Kiedy nam wyruszać pora… o przygotowaniach do podróży

Wielu sądzi, że nie ważny jest cel, ważna jest sama podróż. Ale czy można to stwierdzenie przenieść na grunt jeszcze wcześniejszy, kiedy to sam cel majaczy w oddali, mglisty i niewyraźny, podróż jawi się nadal jako bardzo odległa, za to grunt przygotowań grząsko przypomina o swojej konieczności, wciąga z każdym dniem coraz bardziej, uświadamiając, że jest do zrobienia jeszcze więcej?

Przygotowania to nieodzowny etap każdego wyjazdu. Każdego. Nawet all inclusive na rajskich wyspach wymaga czegoś elementarnego. Albo wypadałoby…albo może, jestem przewrażliwiona.
Jako że w tej podróży trafiło na dwóch uporządkowanych, zaplanowanych, z excelami, wyposażonych w rady przewodników papierowych i ludzkich, preparacje trwają.
Trwają już jakiś czas.

Rozkładamy na czynniki pierwsze podróżne plany, po drodze zmieniając już co najmniej 5 razy pierwotną ramówkę, dopasowując ją do potrzeb, coraz to nowych okazji i chęci zobaczenia WSZYTKIEGO. Wiemy, że WSZYSTKO nas zgubi, szczególnie w terenach tak bogatych i pięknych, że zatraceniu ulegnie nawet mało wrażliwa na uroki podróżowania dusza, ale co tam. Będziemy próbować.

Oczywiście ja, jako dumny, świeżo upieczony lekarz bez prawa wykonywania zawodu jestem odpowiedzialna za zaplecze medyczne… i z tej okazji, plaskając sobie w czoło, w ostatniej chwili wygoniłam mojego opornego i patrzącego z rezerwą i nienawiścią na wszelkie igły męża na szczepienia (ja sama część już miałam wykonanych przy okazji poprzednich wyjazdów, część z bólem portfela zrobiłam w Warszawie). Wrócił zwycięsko z tej wojny, pokłuty niczym rewolucjonista, domagający się należytej uwagi i orderu dzielnego pacjenta. Nie wiem, czy głaskanie po głowie było wystarczająco długie, ale w każdym razie uzbrojeni już od miesiąca w nowe zestawy przeciwciał-przeciwko-wszystkiemu-co-się-rusza czujemy się chyba trochę bezpieczniej.
Trochę, bo przecież jedziemy w NIEZNANE. Tyle niebezpieczeństw. Tyle drobnoustrojów…

W ogóle, aspekt medyczny długich wyjazdów poruszę chyba jako osobny temat, bo umysł skażony skończonymi chwilę temu studiami lekarskimi jakby się tego domaga, tłukąc stetoskopem gdzieś po literackich neuronach.

Od strony inspiracyjnej, realnej, doświadczalnej, od strony must see i be careful about przygotowujemy się właściwie…cały czas. Książki podróżnicze zdecydowanie przeważają w naszej (rodzinnej już!) bibliotece, a dzięki przyjaciołom, krewnym i znajomym, mamy ich jeszcze więcej. W pewnym momencie wyłączyłam jednak na jakiś czas moduł czytania cudzych wspomnień i przycisnęłam przycisk kreatywnego „nastawienia na nowe” i „zobaczymy, co będzie”. Piotrek chyba nie jest z tego powodu najszczęśliwszy. Widziałam uśmiech zadowolenia na jego twarzy kiedy zdobył elektroniczny przewodnik, ale zadowolenie chyba nie trwało zbyt długo.

Gdy myśli się o dwumiesięcznej podróży, która teoretycznie może przeciągnąć nas przez wszystkie możliwe klimaty, piętra roślinności i wysokości nad poziomem morza, zawierać w sobie trekkingi wysokogórskie i nizinne, po dżungli i pustyni, rejsy po jeziorach, rzekach i oceanach, spacery po miastach, odpoczynek na plaży, klimat suchy i wilgotny, amplitudy temperatur znacznie większe, niż obecnie w Polsce (wspominałam już, że chcemy WSZYSTKO?), a do tego kiedy z założenia przyjmujemy formę żółwi noszących wszystko na własnych plecach, skomplikowane staje się zaplanowanie ubrań i rzeczy do wzięcia. Tych najpotrzebniejszych. Trzeba ograniczyć dom i wygody, dwudrzwiową szafę, pudła elektroniki do dwóch plecaków i torby na drobiazgi.

Wewnętrzna kobieta walczy w tym momencie zawzięcie z wewnętrznym podróżnikiem, twardzielem, na jakiego próbowała wychować mnie cała rodzina. Bo z jednej strony wiem, że ubranie ma być funkcjonalne, wytrzymałe, nieprzemakalne, super podróżnicze z kieszeniami i schowkami, ale z drugiej strony… czy funkcjonalność miała kiedykolwiek coś wspólnego z kobiecymi zakupami? Gdy myślę o pacyficznych plażach, widzę sukienki, bikini i kapelusze, a nie spodenki moro na szybko spreparowane z długich spodni, nos spalony słońcem i opaleniznę „na rolnika”.
Doświadczenie uczy jednak, że wbrew pozorom na takie wyjazdy lepiej wziąć mniej niż więcej, a żywe wspomnienie przekleństw, jakie rzucałam pod adresem mojego ponad dwudziestokilogramowego plecaka w Meksyku szybko odpędza wizje jak z okładek folderów agencji turystycznych, zastępując je jednak realizmem.
To tylko przedsmak wszystkiego, czym zaprzątamy sobie głowy w ostatnim czasie, powoli wykreślając z ukochanych exceli Piotrka rzeczy „już zrobione”.
Mamy tydzień do dnia zero.

DSC_7047

Dodaj komentarz