Księga dżungli

No to jesteśmy w dżungli. Prosiłam, męczyłam, marudziłam, aż w końcu dopięłam swego. Piotrek nie był zachwycony perspektywą spędzenia kilku dni w terenie, gdzie samych insektów jest prawdopodobnie więcej niż wszystkich zwierząt w Polsce, ale dla mnie było to jedno z większych marzeń i od początku przygotowań do podróży wiedziałam, że znajdować się tak blisko Puszczy Amazońskiej i do niej nie pojechać byłoby wręcz niestosowne.
Pytanie tylko, skąd, jak i dokąd, czyli trzeba było przygotować się logistycznie. Wszystkie kraje, które zamierzamy odwiedzić, mają dostęp do dżungli, ale to peruwiańska część, z uwagi na różnorodność gatunków zwierząt, względną bliskość (albo chociażby obecność) rdzennych plemion jakby wyjętych z książek Cejrowskiego i potrzebę spędzenia trochę czasu w cieplejszym klimacie, ciągnęła nas najbardziej. Piszę już „nas”, bo Piotrek w końcu dał się przekonać i nawet zaczął cieszyć się na tę wyprawę z zastrzeżeniem, że w razie czego to ja będę zabijać pająki. Jak dla mnie ok.
Sposobów na dotarcie też jest sporo, jedne trudniejsze od drugich. Początkowo myślałam o Iquitos, czyli największym mieście, do którego nie dotrze się drogą lądową, ale tak naprawdę od momentu przybycia do Cusco zaczęliśmy przekonywać się do Parku Narodowego Manu (rozważając jeszcze przez chwilę podróż do Puerto Maldonaldo i Park Tambopata.
Przyzwyczajamy się już powoli, że tutaj jeśli jakieś miejsce jest oddalone w lini prostej o 150km, dojazd może zająć trzęsące i bolesne osiem godzin.
No cóż, do Manu przynajmniej nie trzeba lecieć samolotem.
Możliwości organizacji też są różne, w zależności od budżetu i chęci samodzielności. My w końcu zdecydowaliśmy się na wycieczkę, jako że i tak w pewnym momencie musielibyśmy opłacić przewodnika i przewoźników, do tego kombinować jedzenie i całe zaplecze, co czyniło sprawę nieco zawikłaną. Cały jeden dzień w Cusco poświęciliśmy na pielgrzymki po biurach podróży, których oczywiście jest mnóstwo, każdy oczywiście oferuje najlepiej, najtaniej, najbezpieczniej i na pewno nie będziesz niczego żałował, amigo.
Przesialiśmy wstępnie z pomocą przewodnika i Internetów miejsca, w których zamierzaliśmy podpytać o wyprawy i z notesem pełnym adresów wyruszyliśmy na polowanie. Jak można się spodziewać, kilka najbardziej polecanych przez przewodniki totalnie odrzuciliśmy ze względu na proponowaną cenę (tak, to jednak są AMERYKAŃSKIE przewodniki, z dolarowymi standardami), kilka ze względu na datę czy trasę, w końcu zostały nam dwie, każda z plusami i minusami, więc w końcu zdecydowaliśmy, że bierzemy tę tańszą, Vilca Expedition, która miała co prawda nieco niepochlebnych opinii dotyczącej zakwaterowania, ale stwierdziliśmy, że skoro ostatnio grzyby, pleśnie i przedstawiciele bezkręgowców nie są nam obcy w pokojach, to właściwie czujemy się przygotowani na różne warunki.
I póki co się nie zawiedliśmy, a nawet jesteśmy pozytywnie zaskoczeni, bo dżungla i domki bez elektryczności to właściwie jedne z kulturalniejszych miejsc, w jakich przyszło nam nocować. I wreszcie jest ciepło!
Dziwnym trafem zawsze, kiedy w Polsce wreszcie słońce zachodzi po 16:00 i temperatura zaczyna przekraczać 20 stopni, uciekamy na wakacje w miejsca, gdzie zima panuje niepodzielnie, wieje chłodem i mrozem, a przez głowę przemyka myśl, „dlaczego?”. Cusco idealnie wpasowało się w ten klimat, położenie na 3500 metrów zobowiązuje przynajmniej do lekkiego, wieczornego przymrozku. Dlatego teraz, na wysokości mniej niż 300 metrów, jestem całkiem szczęśliwa.
Dżungla jest niesamowita! Od kiedy w dzieciństwie dostałam książkę „Zwierzęta dżungli, zwierzęta sawanny” marzyłam, żeby kiedyś faktycznie je zobaczyć, a z drugiej strony teraz trochę nie dowierzam, że naprawdę tu jesteśmy.
W nocy rozbrzmiewa tysiącem głosów i ani myśli układać się do snu, intensywność dźwięków wręcz narasta, gwiazdy oświetlają drogę niezakłócane sztucznym światłem, droga mleczna wije się ponad nami, a Gwiazdę Polarną zastępuje Krzyż Południa. Cruz del Sur, nie mylić z jedną z popularniejszych (i najdroższych) linii autobusowych Peru.
W dzień zatyka wilgocią, gorącem i zielenią, aż nieprzyzwoicie bujna, mięsista i ogromna. Znowu, bez półśrodków, jak rosnąć, to na całość.
Trochę już złaziliśmy, opancerzeni w mieszaninę potu, kremu przeciwsłonecznego i Muggi, a z każdą minutą roślinność wydaje się inna, tajemnicza, pulsująca, parująca…
Przy okazji, Mugga, czyli nasz najlepszy przyjaciel – repelent, naprawdę zdaje egzamin. Zyskujemy supermoce i stajemy się insekto – oporni, nawet jeśli przy okazji kleimy się niemiłosiernie i rozsiewamy słodkawy zapach. Co prawda zastanawiam się jak na dłuższą metę wpływa stosowanie na skórę 50 – cio procentowego pestycydu, jako że rozpuszcza barwniki na naszych kokosowych obrączkach i własną etykietkę, czekam więc na nowatorski peeling i rozpuszczanie naskórka…no ale w tym wypadku cel uświęca środki. Lata (oprócz pięknych ptaków) mnóstwo drobnego badziewia, które gdy tylko poczuje kawałek osdłoniętej, nieopancerzonej skóry zamienia się w stado wampirów, a po nogach zaczyna płynąć krew. Meszki, bo o nich mowa, nie są niebezpieczne pod hasłem malaria – denga – zika, ale cholernie agresywne i zostawiające odczyny alergiczne godne lepszej sprawy. Także nie ma zmiłuj, pocimy się Muggą, ale warto.
Zjazd z Andów wprost do dżungli ma też niesamowitą zaletę w postaci obserwowania stopniowej zmiany wegetacji roślin, przechodzących w siebie ekosystemów i spotkanie zwierząt, których zakres tolerancji wysokości jest mocno ograniczony. I tak, pierwszego dnia udało nam się „upolować” soczyście pomarańczowego ptaszka o wdzięcznej nazwie „Cock of the Rock”, czyli narodowego ptaka Peru, stado kapucynek pozujących wręcz filmowo do zdjęć (kapucynką była m.in. słynna małpka z „Piratów z Karaibów”), śpiące w dzień sowy, dzisiaj natomiast dziesiątki innych ptaków, których nazwy próbujemy poznać z pomocą albumu „Birds of Peru”. Niesamowite ssaki i gryzonie głównie dzięki lecznicy na otwartym terenie, która pomaga zwierzętom zranionym lub chorym, udostępnia wizytom, ale przy okazji nie zatrzymuje swoich pacjentów, zawsze wskazuje im wolną drogę.
Trzymałam na rękach leniwca, moje życie nabrało nowego sensu! Zgodnie z Piotrkiem stwierdziliśmy, jeśli mielibyśmy wpływ na reinkarnację, leniwiec byłby dobrym wyborem. I do tego jakim słodkim!
Nie mniej słodkie były dwie kapibary, same podchodzące do ludzi i brykające jak duże świnki morskie (małych świnek morskich jakoś nie widać, może dlatego, że kończą jako „cuy en palo” albo „cuy asado” w lepszych i gorszych knajpach), najprawdziwsze świnki tropikalne, kapucynki czy mały kajman…no i wszechobecne, rozkrzyczane papugi.
Na tym głównie skupia się nasza aktywność, na chodzeniu, oczach dookoła głowy i podglądaniu tego życia, pięknego i pierwotnego. Dżungla odkrywa tylko niewielką część ze swoich tajemnic, niemożliwe poznać choćby procent jej złożoności. Do tego wstęp mamy jedynie do Zona Cultural parku, Zona Reservada jest reservada dla grubszych portfeli i większej ilości czasu, natomiast setki tysięcy km kwadratowych parku należy do lokalnej ludności, nikt oprócz członków ich rodzin czy uprzywilejowanych naukowców nie ma tam wstępu. To oni są prawdziwymi mieszkańcami dżungli i czasy dzikich plemion z dzidami i przepaskami biodrowymi nadal na szczęście nie minęły, tylko cywilizacja wchłonęła plemiona z pogranicza, a te „pierwotne”, oddaliła w gąszcz. Tam, gdzie nikt się już nie zapuszcza.
Sama jednak świadomość obecności ludzi tak oddalonych od naszej szumnej cywilizacji wywołuje dreszcze. Jednego Pana Z Maczetą spotkaliśmy dzisiaj w lesie, nie mówił słowa po hiszpańsku ale też nie parzył na nas szczególnie wrogo. Pan z Maczetą był z plemienia Machuwasi, jednego z tych „z pogranicza”. Ludźmi z lasu są też nasz przewodnik, operatorzy łódek czy kucharka, pieszczotliwie nazywana przez wszystkich „Mami”. Urodzili się w wioskach dżungli i mieszkali w niej przez większość życia, tworząc chaotyczne kolonie, jak stolica Pilcopata licząca zatrważające 3000 mieszkańców. Tylko że teraz jest elementem parku narodowego. Ciężko uwierzyć, że po terenie o jednej z największych bioróżnorodności na świecie jeździ ciężko sprzęt przewożący towary, dymiące motocykle i biegają bezpańskie psy, ale w końcu parkiem to miejsce jest od ledwo 40 lat, a domem tych ludzi było od zawsze.
Bynajmniej „z pogranicza” nie byli natomiast Indianie, prawdziwi Ludzie Dżungli, tacy przez duże L i duże Dż, przed którymi właściwie przestrzegała nas tablica w porcie Atalaya i o spotkaniach z którymi opowiadał nam nasz przewodnik przy magicznym napoju na bazie trzciny cukrowej (odpowiednio sfermentowanej, oczywiście) – marakuja sour dolewanym z zaplecza przez Mami i wygranych przez chłopaków piwach w meczu biali-czerwoni. Nawet dla przewodnika ( o wiele mówiącym imieniu Darwin, które chyba już przy urodzeniu wyryło mu w liniach przeznaczenia obcowanie z ogromem gatunków roślin, zwierząt i ludzi) spotkania te, zawsze przypadkowe i zawsze nieco niebezpieczne miały w sobie mnóstwo mistycyzmu. Przy brzegach rzeki, którymi codziennie się poruszaliśmy, zdarzało się ujawnienie Indian wprost z książek Cejrowskiego, Dzikich, nagich, z bronią. Piszę „ujawnienie”, bo to oni się pokazywali, z jakichś powodów chcieli być zobaczeni, czy to wiedzieni ciekawością czy potrzebą wyższej wagi, ale jeżeli nie zechcą być odnalezieni, to nie zostaną. Nadal żyją i umierają w głębiach puszczy i chyba najlepsze, co można dla nich zrobić, to pozwolić im egzystować po swojemu.
Poza trekkingami, w ucieczce przed krwiożerczymi (a raczej krwiopijczymi) meszkami, skakaliśmy ze skał do wody, wprost w chłodny nurt rzeki Alto Madre de Dios, będącej jednym z setek dopływów Amazonki. Świadomość, że dryfując z nurtem, dotarlibyśmy w końcu do tej wielkiej rzeki – matki tylko potęgowała surrealistyczne wrażenia…

3 komentarzy

  1. Wyglądacie rewelacyjnie podróżniczo i tak ładnie, służy Wam :). Zazdroszczę Ci tego leniwca !

  2. Siosia przejrzała zdjęcia, a potem przez cały wieczór latała z maczetą za domem odkrywając niesamowite zwierzęta i agresywne rośliny.
    Jest zamówienie na : małą lamę , kapibara(ę)
    i leniwca. Co przywieziecie?

  3. Zdjęcia niesamowite dla mnie jednak najpiękniejszym okazem tam w tej dżungli jest mój syn każde zdjęcie z wami sprawia mi największą radość.Proszę o więcej.

Dodaj komentarz