Koreańskie retrospekcje

Znowu w drodze

Dzień wyjazdu, poniedziałek, tuż po południu. Co chwilę nerwowo zerkam na zegarek, za chwilę wybije 13, a ja nadal siedzę na zajęciach, których koniec majaczy daleko w przyszłości. W końcu nie wytrzymuję, mówię, że muszę się zwolnić, odprowadza mnie karcące spojrzenie prowadzącej zajęcia, ale udało się!
W głowie kołacze się jeszcze myśl: „Sprawdzą obecność? Czy nie sprawdzą?”, lecz po chwili już o tym zapominam i w wariackim trybie ładuję się do samochodu. Podręczna walizka na szczęście jest zapakowana już od poprzedniego dnia, także teraz tylko pędem na lotnisko i wsiadam w samolot. Pierwszy etap lecą sama, do Frankfurtu, w którym spotykam się z mamą. Potem już wspólny, dwunastogodzinny lot bezpośredni.
Do Seulu – stolicy Korei Południowej.
Lecimy trochę w tę i z powrotem, raz nad Polską na zachód, potem znowu na wschód, ale cóż, 2 lata temu, w 2015 roku, nie było jeszcze lotów bezpośrednich z Warszawy.

W drodze zapisuję:
„Kolejny samolot, kolejna podróż. I to nie mała, bo właśnie odbywam swój drugi w ciągu miesiąca kilkunastogodzinny lot. Tym razem nie transatlantycki, lecz należałoby napisać raczej – „transazjatycki”. Aż się dziwię, że podróże takiej skali przestały mnie stresować. Oczywiście jest podekscytowanie i ciekawość tego co będzie, ale to na pewno nie jest stres. Nie taki, który odbierałby radość podróży.
A pod pewnymi względami ten wyjazd może być o wiele trudniejszy niż poprzednie. Przede wszystkim kwestie organizacji, zupełnie nie w moim stylu, lekko szalone i na ostatnią chwilę. Przystają zdecydowanie bardziej do filozofii mamy – spontanicznych wyjazdów z etykietką „jakoś to będzie”, niż mojej, ale nie ma czasu się nawet nad tym zastanawiać.
Poza tym przerasta mnie nieco niezrozumiałość języka i wszechobecne „krzaczki”, które z alfabetem łacińskim mają tyle wspólnego co lew z gąsienicą. Angielski w jakimś stopniu może być pomocny, ale też nie wszyscy się nim posługują. Wręcz raczej mniejszość, głównie młodzi ludzie, jak już przełamią nieśmiałość. A poza Seulem pewnie mało kto. Czeka nas więc kolejne wyzwanie i sama ciekawa jestem, jak się sprawdzimy. Gdzieś spomiędzy ekscytacji co prawda zaczęła się prosić o uwagę myśl, że może już wystarczy, że może powinnam trochę więcej czasu spędzać w Warszawie. Doceniam wtedy na nowo urok rutyny, przyzwyczajeń i słodkich rytuałów. Ale zawsze tak jest, coś się traci, coś się zyskuje. Sztuka jednak polega chyba w tym, żeby rozpoznać moment, w którym zaczyna się tracić zbyt dużo. Bo truizm to być może, ale nadal zaskakuje mnie jak ulotne są chwile i momenty, na które składa się życie. Może dlatego od zawsze je zapisuję.  Przestraszona przemijaniem, staram się przytrzymać je na dłużej.”

W drodze powrotnej zaś:
„Tydzień minął w mgnieniu oka, a chociaż kilkukrotnie zabierałam zeszyt w różne miejsca, to najczęściej okazywało się, że dość bezsensownie targałam go ze sobą. Bo okazji do pisania nie było zbyt wiele. Być może pisanie, to faktycznie przywilej ludzi podróżujących samotnie, którzy sami organizują sobie czas I mogą wpleść krótkie notatki czy dłuższe relacje w zmieniający się krajobraz odwiedzanych państw.  A tym razem państwo należało do raczej rzadko odwiedzanych przez turystów.
Jeśli kiedykolwiek pomyślałabym o wyjeździe wakacyjnym, Korea Południowa przyszłaby mi na myśl jako jedna z ostatnich. Z drugiej strony, bliskość Korei Północnej, tego akwarium komunizmu w najbardziej radykalnej formie pośród kapitalistycznego świata, stanowi o atrakcyjności tego wyjazdu także po względem socjologicznym…
Zaczęłam wczoraj pochłaniać książkę „Pozdrowienia z Korei”, której wydanie osobliwie zbiegło się w czasie z wyjazdem. Opisuje ona od wewnątrz sytuację polityczną, zakłamanie i paranoje, dla której „pranie mózgu” to zdecydowanie zbyt łagodne określenie – czyli życie codzienne w Korei Północnej.
Teraz te dwa kraje odległe są od siebie o lata świetlne, kiedyś zaś stanowiły jedność a jedynie tragizm historii sprawił, że dawni bracia dzisiaj się już nie rozpoznają.
Ciekawe, że nawet żyjąc w kraju tak oddalonym jak Polska i będąc jeszcze dzieckiem, nieobce mi było nazwisko Kim Dzong Ila i pewne rysy jego dyktatury. Mgliste wyobrażenie o tym, co się tam dzieje ma wielu ludzi na świecie, ale tylko garstka dopuszczana jest do prawdziwych informacji – albo na tyle prawdziwych, na ile reżim pozwoli. Oczywiście z zakazem ich rozpowszechniania.  Dlatego mam nieodparte wrażenie, że autorka wydała nie tylko książkę, ale też wyrok na siebie, który nie pozwoli jej wrócić do Korei Północnej już nigdy więcej.”

To tylko przedsmak.
Koreański tydzień, wypchany po brzegi nowymi doświadczeniami zakrzywił czas i rozciągnął kilka dni w rozmiary porządnego miesiaca. Ciąg dalszy nastąpi.
A tymczasem polecam FILM, rejestrujący oczami podróżnika, który w krótkim odstępie czasu odwiedził obydwa kraje, i ukazujący miażdżące różnice.

 

 

 

Dodaj komentarz