Lima, odnaleziony dom na plecy i vamos pa’ sur’!

W Limie wylądowaliśmy wczesnym wieczorem, ale fakt kolejnych zmian czasu i pogłębiająca się frustracja potęgowały zmęczenie. Początkowo chciałam dokumentować nasze lotniskowe pobyty jak pieczątki w paszporcie, ale po doleceniu do Bogoty , długim oczekiwaniu na bagaż, podczas gdy Piotrek patrzył smętnie na taśmy i miał nadzieję, że może jednak, ale nie, niestety, jakoś minęły mi chęci na kontakt z obiektywem. Bagaż nie doleciał. Tak nasz, jak i kilkunastu naszych współpasażerów. Bałagan w Istambule jeszcze nie do końca został okiełznany.
W luggage claim, dokąd od razu się skierowałam, doradzono mi, żebym złożyła oficjalną reklamację już po wylądowaniu w Limie, tak będzie prościej. Aha. Coś mnie tknęło, taki wewnętrzny głos powątpiewania i na wszelki wypadek zgłosiłam sprawę oficjelom Turkish Airlines wraz z numerem naszego kolejnego lotu.
Ten z kolei, prowadzony przez odmianę południowoamerykańskiego Rayanaira czyli Viva Columbię, przespaliśmy cały od początku do końca. Wprawieni w lotniskach, skierowaliśmy się od razu do zgłoszenia zagubionego bagażu, ale, cóż za zaskoczenie: „ Nie zgłaszali tego Państwo w Bogocie? Uhm, szkoda. Bo widzi Pani, bo my nie bardzo możemy to przyjąć.” Ale jak to, nie ma, że nie możecie. Dość już zdesperowana, biegałam od jednego biura linii lotniczych do drugiego, w końcu wybłagałam „reporte de cortesia”, czyli że łaskawie, „przez uprzejmość”, moją reklamację przyjmie Avianca. Uf…
Potem szybka gonitwa w poszukiwaniu taksówki, na forach doradzano Taxi Green, a przynajmniej jakieś certyfikowane taksówki biorąc pod uwagę, że połowa taksówek w Limie to wolna amerykanka. Dosłownie.
Drogo jak cholera (do dzielnicy San Isidro, gdzie mieliśmy zarezerwowany pokój przez Airbnb zapłaciliśmy 60 soli), ale niby bezpiecznie. Coraz bardziej zastanawiamy się w ogóle nad sensem czytania przewodników, kiedy każdy z nich doradza tylko najdroższe linie autobusowe, ceryfikowane taksówki, nieruszanie się z hostelu, w skrócie „kupuj wycieczki, nie ruszaj się sam, bo najpewniej Cię zabiją, okradną i wszelkie nieszczęścia na pewno cię dosięgną”. Od tego czasu postanawiamy zachowywać się oczywiście z rozsądkiem, ale bez przesady. Nie będziemy na każdego patrzeć jak na potencjalnego seryjnego zabójcę. Póki co, bardziej niebezpiecznie czułam się momentami w Europie, niż po drugiej stronie mocy.
Kiedy następnego dnia, po schodzeniu i zwiedzeniu Limy, której początkowo wcale nie chcieliśmy odwiedzać, zdecydowani po śniadaniu zbierać nasze skromne torby (jak prawdziwi hippisi, z całym dobytkiem w podręcznym plecaku i torbie), dostałam telefon z dziwnego numeru, odebrałam nie zważając na koszty połaczeń i tak! Udało się! Nasze bagaże cudownie przysłane na lotnisko w Limie, do 12:00 mamy je odebrać! W życiu nie sądziłam, że można się tak cieszyć, od razu wstąpiła nowa energia.

Priorytety w początkach naszej podróży bynajmniej nie są ludyczne, raczej a) jak przeżyć, b) jak znaleźć się chociaż w okolicach miejsca, które planowaliśmy, c) jak odzyskać nasze rzeczy, d) jak przetrwać w jednym zestawie ubrań i nie zwariować..
W każdym razie, przedstawicielka Avianki nie musiała nas długo namawiać, złapaliśmy autobus z pomocą miłej pani na ulicy, która nawet starała się mówić po angielsku i sama psioczyła na ceny taksówek, i po godzinie tuliliśmy nasze kochane plecaczki.
Nie oddam ich już żadnym liniom lotniczym, nie ufam już.
Nadal nie wiemy, dzięki komu tak naprawdę się odnalazły, bo składaliśmy reklamacje słowne, telefoniczne, mailowe i facebookowe do wszystkich przewoźników, nie mieliśmy żadnej informacji, że mają chociaż blade pojęcie, gdzie są, aż do telefonu o odnalezieniu…
Jako że w końcu mieliśmy już wszystko, co do szczęścia potrzebne, od razu postanowiliśmy łapać autobus do Paracas.

Dość Limy, ogromnej, typowo chaotycznej, zabrudzonej, pachnącej kłębami dymu wydobywającymi się z setek tysięcy samochodów, autobusów, busów, busików. Nie zgodzę się, że jest totalnie bezwartościowa pod względem turystycznym – dla mnie może niekoniecznie wprowadziła coś nowego, ale dla Piotrka było to pierwsze zderzenie z odwrotnym porządkiem, hałasem, bezsensownym trąbieniem, jedzeniem na ulicy i całym przekrojem ludności w jednym miejscu. Może warto czasem wsiąknąć przez chwilę w ten chaos, wszystko potem wydaje się już całkiem oswojone.
Na różne sposoby staraliśmy się rozpracować drogę do dworca autobusowego (z reguły jest ich kilka, osobne dla każdej linii) – Piotrek wierząc w internety, a ja w ludzi. Zagadałam młode dziewczyny z kawiarni, które najpierw powiedziały, ze to niebezpieczne (tak, tak, wiem), potem, że się zagubimy (aha…), a w końcu wzięły się za rozpisanie tras z nazwami ulic, gdzie powinniśmy się przesiadać w lokalnych busikach, pokazywanie zdjęć dworca i życzenie powodzenia. Piotrkowi internet nie zadziałał, więc musieliśmy liczyć na ich rady.

I się nie przeliczyliśmy. Dotarliśmy bez problemu, perkoczącymi, rozklekotanymi busami, na przystankach każdy pomagał nam znaleźć ten właściwy, Peruwiańczycy patrzyli ciekawie, ale przychylnie i też doradzali, kiedy najlepiej wysiąść. Nie mówię, że nie zdarzają się nieprzyjemne incydenty. Piotrek wyczytał gdzieś, że dzielnica z lotniskiem, Callao, przez którą oczywiście przejeżdżaliśmy na własną rękę, jest osobnym „municipio” z wprowadzonym stanem wojennym i godziną policyjną ze względu na wysoki odsetek przestępstw. No cóż – na szczęście dowiedziałam się o tym już po wyjeździe…
Odsapnęliśmy w autobusie do Paracas, w końcu odzyskując panowanie nad tym, co się z nami dzieje:)

PS Tata pytał jak się rozwiązała sprawa z aparatami fotograficznymi – kompromisem w naszym stylu, czyli wzięliśmy obydwa:) Jestem na etapie ogarniania możliwości internetowych w hostelach i niedługo postaramy się zamieszczać także foto-relacje.

Na koniec kilka informacji praktycznych z Limy:
– jeżeli przyjeżdżacie w nocy, niestety trzeba się liczyć z wydatkiem na taksówkę ( do najpopularniejszych dzielnic: Centrum, San Isidro lub Miraflores ok. 50-60 soli), jeżeli w dzień, polecamy lokalne środki transportu – autobus na tej samej trasie 1,5 sola, busy i colectivo 1-3 soli w zależności od trasy;
– jedzenie – jeśli nie musi byś super wykwintne „menu del dia” w miejscach chociażby o ulicę oddalonych od turystycznych traktów: 8 – 10 soli za pełen obiad
– noclegi – szału nie ma, pierwszą noc spędziliśmy wynajmując pokój na Airbnb za 55 soli, drugą w hostelu za ok 65 soli (niby ze śniadaniem, ale bułki z dżemem zaczynają się szybko przejadać); ani fajnie, ani tanio, także nie polecam się sugerować;)

4 komentarzy

  1. P.S – prosze o większe zdjęcia, niż te miniaturki 🙂

    1. ogarnelismy w koncu jakas inna galerie, poprzednia wtyczka mnie pokonala…:)

  2. JUŻ tosty z dżemem zaczynają się przejadać? To mało wytrwali jesteście ;P

    1. hahaha ja tam wytrzyuje, ale Piotrek marudzi. I uwaga, on nie lubi ryzu…:D

Dodaj komentarz