Kto mieszka na Wyspie świętej Heleny?

Dzisiaj na wyspie jest dzień targowy. I nie, nie oznacza to, że gdzieś w centrum miasteczka rozkładają się nagle znikąd stragany, sprzedające wszystko to, czego potrzebujesz i jeszcze więcej tego, czego totalnie nie potrzebujesz. Dzień targowy przypomina raczej poranne, prehistoryczne polowanie, tylko że zamiast smukłych facetów z dzidami ulice pełne są panów i pań w sile raczej słusznego wieku, chowających pod luźnymi koszulami pokaźne brzuszki z foliowymi reklamówkami w roli plemiennych atrybutów.

Nie mamut też czy tygrys szablozębny są celem. Nie. Wszyscy polują na warzywa i owoce, ale że nie wiadomo ani kiedy, ani co, ani gdzie akurat na półki rzucą, przypomina to raczej chodzenie z siatkami od sklepu do sklepu i zbieranie wegetariańskich pokemonów. Wymiar może nie ten sam, ale emocje podobne. Trzeba wykazywać się sprytem, inteligencją, rozwiniętą siecią kontaktów i smykałką do handlu – ktoś załatwi pomidory, ktoś przemyci jajka, a wiesz, w sklepie z elektroniką rzucili właśnie szczypior.

Nie ma wybrzydzania, nie ma poszukiwania. Wysypują marchewki? Bierzemy marchewki, bo są. Na półkach akurat jest dynia? Bierzemy dynię, bo nie ma nic innego. Wszystko, co danego dnia ląduje w sklepie, jest natomiast ekologiczne, z wolnego wybiegu i fair trade. Made in Saint Helena only.

Przeskakujemy ze sklepu do sklepu dokładając powoli warzywa zwykłe i dziwne – na łódce będziemy się głowić, co z nimi zrobić, póki co trzeba brać, zanim weźmie ktoś inny.
O ziemniakach można zapomnieć, jajka to towar luksusowy.
Udało się nam dogadać z właścicielką Ann’s Place, która spod lady wyczarowała dwa tuziny tego nieosiągalnego dobra, które na samo wspomnienie wzbudzało zazdrość u przypadkowych słuchaczy.
Mijamy na ulicach krążących od sklepu do sklepu innych żeglarzy, przekazujemy głuchym telefonem poufne informacje, w końcu wracamy z łupami poukrywanymi w plastikowych torebkach i kartonach na łódki.

Historia Daw, kelnerki z Ann’s Place
Daw to jedna z pierwszych osób poznanych na wyspie św. Heleny. Zaraz po „kierowcy” water taxi i celnikach, to jej twarz uśmiechała się do nas zza lady na powitanie.
Za radą Rena i mając na uwadze, że pewnie często będziemy pojawiać się w lokalu, pierwsze co robię, to otwieram rachunek.

– Okej, Marta, to co, zaczynamy imprezę? – Daw szczerzy zęby w uśmiechu.
– Hm, oj tak, będzie się działo…To może na początek…mrożoną kawę i pół godziny internetu poproszę.

Kilka dni później, między kolejną kawą a pisaniem maila, podpytuję Daw, skąd pochodzi.
Nie da się ukryć, że ma o kilka tonów ciemniejszą karnację, niż standardowy mieszkaniec wyspy. Ci należą głównie do Mulatów, z nielicznymi białymi dodatkami, przechodzącymi w czerwień w czasie letnim. Daw, ze swoimi skręconymi w spiralki sterczącymi włosami i czekoladową skórą wyróżnia się nawet z tego różnokolorowego tłumu.
Okazuje się, że na wyspie przebywa dopiero od 2 miesięcy, przyjechała z karaibskiej St. Lucia razem z mężem, który dostał roczny kontrakt i dwoma dorastającymi synami, którzy chodzą na świętej Helenie do lokalnej podstawówki i jedyne, na co narzekają, to słabe lub nieistniejące łącza internetowe, przez które nie mogą grać w gry.
Bo na świętej Helenie rozwój telekomunikacyjny jednak w jakiś sposób się zatrzymał, trwając w czasach telefonicznych łączy, znikomej sieci komórkowej i jeszcze gorszej internetowej. Dlatego wszędzie na wyspie znaleźć można budki telefoniczne, które w Polsce straszą już tylko porozbijanymi szybami i ziejącą jamą po aparacie. To dlatego na wyspie ludzie nadal ze sobą rozmawiają, wymieniają doświadczenia, robią rękodzieło czy piszą do lokalnej gazety – a najświeższe informacje fruną z ust do ust szybciej, niż trwa u nas pytanie googla.

Wiele małych, wiejskich społeczności musi polegać w dużej mierze na sobie, zapewniać sobie samowystarczalność. Społeczność żyjąca na wyspie musi dbać o to tym bardziej. Społeczność funkcjonująca na samotnej wyspie, z której samoloty latają raz w tygodniu dopiero od tego roku, a najbliższe społeczności ludzkie to Kapsztad oddalony o 2900 km i Ascenscion oddalona o 1125 km tworzy zapomniane już u nas więzy, które wspierają się w potrzebie, informują i pomagają.
Do 2017 roku jedyną możliwością odwiedzenia wyspy była droga morska. Słynny Royal Mail Ship St Helena dwa razy w miesiącu kursował z Cape Town, przywożąc turystów, odwiedzających, rodziny czy odwożąc osoby chore do specjalistycznych szpitali w RPA. Ale nie tylko. Owiany już wyspiarską legendą statek, jeden z zaledwie dwóch pozostałych reliktów nadal pracujących liniowców, dowoził także wszelkie zaopatrzenie na wyspę – od ubrań po samochody, leki i ciężki sprzęt, zabawki czy świąteczne indyki, wszystko to, czego żyzna wyspa nie potrafiła wyprodukować sama. Jego przybicie zawsze zwiastowało powiew świeżości i różnorodności, służąc mieszkańcom za dobry pretekst do organizacji imprez i parad. Teraz patrzą z nostalgią wstecz. Ostatni kurs RMS St Helena odbyła w styczniu tego roku. Zniknął w pewnym sensie romantyczny czar oddalenia wyspy, zniknęło patrzenie w oczekiwaniu na horyzont z licznych ławek portowego nabrzeża, wsłuchiwanie się w ryk rozbijanych fal, skończyła się comiesięczna oceaniczna odyseja.

Drugą możliwością dostania się na wyspę są oczywiście jachty i żaglowce.
Jej strategiczne położenie od czasu odkrycia w 1502 roku przyciągało podróżników, wojskowych, włóczęgów, inspirowało i gościło naukowców, a także stało się domem (dla wielu z nich wiecznym) niezliczonych więźniów – od tak mało znanych jak Afrykańscy niewolnicy czy Burowie do światowej sławy jak Napoleon Bonaparte.

Kotwicę w James Bay rzucały niezliczone statki, a portowe bary rozbrzmiewały opowieściami ze świata od kilkuset lat. To tu Karol Darwin zatrzymał się na dłużej, w słynnej podróży, która potem stała się inspiracją do wyklucia teorii ewolucji. Być może dlatego na św. Helenę mówi się do dzisiaj „atlantyckie Galapagos”?
Ulicami Jamestown przechadzali się kapitan James Cook czy William Bligh ze statku Bounty, Edmund Halley po raz pierwszy zaobserwował ze wzgórz w centrum wyspy kometę, później nazwaną jego nazwiskiem, a wykłady w mieszczących się w zamku salach konferencyjnych prowadził Joshua Slocum – pierwszy żeglarz, który samotnie opłynął świat w 1890 roku.
Aż szkoda, że nie było wtedy zwyczaju (albo nie dotrwały do naszych czasów) wpisów w księgach gości. Ann’s Place gromadzi od 1979 roku wyświechtane i dotykane przez setki podróżników bruliony, opisujące niesamowite pomysły i trasy podróży ludzi może nie tak słynnych jak wylistowani powyżej, ale za to znacznie bardziej bliskich i osiągalnych. Takich, których historie motywują, zachęcają, mówią między wierszami: „jeśli my potrafiliśmy – ty też dasz radę”. Z sufitu restauracji zwieszają się wytarte od wiatru i wyblakłe od słońca bandery dziesiątków krajów, wśród których znajdujemy trzy polskie. Na widok wpisu sprzed zaledwie miesiąca znajomej łódki s/y Wassyl, robi nam się przytulnie jak w domu.

Po kilku dniach na wyspie zaczynamy mieć na niej znajomych. Odmachujemy na podnoszone w geście przywitania ręce, mówimy „dzień dobry!” praktycznie każdej mijanej osobie, niektórzy zagadują, niektórzy pozostawiają „small talki” na później.
Dziewczyna pracująca w sklepie z pamiątkami zaprasza na piątkowy wieczór z muzyką na żywo – na szczecie klifów, z widokiem na zachodzące słońce, przy akompaniamencie saksofonu, gitar i śpiewu. Czy moglibyśmy sobie wymarzyć coś wspanialszego na ostatni wieczór przed wypłynięciem? No nie. Nie moglibyśmy.
Tylko że jakkolwiek byśmy nie chcieli, jak bardzo byśmy głową klifu przebić nie próbowali, tak nadal, jak księżniczki, uwięzieni jesteśmy na naszej boi, do której dostępu broni cerber na terkoczącej łódeczce. Strażnik i pośrednik, nieubłagalny w swych rozkładach, nie skłonny do kompromisów czy przedłużenia rozkładu nawet o pół godziny czy godzinę.

Historia Paula
Paul, kierowca water taxi, nie zaskarbił sobie naszej przyjaźni. Nie zaskarbił nawet cienia cieplejszego uczucia, w przeciwieństwie do praktycznie wszystkich pozostałych mieszkańców wyspy. Ciemny i ogorzały od słońca, z wystającym na pół metra brzuchem i sumiastym wąsem pod nosem odpychał każde zapytanie.
Czy może przypłynąć na wybrzeże szybciej? – Nie, tylko o pełnych godzinach.

Czy możemy zabrać śmieci? – Nie, bo jest już mało miejsca (nie muszę dodawać, że na łódce spokojnie zmieściłoby się jeszcze pięć osób, a co dopiero kilka skompresowanych worków)

Kiedy ostatni kurs? – Nie wiem, pewnie o 1700. – A nie można godzinę później? – Nie można.
Przekonanie go, by zawrócił łódkę, bo ktoś czegoś zapomniał graniczyło z cudem, w strategicznych momentach jego krótkofalówka chrzęściła tak skutecznie, że nie dało się odcyfrować żadnych konkretów, a przy większym zafalowaniu pasażerowie odbijali się od burt jego rozpadającego się i zakurzonego środka transportu, raniąc nogi o porozwalane na pokładzie kanistry, haczyki i wędki, przemieszane z butelkami z wodą, przekąskami na lunch i cholera wie czym jeszcze.

Czasem wsiadanie na luksusową water taxi było nie lada wyzwaniem. I lepiej sprawdzało się na boso:)

O ile więc wszędzie spotykaliśmy się z przesympatyczną gościnnością i rozpływaliśmy w superlatywach na temat heleńczyków, buractwo Paula spowodowało rozszerzenie angielskiego słownika obelg o kilka wyrafinowanych i dosadnych wyrazów.
Raz jednak Paul miał dobry humor. Przyszedł taki dzień, wart odnotowania, zapamiętania i zachowania dla potomności.
Już od momentu podpłynięcia do burt zauważyliśmy, że coś jest nie tak i poczuliśmy się nieswojo. Paul odebrał nas punktualnie, a nie wtedy, kiedy mu bardziej pasowało, przywitał się z uśmiechem i zaczął zagadywać. Spieszyliśmy się na targ, gdzie mieliśmy nadzieję znaleźć świeże warzywa, poranek oświetlał bujające się w zatoce łódki ciepłym słońcem, a ja w połowie drogi zauważyłam, że zapomniałam aparatu. Mieliśmy po obowiązkach zaplanowane jeszcze kilka trekkingów, bez aparatu nie ruszam się nigdzie, robię więc błagalne oczy do Paula i proszę, czy może wyrzucić na brzeg Piotrka, a ze mną podpłynąć jeszcze raz do jachtu. O dziwo, zgodził się od razu, pod warunkiem oczywiście, że zbiegnie się to z kolejną godziną, o której miał odbierać żeglarzy z innych łódek. Okej, co mi tam, posiedzę z nim pół godziny, rozmowa na pewno będzie się kleić.
Ironiczne myślenie szybko jednak okazało się niesłuszne, płynąc na fali nieznanych mi zasobów optymizmu Paul rozgadał się na całego. Opowiadał o zobaczonym rano rekinie wielorybim, które niejednokrotnie stadami pojawiają się od marca do kwietnia u wybrzeży wyspy. Raz nawet wydawało mu się, że ponownie ujrzał płetwę, a widząc moje podniecone i przeszukujące fale spojrzenie podpłynął łódeczką i szukał razem ze mną. Szczęścia nie miałam i nawet trochę niedowierzałam, dopóki nie pokazał mi na telefonie zdjęcia olbrzyma z szeroką paszczą, długiego na kilka metrów, który podpłynął przed kilkoma dniami do burty.
Potem rozmowa zeszła na tematy całkiem osobiste.
Był kiedyś o krok od małżeństwa, ale po dwóch latach narzeczeństwa związek się rozpadł (Hm, ciekawe dlaczego? – skrzeczy mi w głowie złośliwy głosik).
– Przykro mi… – odpowiadam zamiast tego.
– W porządku. Nadal się przyjaźnimy. Ale na tej wyspie niełatwo znaleźć żonę. Zresztą robię się już stary.

Kiedy okazuje się, że ma ledwo 40 lat, odnoszę wrażenie, że jednak nie w wieku tkwi problem. Nawet nie w tym wąsie czy ogromnym brzuszysku. Jeśli jego dobry humor to święto wyspy na miarę przybycia wypatrywanego przez tygodnie zaopatrzenia to niestety, urokiem osobistym potencjalnej partnerki życiowej do siebie nie zachęca.
Może dlatego opuścił św. Helenę na prawie 12 lat i wrócił dopiero w zeszłym roku. Pracował na statkach na Ascencion i Falklandach, rozbijając się po najbardziej odosobnionych wyspach na świecie.
No cóż, rynek matrymonialny nie jest na nich specjalnie rozwinięty i Paul nadal klepie kawalerkę.

3 komentarzy

  1. Zapomniałam ,a co z Napoleonem spotkaliście go ,a może chociaż jakiś ślad.

    1. Będzie w kolejnym wpisie!:)

  2. Wspaniały opis wyspy ,która jest każdemu bliska z historii, a tak egzotyczna.
    Każdy wpis na blogu czytam z zapartym tchem ale ten był wyjątkowy, w ogóle czekam kiedy pojawią się następne .
    Jestem tam zawsze z wami myślami ,a te opisy przybliżają mi wasze obecne życie i dzięki nim ,choć wirtualnie mogę w nim uczestniczyć

Dodaj komentarz