bagietkę czując się jak pół-Francuzka. Francuzka, bo wiadomo, co się jada we Francji jak nie bagietkę na śniadanie, obiad i kolację, zagryzaną mulami, żabimi udkami czy ślimakami. A pół, bo bagietka jednak była pełnoziarnista. Faux pas przeciwko kulturze i tradycji nieznającej diety fit i nie bojącej się glutenu, szybko schowane przed okiem i opinią publiczną do papierowej torebki.
  • Chodzę na długie spacery donikąd, włócząc się po coraz szerszych okręgach, wchodząc w ślepe uliczki i błąkając się po nieco bagnistych i zasłanych kasztanami i żołędziami ścieżkach.
    Niektóre domy się rozpadają, inne budują. Niektóre z wypielęgnowanymi od linijki krzewami, przyciętą równo trawą z rolki i uporządkowanymi labiryntami rodem z wersalskich planów, inne chaotyczne, przypominające tajemniczy ogród skrywający nieznane historie. Bluszcz przyjmujący królewskie, burgundowe barwy panoszy się zuchwale, wczepiając drobnymi przyssawkami w wiekowe kamienie, pnąc się po niech bezczelnie niczym po sękatych i leciwych staruszkach. A cała prowincja mieni się barwami jesieni.
    Rano doliny poprzedzielane niewielkimi wzniesieniami ponownie wypełnia mgła, rozpraszając promienie słoneczne we wszystkich kierunkach niczym poprzez naturalny drzewny pryzmat. Rosa skrzy się i błyszczy jak najdroższe diamenty – delikatna i przejrzysta, na kilka chwil odbijająca swój świat w mikroskopijnej skali, nadając mu tym samym właściwe znaczenie. Znika wkrótce, parując, wciągana przez watowatą strukturę mgły, by razem unieść się ku górze i po południu stworzyć fantazyjne figury na niebie.
  • Na porośniętych soczystą zielenią pagórkach pasą się konie. Te, w przeciwieństwie do kóz, zdecydowanie dodają swoją obecnością majestatu przestrzeni i wespół z kamiennymi murami domów z małymi oknami, które bardziej przypominają pomieszczenia do fermentacji owoców w alkohol niż siedziby ludzkie, przenoszą do innych czasów.
    Trudno się tu jednak nie przenieść, kiedy błąkając się po nieznanych ścieżkach z głową przyjemnie wypełnioną niczym, absorbującą zwyczajnie otaczający krajobraz, znajduję się nagle na nieutwardzonej drodze biegnącej wzdłuż wysokiego muru, gdzieniegdzie pozostającym w symbiozie z wielobarwnym bluszczem, gdzieniegdzie przegrywającym już tę nierówną walkę i sypiącym tynkiem na pożegnanie. Białe, zamknięte na kłódkę nie trzymając się do końca prosto. Trochę jak samotny człowiek o 3 nad ranem na stołku przy barze – już nie pijany, ale jeszcze nie trzeźwy, przytłoczony powodami, które kazały mu pić.
    Im jednak wyższy mur i większa chęć oddzielenia od świata, tym większa ciekawość powodów izolacji. Podążam więc wzdłuż niego, dając się ponieść aurze tajemnicy, kiedy nagle, w niewielkim prześwicie, udaje mi się dostrzec białe mury, strzeliste wieżyczki, wysokie okna zwieńczone łukami, z otwartymi na oścież drewnianymi okiennicami. Zamek, jak nic zamek, prosto z kart bajd, bajek, baśni, historii! Przyspieszam kroku, teraz zdeterminowana, żeby zbadać teren bardziej dogłębnie, ale gdy mur w końcu się urywa, wita mnie otwarta brama i podjazd do zamku, na którym stoi całkiem nowoczesny, rodzinny samochód. I jakaś Pani spoglądająca na mnie podejrzliwie ze swojego odgrodzonego terenu. Musiałam widocznie przyglądać się budynkowi o tę chwilę za dużo, której nie można już wytłumaczyć przelotnym spojrzeniem czy zamyśleniem, a jedynie konkretnie skierowaną ciekawością.
    Straciłam impet, wyhamowałam na ścianie. Samochód i totalnie współcześnie skwaszona Pani zburzyły moje naprędce wyprodukowane wyobrażenie. Zamek jest zamieszkany, i to bynajmniej nie przez księżniczki. A mi zabrakło odwagi, by dopytać, przez kogo.

Być może będzie część druga.
Wiele takich małych rozdziałów zapełnia zapisane kartki…

Dodaj komentarz