Leki w podróży cz. 2

Obietnica jest jak przysięga, dlatego…ciąg dalszy samozwańczych porad medyka-podróżnika właśnie nadchodzi!

  1. Strach ma małe skrzydełka i denerwująco bzyczy, czyli co złego mogą podarować nam komary.

Generalnie lubię zwierzęta. Naprawdę. Głaszczę kotki, dokarmiam pieski i ptaki zimą, omijam ścieżki mrówek w lesie i tak dalej. Ale, od miłości do nienawiści tylko jeden krok i zazwyczaj w przypadku świata zwierząt cała moja nienawiść kumuluje się i eksploduje w kontaktach z pewnymi niewielkimi przedstawicielami rzędu muchówek. Jeśliby zliczyć nieprzespane noce, szaleńcze bieganie ze szmatą i opętańcze polowania, przypominające momentami jakiś pierwotny taniec, można by określić nasze wzajemne nastawienie jako nieustanną wojnę. Tylko że o ile na naszych, wspaniałych szerokościach geograficznych komary mogą przysporzyć nam cierpień w postaci niewyspania, natrętnego ich poszukiwania każdego wieczoru, czy rozdrapanych nóg, o tyle w krajach tropikalnych, egzotycznych, mogą nam w prezencie podarować dodatkowych, nie zawsze lubianych lokatorów dla naszego organizmu. Nawet jeśli zmieciemy je z powierzchni skóry porządnie i definitywnie, pamiątki mogą dać o sobie znać po długim czasie. Wracamy szczęśliwi do domu, opowiadamy jak było, pokazujemy zdjęcia…po czym rozpakujemy komarowe prezenty w postaci:
– malarii,
– żółtej gorączki,
– gorączki krwotocznej denga,
– filariozy,
– gorączki zachodniego Nilu,
– gorączki doliny Rift,
– wirusa zika,
– wirusa chikungunya…
…I wiem, że brzmi to nieco apokaliptycznie, ale widocznie nie na darmo trzecią plagą egipską były właśnie komary…
W myśl zasady, że należy poznać swojego wroga, warto zapamiętać, że z komarów występujących w Polsce najczęstszy jest komar widliszek (rodzaj Anopheles), którego tropikalny kuzyn przenosi malarię, natomiast drugim najczęstszym rodzajem tropikalnych komarów jest Aedes, przenoszący m. in. żółtą gorączkę, dengę, tularemię czy zapalenie opon mózgowych pod postacią gorączki zachodniego Nilu. Anopheles gryzą o zmierzchu lub wieczorem, z odwłokiem ułożonym pod kątem ostrym, natomiast Aedes mogą ugryźć praktycznie w ciągu całego dnia, układając odwłok równolegle do naszej skóry.

Co na to zaradzić?
– jeżeli tylko się da, albo w rejonach o podwyższonym ryzyku przywiezienia jednego z wymienionych prezentów – długie rękawy koszul i długie spodnie
– moskitiery w oknach, moskitiery hamakowe, moskitiery WSZĘDZIE
– w części pomieszczeń, nawet hostelowych, dostępne są podłączane do gniazdek elektrycznych odstraszacze (tzw. Fumigatory)
– REPELENTY! – podstawowe wyposażenie, dostępne w różnych postaciach (aerozolu, żelu, płynie, kremie, mleczku  – do wyboru, do koloru). Zawierają ikarydynę albo DEET, czyli dietylotoluamid i o ile na nasze polskie warunki wystarczy OFF! albo coś pokrewnego, o tyle w dłuższą podróż polecam zaopatrzyć się w cięższą artylerię, zawierającą raczej DEET (np. tak ukochaną przez nas Muggę) i to w wysokich stężeniach. U nas maksymalne dozwolone stężenie dochodzi do 50%, ale w Kolumbii widzieliśmy jeszcze mocniejszy towar ;). Należy jednak uważać ze stosowaniem jej na odsłoniętą skórę, bo może podrażniać, a w okolicy twarzy rozsmarowywać spryskawszy nią wcześniej ręce (nawet uważając, załapałam się na krótkotrwałe porażenie nerwów skórnych okolic ust, czując się w pewnym sensie jak po znieczuleniu u stomatologa);
– domowe sposoby – goździki, paczula, trawa cytrynowa, geranium, witamina B1 – nie testowałam, natrafiłam na te informacje na stronie National Geographic
– co zrobić po fakcie, czyli kiedy jednak ugryzą? – przemyć i odkazić miejsce ugryzienia, można zastosować żel Fenistil, który zmniejsza świąd i obrzęk. Nie rozdrapywać! Krzyczę tym wykrzyknikiem również do siebie, bo kompulsywne drapanie przychodziło bezwiednie, a powstrzymywanie się było porównywalne do walki ze zjedzeniem czekolady na diecie…
Dodatkowe informacje dla ambitnych:
http://www.who.int/neglected_diseases/vector_ecology/mosquito-borne-diseases/en/
http://www.cdc.gov/features/stopmosquitoes/

Jak widać, można zasłaniać okna, ganiać ze szmatą, wąchać trutki, smarować się pestycydami a i tak walka czasem jest przegrana. Dlatego, niezbędne jest zabezpieczenie się przed najgorszymi skutkami ugryzień, co wiedzie nas bezpośrednio do kolejnego puntu…

  1. Najlepsze możliwe sposoby zapobiegania to szczepienia…

…o ile oczywiście istnieją :). Nie na wszystko bowiem zaszczepić się możemy, większość istniejących preparatów ma nas uodparniać przeciwko wirusom, ale uważam, że każda osoba rozsądnie przygotowująca się do wyjazdu powinna udać się do centrum medycyny podróży, wykupić i wykonać niezbędne zastrzyki. Nie zważając na koszty, w tym wypadku.  I nie zamierzam tu przytaczać żadnych anegdotycznych historyjek. Warto się zaszczepić i tyle, nawet jeśli widniejąca kategoria to „zalecane”, a nie „obowiązkowe”. Myślałam, że jest to fakt tak oczywisty, że wstyd nawet o nim pisać, ale życie pokazało, że nawet wśród mojego najbliższego otoczenia dla niektórych wartość szczepień ochronnych była dotychczas nieprzeniknioną zagadką…
Najczęstsze szczepienia przed tropikalnymi podróżami (oprócz, oczywiście, podstawowego wyposażenia w przeciwciała w postaci kalendarza szczepień, którym w Polsce objęte jest każde dziecko i nastolatek) obejmują:

  • Żółtą gorączkę,
  • Dur brzuszny,
  • WZW A,
  • Wściekliznę,
  • Zakażenia meningokokowe,
  • Cholerę,
  • Kleszczowe zapalenie mózgu,
  • Japońskie zapalenie mózgu;

Za każdym razem zakładana jest tzw. „żółta książeczka”, której nazwa wzięła się od pierwszego, obowiązkowego szczepienia przed podróżą, czyli żółtej gorączki, z której mogą nas wylegitymować przedstawiciele niektórych państw na granicy.
Lista krajów i obowiązujących szczepień dostępna jest tutaj.
Dlatego namawiam, proszę i doradzam, żeby każdy na mniej więcej 2 miesiące przed planowaną datą odjazdu podreptał dzielnie na konsultację lekarza medycyny podróży i powrócił stamtąd bohatersko prezentując rany wojenne odniesione w nierównej walce z Paniami Pielęgniarkami  i ich Strzykawkami, a organizm podziękuje wytworzonym garniturem gotowych przeciwciał, które pokonają drobnoustroje w stylu tajnych agentów – tak, że nawet się nie zorientujemy.

  1. Dlaczego boimy się komarów, czyli słów kilka o malarii.

No tak, tej królowej chorób tropikalnych, nękającą w zeszłym roku blisko 214 milionów ludzi na całym świecie, nie mogło zabraknąć, nawet jeśli zajmuje zaszczytny, ostatni punkt programu. Większość osób ma przed oczami obraz wstrząsanej dreszczami Nel z „W pustyni i w puszczy”, dla której jedynym ratunkiem miała być chinina, kiedy okazało się, że gorączka nie jest spowodowana zwykłym „przeziębieniem”. Czasem wydaje się, jakby choroba ta istniała jedynie na kartach powieści, a wiadomości ze świata o jej ciągle ogromnym rozprzestrzenieniu docierają do nas z opóźnieniem, po czym szybko opuszczają zabieganą głowę. No bo to przecież takie nierealne. A jednak.
Pisałam kilka akapitów wcześniej, co złego mogą nam podarować komary. W tym wypadku to nie one same robią nam krzywdę, lecz są wykorzystywane przez pewne pierwotniaki jako wektory, dzięki którym zarodźce malarii (z rodzaju Plasmodium) dostają się do organizmu człowieka, zadomawiają w krwinkach czerwonych i sieją spustoszenie. Najbardziej chorobotwórcze dla człowieka są:

  • Plasmodium vivax,
  • P. ovale,
  • P. malariae,
  • P. falciparum;

Pierwsze dwa wywołują tzw. łagodną trzeciaczkę, czyli cykliczne pojawianie się objawów co 48h (co trzeci dzień). Zarażenie Plasmodium malariae przynosi gorączkę co 72h (czwartaczkę), natomiast najgroźniejszy P. falciparum (występujący głównie na terenach Afryki Subsaharyjskiej) prezentuje nam malarię tropikalną, której objawy pojawiają się najczęściej co 36-48h.
Nie ma na nie szczepienia, chociaż prace trwają usilnie i szeregi naukowców wyrywają sobie włosy z głowy każdego dnia, żeby przybliżyć się do uznania malarii za chorobę przeszłości. Póki co jednak nadzieje te są płonne, a my musimy zabezpieczać się w najlepszy dostępny sposób, bo w końcu safety first ;).

Co na to zaradzić?
Decyzję o wyborze leku podejmuje zawsze lekarz razem z pacjentem w zależności od czasu trwania wyjazdu, stanu naszego zdrowia, wieku, uczuleń, charakteru podróży. Na polskim rynku najczęściej zalecanymi środkami profilaktycznymi jest:
– lek łączony atwakwon + proguanil (Malarone), który przyjmuje się dobę przed przyjazdem, podczas całego pobytu w strefie zagrożenia i jeszcze tydzień później w dawce 1 tabletka/dobę
– meflochina (Lariam), w dawce 1 tabletka/tydzień przez cały czas pobytu w tropikach i jeszcze 3 tygodnie później
– Jeżeli jedziemy na dłużej lub często, ale na krótko bywamy w strefach występowania malarii, można rozważyć tzw. „profilaktykę kieszeniową”, czyli przyjmowanie leków w dawkach terapeutycznych (4 tabletki na raz przez 3 dni) w razie wystąpienia objawów mogących nasuwać podejrzenie zimnicy. I nie zwalnia nas to ze skontaktowania się z lekarzem, w każdym przypadku podejrzanych objawów!

Wyczerpujące informacje na temat malarii można znaleźć tu:
http://www.who.int/malaria/en/
http://www.cdc.gov/Malaria/

Czas na podsumowanie i odpowiedź na nurtujące pytanie: co w takim razie warto mieć w podróżniczej apteczce? Przede wszystkim, nie za dużo:
– środki opatrunkowe, czyli bandaż, plastry, jałowy gazik
– probiotyk jelitowy
– nifuroksazyd
– loperamid (np. Stoperan), jeśli biegunka nie daje spokoju, a my np. musimy wleźć na Machu Picchu;)
– lek antyhistaminowy
– żel na ugryzienia (np. Fenistil)
– antybiotyk w maści (do stosowania miejscowego w przypadku nadkażenia ugryzień lub niewielkich ran)
– paracetamol, ibuprofen, pyralgina
– chemioprofilaktykę malarii, jeśli taka została zalecona przez lekarza

To baza, w którą nie zaszkodzi się zaopatrzyć. Macie jakieś swoje propozycje? My oczywiście, biorąc pod uwagę pewne przyzwyczajenia zawodowe, przesadziliśmy nieco z ilością leków, jednak niemalże wszystkie z listy powyżej okazały się przydatne. A przede wszystkim, warto wykupić odpowiednie ubezpieczenie i nie zamartwiać się w podróży rzeczami, którymi może pozamartwiać się ktoś inny :).

 

Dodaj komentarz