Co zwiedzić w Limoges, czyli jak odkryć turystyczny urok nieturystycznych miejsc.

Od kiedy mieszkam w Warszawie, pałam niekoniecznie odwzajemnionym uczuciem do miast zdecydowanie mniejszych. W myśl zasady, że jak się nie ma, to się lubi (czy jakoś tak), irytowałam się pozorną nudą i spokojem spędzając dni w mniejszej miejscowości – po wyjeździe na studia szybko chciałam do niej wracać, gdy dotarło do mnie, że w codziennym rytmie pracy-uczelni-domu i tak nie ma zbyt wiele czasu na wykorzystywanie w pełni wielkich metropolii.

Być może dlatego tak szybko odnalazłam się w Limoges.

W obrębie centrum wszędzie można dostać się pieszo. Wychodząc poza centrum również. Właściwie pieszo można doczłapać się aż na wieś, w której tymczasowo pomieszkuję, jako że od większości zabytków i dworca dzieli je odległość ok. 6km.
Odległości tak małe, że używanie autobusów wydaje się bezsensowne. Przemierzam więc codziennie soczyste kilometry, od czasu do czasu wspomagając się maleńkim składakiem. Głównie z górki, bo pod górkę małe kółka pomimo intensywnego machania pedałami jadą w sobie tylko znaną stronę, najczęściej z powrotem w dół.

Ale samo miasto jest całkiem urocze. Centrum wypełniają stare kamienice, z rzeźbionymi detalami na portalach i drewnianymi okiennicami okalającymi wysokie, skrywające rozległe salony i mieszczańskie życie okna. W dzielnicach historycznych – Chateau i Cité budynki dźwigają na barkach kawał historii, momentami chwiejąc się i pochylając pod tym kilkusetletnim ciężarem. Bynajmniej jednak nie zipią. Jak żwawi staruszkowie, wzmacniają swoje mury drewnianymi protezami, lekko poskrzypują wiekowymi szyldami, ale nie tracą werwy w jaskrawym świetlne południowej sjesty czy nawet zdobędą się na odhamowany żarcik przy lampce wina wieczorem.

Można się z powodzeniem zagubić w wąskich, krętych uliczkach, wijących się i łączących na podobieństwo naczyń kapilarnych w sieć gęstych powiązań. Zasilają artystyczne i turystyczne życie miasta, pompując w nie energię, śmiechy, dźwięk sztućców, dodając gdzieniegdzie rozbłysk lampki wina i karafki wody na wystawionych ku ulicom stolikach. Można więc uskuteczniać typowe, kloszardowe włóczęgostwo, czyli typ zwiedzania, który najbardziej lubię.
Początkowo biegałam z ulicy na ulicę bez ładu i składu, znowu starając się zobaczyć wszystko od razu, niczego nie pominąć. Pominęłam wiele rzeczy, z czasem bardziej świadomie zostawiając je sobie na później. Obce ścieżki stają się coraz bardziej wydeptane, wpisane w łuki pamięciowe i mózgową nawigację, kierują kroki ku nie tyle już nowym, ile ulubionym miejscom.
Nieustannie zachwycam się detalami i francuską dbałością o czystą estetykę, niezależnie od epoki i niezależnie od miejsca. Ten kraj jest stworzony przez sztukę, a Limoges do tego przez sztukę jedyną w swoim rodzaju – nazwane Centrum Sztuki Ognia miasto słynie bowiem z porcelany, ceramiki, emaliowanych zdobień i witraży. Słowem – rzemieślniczych, ale misternych zdobień z kategorii szeroko pojętej ceramiki.
Nawet dom w Isle, który tymczasowo zamieszkuję, należał przez bez mała 150 lat do jednej ze szlachetniejszych i słynnych rodzin „porcelaniarzy” – rodziny Pouyat. Jakoś totalnie nie potrafię się do tego przyzwyczaić i zacząć ogarniać umysłem, że tutaj w historii można codziennie się przechadzać, a w zabytkach mieszkać. Można kupować bagietkę w całkiem nowoczesnej piekarni, by w niedzielę udać się na mszę do pobliskiej kapliczki. Z XII wieku.

Można moczyć buty w wysokiej trawie przy zbiornikach melioracyjnych, by natknąć się na obelisk z czasów starożytnych. A to przecież zaledwie wrażenia z Isle, małej wioski.
W mieście jest jeszcze lepiej.

Szukając oddechu i przestrzeni po klaustrofobicznych i zabudowanych kapilarach, idąc z prądem można znaleźć się na brzegu głównego naczynia miasta, rzeki Vianne (z góry przepraszam za anatomiczne porównania; miasto to jednak zawsze swoisty organizm, pracujący w trybie mikro i makro na podobnych zasadach), czyli lewego dopływu Loary.
W gładkiej jak lustro wodzie odbijają się nadbrzeżne, zabytkowe domy, wszystkie oczywiście zamieszkane, z warstwowymi ogródkami i parterami przerobionymi na kawiarnie i restauracje. Brzegi spajają silnie średniowieczne mosty, grube, kamienne, solidne, powyginane w ciężkie i przytłaczające nurt łuki. Spod nich wyglądają nieśmiało szutrowe ścieżki nadrzecznej promenady, otoczone drzewami z paletą barw najpiękniejszej z możliwych jesieni. W bruk samych mostów wtłoczone są gdzieniegdzie tak dobrze rozpoznawalne muszle – znak, że przebiega tędy szlak św. Jakuba, odwieczna trasa pielgrzymek w kierunku Santiago de Campostela.
Wzdłuż rzeki można dostrzec zdjęcia, zrobione dokładnie w tych samych miejscach, w których akurat stoimy. Sprzed stu lat. Nic się nie zmieniło. Jedynie dawny monochrom uzyskał rzeczywiste barwy – jakby ktoś nałożył kolorowy filtr na historyczną rzeczywistość.

Podobne wrażenie towarzyszy podczas wspinaczki zasłanymi liśćmi kamiennymi schodkami wzdłuż Rue du Rajat, dawnej dzielnicy artystycznej, która i dzisiaj nie straciła nic ze swojego uroku prawie-paryskiej bohemy. Włącznie z kotami spoglądającymi z wyższością zza szklanej szyby okien na strychu czy praniem suszącym się na podwórku, a właściwie na środku uliczki.
Potem wystarczy tylko podnieść głowę. Naprawdę wysoko. Zamajaczy nad nami wieża Katedry św. Stefana, zanim na dobre przytłoczy swoją wielkością i rozmachem.
Może to nie Notre Dame. Może to nie Chartres czy Rouen. Ale jednak ta katedra to jeden z niewielu typowych przykładów najpiękniejszej, gotyckiej architektury w regionie.
Ogromna. Smukła. Strzelista. Z gargulcami wypluwającymi od czasu do czasu pozostałości przelotnych opadów. Z zapierającą dech przestrzenią naw, podbarwionych tęczą witrażowych promieni, z majestatem i ciszą, zakłócaną jedynie delikatnym brzmieniem średniowiecznych chorałów płynących jakby z zaświatów. A może zza innych światów?
We francuskich kościołach pomiędzy nabożeństwami i mszami z poukrywanych głośników delikatnie rozpływają się w rozległych przestrzeniach nagrania, które w pustych świątyniach powodują ciarki na plecach.
Jedynie kartka wisząca na drzwiach przypominająca o konieczności zgłaszania wszelkich podejrzanych zachowań (projekt rządowy Vigipirate), przypomina o bolesnej i realistycznej współczesności. W końcu jest stan wyjątkowy. Podobne informacje o zagrożeniu terrorystycznym zdobią wejścia do szpitali, urzędów, dworców, lotnisk. Te ostatnie zdobią również uzbrojeni żołnierze, ale o tym już chyba wspominałam.

Nie dostrzegłam tego zaraz po przyjeździe w środku nocy, ale dworzec kolejowy Limoges Benedictins zamknie paszcze nawet największym sceptykom francuskiej myśli technicznej i architektonicznej. Uznany za jeden z najpiękniejszych w całej Francji, z kopułą o średnicy ponad 60 metrów, zdobioną witrażami w stylu art deco w niczym nie przypomina naszych ciemnych, zasikanych i zaniedbanych przytułków, z których ucieka się najszybciej, jak to tylko możliwe. Tu nie tylko chce się przyjechać, zostać na dłużej i pokontemplować. Ten dworzec po prostu się ZWIEDZA.

Największe wrażenie robi chyba z odległości, widziany z pobliskich Champs de Juillet. Ogromny, biały, dworcowo żelazny, ale jednocześnie dopracowany w najmniejszym szczególe, z rzeźbami nad wejściem układającymi się w stylizowany na starożytny portal, dwoma łukami oznajmiającymi départes i arrivées, zakończony w rogu wieżą zegarową, wypluwa z siebie lekko pordzewiałe linie trakcyjne i plątaninę torów niczym macki meduzy rozpierzchające się we wszystkich kierunkach i oplatające ciasnym systemem transportu publicznego region Haute-Vienne.

Dawniej podzielone na dwie odrębne półkule – Chateau i Cité, Limoges mniej więcej od końca XIX wieku w końcu stanowi jedność, połączone porządnymi włóknami ulic, uliczek i chodników. Zagubienie i włóczenie się po tych dwóch strefach, w których dominująca, średniowieczna architektura przeplatana jest momentami zdobnymi klejnotami z wieków późniejszych to przygoda i wrażenia estetyczne same w sobie. Nie potrzeba już dodatkowych bodźców.
Początkowa faza zachwytu nie zdążyła jeszcze przejść w przyzwyczajenie, za to po wstępnym zawarciu znajomości, uściśnięciu dłoni i badawczych, nieco taksujących spojrzeniach, patrzymy na siebie z miastem coraz bardziej swojsko i przychylnie. To, co wcześniej przyciągało nowością, teraz z nie mniejszą siłą zaprasza jak dobry znajomy, do ponownego odwiedzenia miejsc ulubionych. A tych jest całkiem sporo.
Zdecydowanym faworytem jest Rue de la Bucherie, o której wspominałam już niejednokrotnie, bo też ze względu na ostatni festiwal obżarstwa, często przewijała się w rozmowach. Ale mała dzielnica, zachowująca nadal swój średniowieczny układ, dawniej wypełniona przez zrzeszonych w cech rzeźników, której urocze witryny zdobione były nie ornamentami, lecz wiszącymi truchłami świnek, krówek i dobra wszelakiego, w czasach, kiedy słowo „wegetarianizm” podkreślane by było w Wordzie jako neologizm – to zdecydowany faworyt. W środku sennych, południowych sjest, kiedy nieliczni zapełniają maleńkie kawiarnie, można w pełni dostrzec urok miasteczka w miniaturze, które aż prosi się o zdrobnienia. Pomiędzy domami, wciśnięta i lekko spłaszczona przez okoliczne mury, chowa się kaplica św. Aureliusza, która, chroniona podczas rewolucji francuskiej przez wpływowe bractwo, nie ucierpiała w ostrym nurcie historycznej powodzi. Spacery tamtędy to podróż w przeszłość bez udziału filmowych kapsuł i najnowszych technologii. Wręcz przeciwnie, zachowana w tak dobrym stanie, pozwala uczyć się czasów, gdy technologia bliższa była młotom i dłutom, niż kategorii „nano” – jeden z dawnych domów rzeźniczych udostępniony jest do zwiedzania, zachowany w stanie nienaruszonym. Może jedynie trochę bardziej odkurzonym :).
Przejdziemy kawałek dalej i znajdujemy się w kolejnej epoce, podróżując poprzez wieki. Co rzuca się w oczy? Tym razem to zdobne kamienice dawnej burżuazji – być może nie tak prominentnej i słynnej, jak paryska, ale jednak niewiele jej ustępujące. Teraz zamienione w stylowe hotele, odnawiane bardziej jak dzieła sztuki, skrupulatnie czyszczone i delikatnie poprawiane bez strat pierwotnego klimatu i kształtu, okalają pomniejsze placyki, z fontannami, kawiarniami i restauracjami. Gdzieniegdzie wciśnie się pub czy lokal w klimacie przypominającym irlandzkie piwiarnie, ale nadal na tyle dopasowany, że nie razi po oczach i nie drażni.


Włócząc się po pajęczynie ulic, oczy mam szeroko otwarte. Z każdym krokiem doceniając coraz bardziej turystyczny urok nieturystycznych miast.

Dodaj komentarz