Kraina szumiących traw, czyli jak oczarował nas Park Cajas

„Uwielbiamy” z Martą wielkie miasta, zwłaszcza te południowoamerykańskie, szczególnie urokliwe, dlatego zaraz po przyjechaniu do ekwadorskiej Cuenci na czele listy priorytetów znalazło się jak najszybsze wydostanie się z niej do pobliskiego parku narodowego. O Parque Nacional Cajas nasz niezastąpiony przewodnik Lonely Planet enigmatycznie mówił, że to przyjemne miejsce na krótsze bądź dłuższe trekkingi, ale jednocześnie przestrzegał: a to łatwo się zgubić, a to pogoda szybko się zmienia, a to dojazd nienajłatwiejszy, więc najlepiej drogi czytelniku kup jednodniową wycieczkę zorganizowaną za 40 USD. Ponieważ Ekwador zdążył już nadspodziewanie boleśnie spustoszyć nasze dziurawe kieszenie, uznaliśmy, że nie tym razem, drogie Lonely Planet!

Cajas nie jest szczególnie dobrze rozreklamowany. W samej Cuence oczywiście roi się od agencji turystycznych organizujących tam wycieczki i trekkingi, ale przewodniki i blogi podróżnicze jakoś specjalnie nie rozpływają się nad tym miejscem. Nawet nasz Lonely Planet, którego rekomendacje sprowadzają się zazwyczaj mniej więcej do „rzuć wszystko i jedź w góry”, tutaj nie rozpływa się jakoś specjalnie nad urokami parku narodowego. Nie mamy więc specjalnie rozdmuchanych oczekiwań i upieramy się, żeby Cajas odwiedzić samodzielnie (czytaj: po taniości).

Robimy szybkie zakupy dzięki którym nie umrzemy na trekkingu z głodu i po chwili siedzimy już w autobusie, który ma nas zawieźć na północny terminal autobusowy w Cuence, gdzie przesiądziemy się w autokar zmierzający do Cajas. Oczywiście dobrą praktyką jest upewnić się u kierowcy, czy nasz autobus faktycznie jedzie w pożądanym kierunku.

– Señor – Marta zaskakuje kolejnego Latynosa perfekcyjną hiszpańszczyzną – czy ten autobus jedzie na terminal północny?

– Tak tak, gringa, siadajcie.

No spoko. Zrelaksowani usadawiamy się na wolnych miejscach i cieszymy się z taniego jak barszcz biletu autobusowego. Mija ledwo pięć minut, po których nasze wozidło dumnie dojeżdża do ostatniego punktu na trasie. Głównego terminalu autobusowego. Okej – miał być północny, jest główny, też fajnie. Przynajmniej nie czujemy się obco, bo już raz tutaj byliśmy, a poza tym, jak mówi Romek, „zasady są po to żeby je łamać, plany są po to żeby je zmieniać”. Okazuje się nawet, że stąd też uda nam się złapać coś jadącego przez Cajas, więc zwerbowani przez jednego z naganiaczy (Quuuuuuuito-quito-ito-ito-ito!) pędzimy do wskazanego nam kolorowego autokaru.

– Señor – pytamy na wszelki wypadek kierowcę – czy ten autokar zatrzymuje się w Cajas?

– Nie – bez żenady odpowiada señor.

– $%^&*@% ale przecież pan tamtędy jedzie, wskazano nam ten autokar w okienku biletowym!

– Ale się tam nie zatrzymuję – nie daje za wygraną latynoski kierowca bombowca.

– Oczywiście, że się tam zatrzymuje – do konwersacji włączają się pasażerowie – wsiadajcie!

– To w końcu wysadzi nas pan tam czy nie?

– No dobra, niech będzie.

Kiedy w końcu udaje nam się wynegocjować, żeby autokar jednak zatrzymał się tam, gdzie powinien, tym razem już lekko nieufni zajmujemy wolne miejsca. Wozidło rusza, nawet w dobrym kierunku, ale nie mija nawet godzina jak zatrzymują nas wojskowi i zapraszają na zewnątrz. Ponieważ w takich sytuacjach nie wypada odmawiać, a propozycja należy do jednej z tych „nie do odrzucenia”, udajemy się z resztą pasażerów przez drzwi wyjściowe. Panie przechodzą na lewo i mają chwilę na relaks, panowie natomiast na prawo – nogi szeroko, ręce oparte o autokar i czekać. Nikt nie wydaje się specjalnie zaskoczony sytuacją, więc idę w ślady innych machos i oddaję się studiowaniu nierówności lakieru pokrywającego karoserię autobusu. Macanie jest szybkie i konkretne, nawet nie wiem czy żołnierz jest przystojny i jak ma na imię, natomiast na szczęście nie interesuje się moim szwajcarskim nożem przypiętym do paska. U dziewczyn kończy się za to na wyrywkowym trzepaniu plecaków. Marta odgraża się potem, że jeśli miałaby być przeszukiwana, to tylko przez kobietę, ale na moją uwagę, że kobiet wśród żołnierzy nie było, były za to kilkudziesięciocentymetrowe karabiny maszynowe, jednak zmienia zdanie.

Po pół godziny, na szczęście już bez kolejnych przygód, mijamy tablicę witającą nas w Parque Nacional Cajas, a autokar wysadza nas pośrodku niczego, naprzeciwko skromnego budynku miejscowej informacji turystycznej. Wznosimy niemy okrzyk zachwytu wobec otaczająej nas przyrody: jak okiem sięgnąć, aż po horyzont rozciągają się łagodne, porośnięte trawą wzgórza. Wyższe szczyty skąpane są w gęstych, szarych chmurach, a łąki pokrywa cienka pierzyna mgły. Skąpa roślinność przyjmuje wszystkie odcienie zieleni – dominują te stonowane, wpadające w słomkowy i łagodnie przechodzące w khaki, ale gdzieniegdzie przebija też soczyście zielony kaktus. Przed nami roztacza się jedno z niemal trzystu znajdujących się tutaj jezior, w stalowoszarej tafli wody odbijają się chmury i nasze otwarte paszcze. Oprócz nas w polu widzenia znajduje się jeszcze dosłownie jeden turysta, który wysiadł z nami z autokaru. Poza tym dudniąca cisza i tajemnicza aura spowitych chmurami gór. Nie uświadczymy tutaj spektakularnych wulkanów czy olbrzymich lodowców. Nazwa parku narodowego pochodzi od słowa „cassa”, znaczącego mniej więcej tyle co „przedsionek ośnieżonych szczytów”, a inne określenie tego miejsca – trawiasta kraina (ang. grassland) – nawiązuje do wszędobylskiej, rosnącej wielkimi kępkami słomkowej trawy. Tak wyjątkowy krajobraz to zasługa niegdysiejszej działalności lodowców, umiarkowanych temperatur, dużych opadów i wilgotności, a także położenia na wysokości ponad 4000 m n. p. m.

Informacja turystyczna działa perfekcyjnie. Cajas to jeden z niewielu obszarów w Ameryce Południowej, w których wyznaczono i dokładnie oznakowano szlaki. Znamy to doskonale z Polski, gdzie żeby pochodzić po górach, wystarczy mieć mapę i trzymać się oznaczeń, ale tutaj takie udogodnienia to wciąż wyjątek. Przewodnik z informacji turystycznej doradza nam, który szlak wybrać, biorąc pod uwagę porę dnia, pogodę i warunki w terenie i po chwili ruszamy w drogę. Super!

Meandrujemy wśród szumiących traw, okrążamy kolejne jeziorka, wspinamy się na wzgórza i delektujemy się mistycznym i łagodnym krajobrazem. Wchodzimy do gęstego lasu złożonego z typowych dla regionu drzew o intensywnie łuszczącej się korze, która po oderwaniu przypomina papier pergaminowy. Szlaki są bardzo mokre, a przez to wymagające – raz za razem ślizgam się i robię akrobacje jak Górski na łyżwach, broniąc się przed upadkiem. Udaje mi się nawet przyłożyć czołem w drzewo. Marta śmieje się, że jestem jak z kreskówki, ale sprawiedliwość dosięga i jej i po chwili zanurza całą stopę aż po kostkę w obrzydliwej błotnistej mazi. Dobrze, że planowaliśmy wieczorem od razu po powrocie iść do kulturalnego muzeum 🙂 Na pocieszenie siadamy na małym drewnianym mostku przerzuconym przez górski potok i otwieramy czekoladę mleczną, zagryzając ją tostadas – dużymi, prażonymi ziarnami kukurydzy (przypominającymi popcorn, który nie wybuchł), typowym południowoamerykańskim przysmakiem.

W końcu przechodzimy cały szlak szybciej, niż wynikałoby z map i oznaczeń i lądujemy z powrotem na drodze, którą przyjechaliśmy z Cuenci. Od miejsca z długą prostą, na której coś się może po nas zatrzymać, dzieli nas jeszcze tylko krótki spacer po górskich serpentynach. W oddali na jezdni majaczy jakiś niewyraźny kształt. Machamy rękami. Kierowca przystaje i zaprasza do autokaru, który zabierze nas z powrotem do miasta.

Parque Nacional Cajas praktycznie:
W Cuence mnóstwo agencji oferuje jednodniowe trekkingi w Cajas, zawierające transport, przewodnika i lunch. Nasz przewodnik Lonely Planet uważa, że takie wycieczki kosztują ok. 40 USD na osobę na dzień, my znaleźliśmy oferty zaczynające się od 25 USD. Nie ma jednak potrzeby korzystać z takiej zorganizowanej wycieczki. Przez Cajas przejeżdżają wszystkie autokary relacji Cuenca-Guayaquil. To duże miasta, więc taka sama też częstotliwość kursów. Z naszych informacji wynikało, że najlepiej rozpocząć podróż w Cuence z Terminal Norte, znajdującego się tak naprawdę na zachodzie miasta. Jednak terminal zdaje się już nie funkcjonować pod taką nazwą i prawdopodobnie został przemianowany na Terminal El Arenal. Nam w końcu udało się złapać autobus z dworca głównego, czyli Terminal Terrestre na wschodzie miasta, za 2 USD od osoby (ok. 1,5h). Zostaliśmy wyrzuceni w Cajas pod informacją turystyczną, która udziela bardzo dokładnych informacji o szlakach i pomaga w zaplanowaniu wycieczki. Żeby wrócić do Cuenci, wystarczy poczekać pod informacją turystyczną na jeden z autokarów jadących z Guayaquil. Nam złapanie transportu powrotnego zajęło ok. 20 minut, koszt 2 USD. Nie ma opłaty wstępu do parku, więc koszt wycieczki ogranicza się do transportu i jedzenia.

5 komentarzy

  1. Klimatyczne miejsce, budzące trochę skojarzeń z połoniną i mega skalniakiem, a trochę ze scenerią S-F.. .fajny opis, Piotrek, dostarczyłeś czytelnikom książkowych emocji :>

  2. Ja raczej mówię “jeszcze żaden plan nie wytrzymał pierwszej konfrontacji z rzeczywistością” :p ale dziękuję za quote 🙂

  3. To wspaniale moc tak z Wami podróżować chociażby wirtualnie zobaczyć chyba jedne z piękniejszych miejsc na Ziemi.Dziękuję M.

  4. Widoczki ładne. Pustkowie , ale najważniejsze , że “gęby” zdrowe i zadowolone . Pozdrawiam Was serdecznie.

  5. Takie sobie “Bieszczady”. A zwierzątek tam nie było? Piotrek – fajna czapeczka na “rumuna”.

Dodaj komentarz