Królestwo narkoterroru przypadkiem – rzut oka na Medellin

Dreszczyk emocji przechodził mnie przed wyjazdem, kiedy myślałam o Medellin. W ogóle obraz Kolumbii mieliśmy mocno przekrzywiony przez serial Narcos, który połknęliśmy przed odlotem (przy okazji podziękowania dla Kingi i Czarka za wkręcenie:)) i bardzo polecamy, sprawił on jednak, że na nazwę „Cali”, pierwszym skojarzeniem było „kartel z Cali”, mimo że teraz to świetnie prosperująca stolica…salsy, a na Medellin, oczywiście, „kartel z Medellin” ze słynnym narkoszefem Pablo Escobarem na czele.
Prawdopodobnie spłycaniem całej historii Kolumbii do tragicznych czasów kwitnących produkcją kokainy, kontrabandą do Stanów Zjednoczonych, walką gangów i w końcu wojną domową, która zaczęła wyciszać się na dobre dopiero kilkanaście lat temu, po tym, jak USA wsparło finansowo rząd Kolumbijski, żeby ograniczył w końcu wpływy przemytników i zepchnął partyzanckie oddziały guerilli w głąb dżungli, zaskrabiłabym sobie porządną niechęć najmilszych jak dotąd mieszkańców Ameryki Południowej, ale cóż, takie były pierwsze, gringosowe, eurocentryczne skojarzenia.
Kolejne skojarzenia z Medellin, już powstałe podczas podróży, wiązały się raczej ze „znowu wielkie miasto”, być może ze szczególną atmosferą, ale jakoś nie płakalibyśmy, gdyby je ominąć. Taki też był pierwotny plan, mieliśmy po wyjeździe z Salento i dotarciu do stolicy Antioquii od razu łapać busa do Cartageny, ale, jak to zwykle w podróży bywa, plany lubią się zmieniać. Tak i tym razem, nie śnieg, nie deszcz, ale roboty budowlane zaskoczyły drogowców, podróż wydłużyła się do godzin, w których nie odjeżdżał żaden transport na Karaibskie wybrzeże, można więc powiedzieć, że utknęliśmy w Medellin…przypadkiem.
Przypadkiem również zdarzyło się, że w dawnym „najniebezpieczniejszym mieście świata” znaleźliśmy się o północy. Przypadkiem lało jak z cebra. Przypadkiem (bo przecież tego nie planowaliśmy), nie mieliśmy też rezerwacji w hostelu.
Położenie nieco demotywujące, ale o dziwo nikt się nie przejmował. W takiej samej sytuacji znaleźli się Litwinka i Amerykanin poznani w busie (którzy tyle co powrócili ze zwiedzania…Wenezueli), szybko więc połączyliśmy siły, oni zawołali taksę przez Ubera (swoją drogą, pierwszy raz z tego korzystaliśmy, ale zadziałało bez zarzutu), my wyszukaliśmy na szybko w przewodniku hostel w dzielnicy Suramerica i już po chwili w strugach deszczu wbiegaliśmy do recepcji. Udało się nam zająć ostatni, czteroosobowy pokój (fart jest z nami!), odetchnęliśmy z ulgą i mogliśmy chwilę odpocząć. Przy okazji, gdzieś w biegu pomiędzy dworcem a taksówką mignęły mi ogromne wieńce kwiatowe, układane w tarcze z napisami i symbolami, lekko już podwiędłe, ale nadal imponujące. Okazało się potem, że spóźniliśmy się dosłownie o parę dni na jedną z bardziej znanych imprez w Kolumbii, czyli Feria de los Flores, podczas której przez kilka dni z gór schodzą „rolnicy”, dzisiaj bardziej w kategorii folklorystycznego skansenu, z naręczami kwiatów i paradują ulicami miasta tańcząc i prezentując tradycyjne stroje.
Ale wracając do meritum, skoro przypadek nasłał nas na Medellin, żal byłoby nie skorzystać i trochę nie pozwiedzać, wyrobić sobie zdanie o tym „mieście wiecznej wiosny”, które dla nas przypiekało już żywym latem. Próbowaliśmy zatem zapisać się na polecane przed naszych nowych znajomych i tripadvisora piesze wycieczki po mieście za napiwki, ale pech chciał, że akurat była sobota (przy czym poczucie dni tygodnia straciliśmy już dawno), a w soboty jedyna wycieczka spotykała się o 9 rano. Ups, za późno.
Niezrażeni jednak sami udaliśmy się na podbój miasta. Mogliśmy od razu wsiąść w metro, czyli dumę mieszkańców (nazywanych tu „los paisas”), naziemną kolejkę, jedyną w całej Kolumbii, ale woleliśmy na początek przejść się wykorzystując własny, dwunożny transport, lepiej w ten sposób wczuwając się w atmosferę i dostrzegając więcej nieturystycznych szczegółów. Z metra owszem, skorzystaliśmy, ale nieco później, jako że stanowi swoistą atrakcję aglomeracji, symbol zmiany na lepsze, jest faktycznie nowoczesne i czyste, łączy się też z systemem kolejek – gondolek, które wywożą w górę doliny, do biedniejszych dzielnic, w które rozrosło Medellin w czasie wojny domowej.
Póki co drepczemy jednak coraz bardziej gorącymi ulicami, z coraz większą ilością ludzi śpiących gdzie popadnie (w końcu ciepło, to i dachu nad głową nie potrzeba) i pachnącymi „arepes”, czyli plackami kukurydzianymi będącymi podstawą węglowodanową Kolumbijczyków na miarę meksykańskich tortilli. W ten sposób dotarliśmy do centrum, po którym zafundowaliśmy sobie kilkugodzinny spacer, zwiedzając katedro-kościół na skraju parku, inny, dziwny, jakby w szaro-czarną pepitkę, otoczony parkiem z pokracznymi rzeźbami jednego z najsłynniejszych, rodzimych artystów – Fernando Botero. Rzeźby obfitowały w kształty i reprezentowały styl „karykaturalnego realizmu”, ale dla mnie w większości były szkaradne. Interesująco za to przedstawiał się kontrast kościoła z figurami, ewidentnie uwydatniającymi te części ciała, które kościół z reguły namiętnie nakazuje zakrywać.
Poza tym centrum miasta zdawało się przeistoczyć w jedno, wielkie mercado. Wszyscy sprzedawali wszystko, i to na każdym kroku. Zmęczeni gorącem, tłumem, hałasem i szambowo-przepoconym zapachem centrum (taaak, kochamy miasta), uciekliśmy do ostoi zieleni, czyli Jardin Botanico. Znajduje się w okolicy stacji metra Uniwersytet (gdzie odbywał się akurat jakiś festyn i znowu wszyscy sprzedawali wszystko, tym razem jednak zapowiadali to dla podkreślenia dramaturgii przez megafony, zagłuszane jedynie przez wrzaski dzieci), wejście jest darmowe i naprawdę warto schronić się tam w godzinach największych upałów. Po środku wyposażony jest nawet w jeziorko, które zamieszkują ptaki żurawiopodobne, kolorowe kaczki i, niestety, mniej słodkie komary (taaak, wraz z ciepłem przywędrowały i one, i od Salento Mugga znów staje się naszym kompanem, perfumem, zbroją i przyjacielem), a na drzewa wspinają się ogromne iguany (później widzieliśmy, jak podobne smoki badały językiem, ogranoleptycznie, zawartość reklamówek piknikujących ludzi i straszyły dzieciaki). Zamknięta pozostawała część z pokaźnym zbiorem orchidei, weszliśmy za to do motylarni, gdzie można było z bliska poobserwować ogromne, latające cudeńka. Nasyciwszy swój zmysł przyrodniczy po betonowych murach, zjedliśmy szybki obiad w pobliskich jadłodajniach (po raz pierwszy mając styczność z latynoskim spowolnieniem, spotęgowanym przez gorącą pogodę, które powodowało nieodparte poczucie traktowania jak idiotę; a przynajmniej jak przybysza z innej galaktyki wydającego z siebie niezrozumiałe dźwięki) i udaliśmy się na koniec do dzielnicy El Poblado – podobnie jak San Isidro i Miraflores w Limie – „tej lepszej”, „bogatszej”, „ładniejszej”. I chociaż wszystkie te epitety zapisałam w cudzysłowie, faktycznie opisywały bezbłędnie dzielnicę, powodując, że zapałaliśmy do niej od razu sympatią, widząc bardziej uporządkowane parki pełne rasta – hippie sprzedawców rękodzieła, mnóstwo kafejek i restauracji, sklepów z artystycznymi wyrobami czy galerii. Oczywiście, kontrast wiązał się także ze wzrostem cen, ale szarpnęliśmy się na mrożoną kawę i piwko w jednej z hipsterskich kawiarnio – galerii. No cóż, w tym miejscu naprawdę ciężko było uwierzyć o jeszcze tak niedawnej, złej opinii miasta i 700 zabójstwach rocznie.
Czas było wsiadać w metro i żegnać się z Medellin, które na koniec pozostawiło mieszane uczucia. To dość betonowa dżungla, ogromna i głośna, niewątpliwie prężnie się rozwijająca i za wszelką cenę starająca się zapomnieć o przeszłości. Ale jako cel do zwiedzania nie obfituje ani w mnogość zabytków, ani w spokojne miejsca do szeroko pojętej rekreacji. Nie zwlekając już dłużej obraliśmy za cel inne miejsce, które, można by powiedzieć, „has it all” – następnego dnia przed południem znaleźliśmy się w Cartagenie.

4 komentarzy

  1. A gdzie wyczekiwana relacja z “byczenia” na plaży , pławienia w Morzu Karaibskim , drinków z palemką???

  2. Wasze miny wskazują chyba na mały “kryzys” podróżniczy !

  3. P.S Guatape niedaleko Medellin też jest super! (El Peñón de Guatapé)

  4. Dobre macie tempo 🙂
    W Medellin najistotniejsze jest chyba jego historia i mieszkańcy… wielka szkoda, że rozminęliście się akurat z free walking tour, bo akurat w Medellin jest jeden świetny przewodnik!

Odpowiedz na „tatekAnuluj pisanie odpowiedzi