Krótka historia Knysnej

Oglądanie miasta z perspektywy na wpół turysty, na wpół mieszkańca, otwiera oczy na szczegóły, wyostrza zmysły na detale, pozwala rozeznać się w topografii, zwyczajach, ludziach i codziennej rutynie, która niczym czarna dziura zasysa przeciskających się tunelami ulic i chodników przechodniów w swoje niekończące się tryby. Żeby miasto pracowało jak należy, żeby układ działał sprawnie, każdy najmniejszy trybik, dobrze odżywiony i naoliwiony, musi kręcić się w wyznaczonym kierunku, podążać wytyczoną trasą.

Wytyczone trasy w Knysna prowadzą pomiędzy wyspami, atolami, wzgórzami i rozlewiskami rzek, tworząc niespotykaną w standardowym, ludzkim siedlisku różnorodność.
Ale nie tylko natura przeplata ekosystemy – również historia niepozornej miejscowości meandruje pomiędzy narodowościami, przemysłem i zbiegami okoliczności.

Już sama nazwa jest zbiegiem okoliczności. Knysna fonetycznie zapisuje się /ˈnaɪznə/. Wieść gminna głosi, że kiedy Brytyjczycy dotarli do tej dawniej farmerskiej wsi i zobaczyli widok na lagunę i strzegące jej skalne „głowy”, spojrzeli z uznaniem, mówiąc:

  • Nice there, eh?,

Co brzmi mniej więcej jak /ˈnaɪznə/. Z przymrużeniem oka.

Położona idealnie na 34 równoleżniku, pozwala cieszyć się tą świadomością w jednej z dość znanych restauracji o tej samej nazwie – 34 Degrees South. To właściwie nie tylko restauracja. To dodatkowo bar z ostrygami, codziennie wygrzebywanymi z mułu pozbawionych przy odpływie wody zatok, z sushi, piekarnia ze świeżym chlebem, croissantami i babeczkami, sklep z ekologicznymi miodami, konfiturami, mniej ekologicznymi winami, dodatkami do wystroju wnętrz, czy ubraniami. Wszystko w jednym, wszystko na miejscu. Tętni życiem od rana do późnego wieczora, wypełniając gwarem klientów nadkanałowe uliczki.

Kilkaset lat temu, gdy europejscy odkrywcy poszukiwali morskiego przejścia z Europy na wschód, niektórzy portugalscy żeglarze minęli wybrzeże, przy którym obecnie ukrywa się Knysna. W 1488 r. Bartholomeu Diaz zatrzymał się, by zdobyć świeżą wodę w Mossel Bay, już całkiem niedaleko, całkiem tuż-tuż, ale dopiero w znacznie późniejszym czasie pierwsi Europejczycy zaczęli osiedlać się w południowej części Przylądka. Po założeniu Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej w 1652 roku, mieszkańcy osady rozpoczęli odkrywanie okolicy i szybko uświadomili sobie ogromne bogactwa Drogi Ogrodowej. Rozkwitł handel drewnem, oczy zaszkliła na krótko gorączka złota, by w końcu, w czasach współczesnych uczynić z Knysnej centrum pozyskiwania ostryg i endemiczny, chroniony ekosystem.

Ale od początku nie było łatwo.

Wejście do przystani Knysna owiane jest złą sławą, targane przeciwnymi prądami i piętrzącymi się falami rozbijającymi się o wcinające się wgłąb morza skały, stało się przyczyną usterek, a niejednokrotnie również cmentarzyskiem licznych statków.
W 1817 roku transportowy bryg Emu uderzył w skałę i został zholowany na brzeg, by uniknąć zatonięcia.
Przy „wschodniej głowie” nadal pozostaje zatopiony wrak małej, niemieckiej łódki, która zakończyła w Knysnej swój żywot na początku XX wieku.

 

Historia miasta nie mogłaby się obyć bez rodziny Thesen. Nie da się o nich zapomnieć. Chadzając uliczkami mijamy „Thesen House”, obecnie przekształcony w muzeum sztuki współczesnej, a kilkudziesięciometrowa grobla prowadzi z lądu na Thesen Island – powstałą w 2005 roku aglomerację mieszkalną, zamkniętą przed wścibskimi oczami bramami z ochroniarzami, w której domy w stylu skandynawsko – amerykańskim położone są nad licznymi kanałami, tworząc południowoafrykański odpowiednik nowoczesnej Wenecji.

Skąd styl skandynawski? Skąd wzięła się rodzina Thesen?
Jak można się domyśleć, głód podróży i pozyskiwanie nowych rynków zbytu przyciągało wielu ludzi, osobliwie z Europy. W drugiej połowie XIX wieku decyzję o nie byle jakiej podróży – bo z Norwegii do Nowej Zelandii – podjęła także rodzina Thesen. Żeglowali przez długie miesiące, zanim usterki i konieczne zaopatrzenie zmusiło ich do zatrzymania się na południowym wybrzeżu obecnego RPA. Traf chciał, że zatrzymali się w Knysnej.
I tak oni, jak i wielu innych po nich – zostali na dłużej, niż im się początkowo wydawało.
Zostali w Knysnej na zawsze, rozwijając przemysł szkutniczo – żeglarski i handlując drewnem pozyskiwanym z pobliskich, rozległych i dziewiczych lasów.

Drewno do dzisiaj pozostaje towarem eksportowym, a lasy źródłem dumy i miejskich legend. Podobno nadal żyje w nich stado słoni, owianych już mgłą niedowierzania, dopóki raz na jakiś czas ktoś nie dostrzeże podczas rowerowej przejażdżki ogromnej, słoniowej kupy.
Kupa może nie jest widokiem zapierającym dech w piersiach bardziej, niż pogórkowate i strome podjazdy, natomiast obraz lamparta przechadzającego się majestatycznie po trasie rowerowej zdecydowanie dodaje gibkości ruchów i cudownie prostuje wcześniej pokonywane w pocie czoła wzgórza.
No cóż, lamparty w okolicznych lasach są mniej mityczne, niż knysneńskie słonie.

I byłoby wszystko pięknie, nieskazitelnie i cudownie, gdyby nie historia najnowsza.
7 czerwca 2017 roku, rozwiany silnymi podmuchami jednej z większych burz na Przylądku pożar wdarł się od zachodu do miasta, niszcząc lasy, rezerwaty i domy mieszkalne. 11 osób straciło życie, a prawie 10 tysięcy zostało zmuszonych do opuszczenia rodzinnych schronień.
Lasy, wypalone i ogołocone, dopiero zaczynają podnosić się po katastrofie, a dawniejsze ścieżki edukacyjne, zamknięte dla zwiedzających, zarastają powoli zielonkawym poszyciem.
Część dopatruje się spisku, część zemsty natury.
Lasy, które pozwoliły rozwinąć miasto, mogą stać się też przyczyną jego degradacji.
Bądź co bądź, Knysna przetrwała.

Lazurowe laguny i jedyne w swoim rodzaju koniki wodne, kiwające się monotonnie uczepione ogonami gęstych, podwodnych traw przyciągają badaczy, turystów, wczasowiczów i emerytów. I choć rdzenni mieszkańcy tęsknią do czasów jednej piekarni, jednego warzywniaka i bycia ze wszystkimi na „ty”, to jednak nie udaje im się utrzymać uroków miejsca na smyczy i zaanektować miasta jedynie dla siebie.
Knysna się rozwija i odpowiada na potrzeby.
Zaprasza, wita, przytrzymuje na dłużej.
My też, spoglądając z góry, nie mogliśmy się powstrzymać:

  • Nice there, eh?,

Wyrwało się i popłynęło z wiatrem i wodami przypływu.

Dodaj komentarz