Leki w podróży cz. 1

Wiadomo, że zaplecze medyczne jest ważne. Wiadomo, bo przecież podróż-w-nieznane, to potencjalne źródło wszelkiego rodzaju wirusów, bakterii, grzybów, węży i innych ludojadów, które z pewnością chcą nas porządnie uszkodzić, a w najlepszym wypadku będą na tyle upierdliwe, że skutecznie zepsują kilka dni wyjazdu. Wiadomo również, że to, co nieznane, wzbudza największy strach, w związku z czym lwią część cennego miejsca w plecaku zaczynają zajmować tabletki, kapsułki, maści, bandaże, plastry, igły, ba, nawet zestaw do wkłucia dożylnego.
Jako świeżo upieczony lekarz i podróżnik-praktyk, ale absolutnie nie wyrocznia, chciałabym dzisiaj poszerzyć horyzonty nie tylko w kilometrach, ale i neuronach niezbędnej, podstawowej przed wyjazdem wiedzy.

  1. Postrach podróżnych, klątwa faraona, zemsta Inków…czy taki diabeł straszny?

Zaszczytne pierwsze miejsce nie mogłoby zostać zajęte przez nic innego. Nęka ludzkość od wielu wieków, nękała klasy rządzące i pospolite, zmuszała królów do biegania, a współczesnych pacjentów do pokrywania się rumieńcem i wyrzucania ze świadomości bolesnych i wstydliwych wspomnień. O czym mowa? Wiele osób przed podróżą myśląc o potencjalnych chorobach widzi nieludzko powykręcane ciało, odrzucające krosty, grzyby na nosie czy inne, dziwne konfiguracje objawów, z którymi słowo „tropikalny” nieodłącznie się kojarzy. Prawda jest natomiast nieco bardziej prozaiczna. To, co najczęściej łapie podróżników niezależnie od czasu trwania i doświadczenia to… pospolita sraczka (wybaczcie słownictwo). Nie ma reguły, nie ma praktycznie sposobów zabezpieczenia. Może złapać na początku (najczęściej), w trakcie, na końcu podróży, w samolocie, w autobusie, gdziekolwiek. Keine grenzen, istny kosmopolita, chciałoby się rzec, preferujący jednak klimaty tropikalne.
Biegunki teoretycznie można uniknąć, pijąc tylko przegotowaną wodę, myjąc owoce i warzywa, jedząc z zaufanych źródeł i przestrzegając zasad higieny. Niby brzmi banalnie, ale uwierzcie, często jest niewykonalne w ekstremalnych warunkach. Można oczywiście żywić się jedynie w drogich i certyfikowanych restauracjach, ale standardowy podróżnik stołuje się raczej w lokalach, które z mianem „zaufanego źródła” mają niewiele wspólnego, warzywa i owoce czasem je bezpośrednio od babinki z targu (bo przecież trzeba spróbować, zanim się kupi 😉 ), rąk nie można umyć, bo przy kibelkach nie ma umywalki i nagle to, co wydawało się prostym zaleceniem, urasta do rangi problemu. Można więc powiedzieć, że skoro nie wiemy, jak zapobiegać, dowiedzmy się chociaż, jak leczyć.
Większość biegunek podróżnych (taak, to nawet oficjalna nazwa) ma postać „łagodną”, tzn. zwykle po kilkudniowym pobycie w ciepłym, zagranicznym miejscu występują bóle brzucha oraz częste „strzelające” stolce, dolegliwości utrzymują się 2-4 dni, towarzyszy im osłabienie, możliwy jest stan podgorączkowy (czyli podwyższenie temperatury ciała nieprzekraczające 38°C). Z reguły spowodowane są enterotoksycznymi szczepami bakterii Escherichia Coli (ETEC) lub pałeczkami Campylobacter.

Co na to zaradzić?
– Przede wszystkim nawodnienie – pić, dużo pić. Biegunka to przede wszystkim odwodnienie, dlatego oczywistym jest, że im dłużej i częściej biegamy do toalety, tym więcej mamy utraconych płynów i tym więcej musimy ich ponownie do organizmu dostarczyć;
– Nifuroksazyd – czasem doradzany antyseptyk jelitowy, 2-4 razy dziennie, przez 5-7 dni;
– warto wspomagać własną florę jelitową, stosując probiotyki (Lactobacillus rhamnosus, Saccharomyces boulardii) nawet już na kilka dni przed wyjazdem;
– antybiotyki – raczej niestosowane, jako że w większości przypadków łagodna biegunka ustępuje samoistnie. Nie są też niezbędnym wyposażeniem w podróży – jeżeli tylko objawy utrzymują się dłużej, towarzyszy im gorączka, krew w stolcu, wymioty – idź do lekarza w ramach swojego ubezpieczenia podróżnego, nie kombinuj na własną rękę (lekarze uwielbiają słuchać o kolorze i konsystencji kupy!:) );
– przed wyjazdem – i to rada dotycząca wszystkich problemów zdrowotnych – odwiedź lekarza! Poinformuj, w jakie regiony jedziesz. Od niego/niej uzyskasz najdokładniejsze i najrzetelniejsze informacje.

Epidemiologia biegunek dla dociekliwych:
1) ryzyko małe (<8% osób w ciągu 1–2 tyg.) – Japonia, Australia, Nowa Zelandia, Europa Północna i Zachodnia, Kanada, niektóre kraje karaibskie, Stany Zjednoczone;
2) ryzyko średnie (10–20% osób w ciągu 1–2 tyg.) – Europa Środkowa i Wschodnia, Portugalia, Grecja, kraje bałkańskie, Rosja, Chiny, Izrael, Afryka Południowa, wyspy Pacyfiku, większość wysp karaibskich (np. Jamajka), Argentyna i Chile, Tajlandia;
3) ryzyko duże (20–56%) – Afryka, Ameryka Łacińska, Azja Południowa, Bliski Wschód.

  1. O Boże, jak wysoko! Jak odbiera nam rozum choroba wysokościowa.

Wspinamy się dzielnie, stopień po stopniu. Coraz trudniej złapać oddech, musimy robić przerwy co kilka kroków, mimo że przed wyjazdem przebiegliśmy półmaraton i codziennie pakowaliśmy na siłowni. Mówimy na wdechu,  jesteśmy zmęczeni, chce nam się pić, zaczyna boleć głowa, wchodzimy wyżej i wyżej, no bo przecież założyliśmy sobie, że trzeba zdobyć szczyt, że już więcej się w to miejsce nie wróci. Za chwilę stajemy za krzaczkiem, żeby zwymiotować, zaczynają się halucynacje. Będziemy wchodzić jeszcze wyżej, ignorując te objawy – może się skończyć tragicznie. Z chorobą wysokościową nie ma żartów, niech ambicja nie zakłóca nam trzeźwości myślenia, szczególnie, że podczas samej choroby ocena sytuacji nie jest miarodajna (a przypomina raczej błądzenie we mgle albo pewność siebie po alkoholu, czyli “Ja nie dam rady?!”).
Tak jak w przypadku biegunki trudniej zapobiegać, niż leczyć, tak w przypadku choroby wysokościowej jest totalnie na odwrót – zapobieganie jest o niebo łatwiejsze, niż leczenie.
Znowu – może złapać każdego i tak naprawdę nikt nie wie, jak zareaguje na wysokość, jeżeli wcześniej nie znajdował się już na porównywalnym poziomie. Podręcznikowo:
Duża wysokość: od 2500 do 4000 m n.p.m.
Bardzo duża wysokość: od 4000 do 5500 m n.p.m.
Skrajnie duża wysokość: powyżej 5500 m n.p.m.
Ja sama sapałam z każdym krokiem podczas pierwszej wizyty w Cuzco (3500m n.p.m). Wędrując po Cordilliera Blanca w Peru łapałam powietrze łapczywie jak ryba wyjęta z wody, na boliwijskim Altiplano budziliśmy się w środku nocy szukając w pośpiechu paracetamolu. Żyjemy na co dzień w dość płaskim i niskim kraju, i nasz organizm, nieprzyzwyczajony do obniżającego się ciśnienia atmosferycznego, woła objawami o większą dostępność tlenu albo zaprzestanie wystawiania go na próbę. I tego wołania nie należy ignorować.

Co na to zaradzić?
– Aklimatyzacja! Kiedy poruszamy się powyżej 3000 m, dzienny limit zwiększania wysokości wynosi 400 m. W przypadku wystąpienia i narastania objawów powinniśmy nie zwiększać wysokości i dłużej się aklimatyzować. Kiedy objawy się nasilają, konieczne jest zejście w dół 400–500 m i oczekiwanie na adaptację (2–3 dni). Nie ma sensu ryzykować. Widzieliśmy słaniających się facetów porządnej postury, nie mających pojęcia, co się z nimi dzieje i przysysających się do maski tlenowej jak do ostatniego ratunku. A maski tlenowe na odludziu rzadko kiedy są dostępne.
–  Bezwzględnie unikać intensywnych wysiłków, alkoholu i papierosów – zaostrzają objawy choroby, zwiększając zapotrzebowanie organizmu na tlen, zaburzają samoocenę. Serio, przetestowaliśmy. Piotrek po nieopatrznym wypiciu 0,3l piwa czy kieliszka wina, miał ból głowy godny lepszej sprawy.
– Leki stosowane w zapobieganiu choroby wysokościowej (m.in. diuretyki), przepisywane są na receptę, znowu więc rada jak powyżej – odwiedź swojego lekarza!:)
– Można spróbować lokalnych sposobów radzenia sobie z problemem – nam w Ameryce Południowej wszyscy polecali rzucie liści koki, co podobno miało pobudzać i łagodzić objawy choroby wysokościowej. I chociaż sam fakt mielenia czegoś, co w licznych procesach chemicznych staje się kokainą, wywoływał dreszczyk emocji, to jednak cudownego jego działania nie doświadczyliśmy i nie uważam, że należy opierać na nim podstawy swojego przygotowania do zdobywania szczytów.

Temat leków i przygotowania medycznego podróży jest długi i szeroki, dlatego zamierzam kontynuować wątek jeszcze w kolejnym poście. Nie mogę ominąć tematów szczepień, malarii i pierwszej pomocy, dlatego…to be continued! 🙂

Bezpiecznej podróży!

2 komentarzy

  1. Co na rejs należy zabrać ??
    ;-o

    1. Igła to podstawowe wyposażenie!:P

Dodaj komentarz