Małe miasteczka…

Alternatywny tekst

…czyli krótki monolog o tym, co często przesypiamy, a nie powinniśmy…

Nie trzeba wyjechać daleko, żeby je zobaczyć. Nie wystarczy jednak zobaczyć – należy dostrzec.
Każdego dnia, w drodze do pracy, do szkoły, do codziennych miejsc, za oknami rozgrywa się najlepsze przedstawienie świata – teatr życia, naszego życia i wszystkich innych, którzy je z nami dzielą.
Próbowaliście kiedyś patrzeć na własne miasto, wieś, miasteczko oczami turysty? Tak od początku, od nowa, jak nigdy przedtem? Dostrzec poukrywane detale, przypatrzeć się twarzom ludzi, wyłowić emocje, skraść uśmiechy?
W podróży jest łatwiej, bo z założenia nasze oczy są otwarte szerzej, chłoną łapczywie krajobrazy, spoglądają na obce kultury, na innych ludzi.
Często jednak w pogoni za pewnymi punktami kulminacyjnymi, punktami „must see”, tracimy coś, co jest pomiędzy. Przecieka nam przez palce istota danego kraju.
Istotą nie są wyglancowane katedry, przygotowane pod zwiedzających zabytki, trasy czy muzea. Istotą jest codzienne życie, najlepsze do zaobserwowania, wbrew pozorom, w drodze.
Pies bawiący się starą butelką, dzieciaki wybiegające ze szkoły, garkuchnie na ulicy, dymiące domowe piece, sklepy, targi…I małe miejscowości, często barwniejsze niż niejedno znane na całym świecie miejsce, a przy tym totalnie zapomniane i zatopione w swojej sennej, kolorowej rutynie.
Podczas podróży mijaliśmy wiele takich miejsc – bezimiennych, ale nie bez znaczenia. W niektórych zatrzymywaliśmy się na chwilę, kupić owoce, przejeżdżając przez inne zaledwie otwierało się zaspane oko. A warto byłoby otworzyć je szerzej, dostrzec zapomniane.
Jedno z nich mocno wryło nam się w pamięć – Paucartambo, w drodze z Cusco do Pilcopata w dżungli. Małe, przecięte rzeką na pół, z centralnym Mercado, biało – niebieskim kościołem  i kilkoma podobnymi budynkami. Zwykłe, można by na pierwszy rzut oka stwierdzić i machnąć ręką.

Ale raz do roku rozkwita wszystkimi barwami i dźwiękami świata, staje się domem setek osób, które zjeżdżają się, by wziąć udział w kilkudniowym festiwalu, prezentując tańce, ubrania, wyroby, dzieła mini kultur wszystkich społeczności w obrębie regionu. Wtedy nagle oczy ludzi skupiają się, są przyciągane jak magnes przez to, co się dzieje.
Jak wiele jest takich miejsc?
I jak wiele z nich tak naprawdę jest sceną naszej codzienności?
Czy potrzeba aż festiwalu, orgii barw i krzyków, żeby zostały dostrzeżone?
Dobrze jest otwierać oczy. Widzieć więcej, niż inni. Żyć świadomie i w pełni.

Podróże to umożliwiają, a po powrocie inaczej patrzy się też na najdłuższą podróż, w którą jesteśmy chcąc nie chcąc wplątani.

Dodaj komentarz