Kanion Colca, czyli jak znaleźliśmy się w głębokiej d…olinie.

Słyszeliście o amerykańskim Grand Canyon? Chyba każdy kojarzy obrazki z majestatycznym czerwonym kanionem ciągnącym się tak głęboko w dół, że już na samą myśl aż miękną nogi, przedstawianym jako jedna z największych atrakcji turystycznych Stanów Zjednoczonych. Ameryka Południowa też ma swój wielki kanion, a mianowicie kanion Colca. Ponad dwa razy głębszy od swojego północnoamerykańskiego odpowiednika i jednocześnie najgłębszy na świecie, znajduje się w okolicach białego miasta Arequipa. Różnica wysokości między dnem a punktem, w którym zaczęliśmy go podziwiać, wynosiła ok. 1,2 km. To tak jakby ustawić sześć warszawskich Pałaców Kultury i Nauki jeden na drugim. Nazwa kanionu wzięła się od rzeki Rio de Colca, płynącej po jego dnie. Skojarzenia z kolką jelitową, której dostajemy czasem od zbyt szybkiego biegu, skądinąd słuszne, o czym więcej w dalszej części wpisu.

Za każdym razem, kiedy brałem udział w slajdowiskach z Ameryki Północnej w Południku Zero – warszawskiej knajpie podróżniczej – prezentujący chwalili się imponującymi zdjęciami Grand Canyonu zrobionymi z licznych punktów widokowych wyznaczonych wzdłuż jego krawędzi. Zawsze brakowało mi w tym wszystkim tego, co odróżnia góry od innych krajobrazów – że na nagrodę w postaci pięknych widoków trzeba sobie zapracować mozolną i wycieńczającą wspinaczką pod górę. Nie chodzi tutaj o masochistyczne zapędy, bo nigdy nie uwierzę, że ktokolwiek lubi się męczyć dla samego męczenia (oprócz autora wpisu; przyp. Patyk), czy to biegając na bieżni, jadąc na rowerze albo ćwicząc aerobik. Zawsze chodzi o efekt końcowy w postaci lepszej kondycji, smuklejszej sylwetki, osiągniętej satysfakcji czy wydzielonych w wyniku wysiłku fizycznego endorfin. W przypadku gór tylko samodzielna wspinaczka na szczyt jest w stanie dobitnie uświadomić mi w jak bardzo niedostępnym terenie się znalazłem. Nie chodzi mi tu o refleksję w stylu: „Łał, ale wysoko!”, albo świadomość liczb dotyczących wysokości nad poziomem morza, gęstości powietrza, zmieniających się pięter roślinności czy temperatury, ale o to, żebym każdym kawałkiem ciała odczuwał jak dużo pracy trzeba włożyć, żeby o własnych siłach znaleźć się w danym miejscu. O to, żeby poobcierane stopy, zakwaszone mięśnie i wymęczone od noszenia ciężkiego plecaka plecy pamiętały każdy jeden metr, o który wzniosłem się wzwyż, każdy jeden kamień, na którym się oparłem i każdy jeden wdech, zaczerpnięty żeby móc iść dalej. Dopiero wtedy zdobyty szczyt smakuje w pełni, jak odpowiednio przyprawiona i podana potrawa, a wytworzone endorfiny wzmagają atawistyczne i samcze poczucie siły, triumfu i nieograniczoności. Może dlatego miejsca w których człowiek zbudował zaawansowaną infrastrukturę nie wydają mi się już tak atrakcyjne i zawsze uciekam tam, gdzie to przyroda wciąż rozdaje karty, a ja nie wiem czy mam karetę, czy parkę dwójek.

Nie bez znaczenia przy podejściu jest też dla mnie czas na kontemplację i wielość perspektyw, z których możemy podziwiać góry (no chyba, że wychodzimy o 5 nad ranem i jest ciemno, jak w d…olinie, więc z podziwiania widoków nici). Nie przepadam za arbitralnie wyznaczonymi punktami widokowi, w których ktoś odgórnie mówi nam: „To tutaj jest pięknie”, bo w efekcie osiągamy zatłoczony parking dla autokarów, tłumy wylewających się z nich turystów i setki straganów, na których tubylcy sprzedają puszkę Coca Coli za dziesięć złotych i niczym nieróżniące się od siebie wyroby rękodzielnicze. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że to nie do nas należy decyzja, czy to jest właśnie to miejsce którym chcemy się zachwycić. Nie ma zresztą czasu na zastanawianie się, bo przewodnik wyznaczył nam tylko 10 minut postoju, więc trzeba szybko biec, przecisnąć się przez tłumy i zrobić zdjęcie. Dokładnie takie same jak miliard innych zrobionych w danym miejscu i czasie. Samodzielne podejście w górach to z kolei zbiór setek, jeśli nie tysięcy, punktów widokowych, w których można przystanąć żeby podziwiać otaczające piękno czy zrobić zdjęcie. Dzięki temu każdy może w danym miejscu zachwycić się czymś innym i przywieźć inne wspomnienia, a przede wszystkim każdy ma wolność wyboru czy mu się coś podoba, czy nie. Z góry zaznaczam, że wygłaszane opinie stanowią mój osobisty punkt widzenia i są kompletnie sprzeczne z poglądami Marty („kompletnie”, to może nie, ale ilość razy, kiedy zadawałam sobie pytanie „za jakie grzechy?” i detaliczność, z jaką poznawałam meandry pojęcia „shortness of breath” dała mi jednak do myślenia) . Ją kanion Colca z kolei utwierdził w przekonaniu, że góry wcale nie zyskują na atrakcyjności, jeśli trzeba się zmachać podczas podejścia.

Do kanionu Colca nie byłem zbyt entuzjastycznie nastawiony właśnie dlatego, że jego zwiedzanie kojarzyło mi się z objazdową wycieczką po starannie wyselekcjonowanych punktach widokowych. Jednak namowy Marty i niezawodne blogi podróżnicze naszych znajomych (Asi i Romka oraz Ani i Grześka, zapraszamy!) przekonały mnie, że Colca stwarza wspaniałe możliwości do uprawiania trekkingu, wliczając w to nocleg w egzotycznej oazie Sangalle położonej na samym dnie kanionu. Nie zastanawiając się długo podejmujemy decyzję – jedziemy!

Nasza przygoda zaczyna się od… punktu widokowego Cruz del Condor. Okay, tutaj otwarcie posypuję głowę popiołem, bo jest to faktycznie unikalne miejsce jeśli chodzi o możliwość obserwowania żyjących w kanionie kondorów. Szczęście się do nas uśmiechnęło, bo już po krótkiej chwili oczekiwania naszym oczom ukazuje się rozłożyste, majestatycznie szybujące ptaszysko. W połączeniu z malowniczą scenerią kanionu daje to obrazek niczym z amerykańskich filmów przyrodniczych. Nie musimy czekać długo na kolejny okrzyk zachwytu, gdy zza gór wyłania się kolejny, jeszcze większy i donioślejszy ptak, lecący dokładnie w naszym kierunku. Emocje sięgają zenitu, kiedy kondor postanawia sobie przysiąść na dłuższą chwilę na ścianie kanionu, około dwudziestu metrów od miejsca, w którym prowadziliśmy obserwacje. Nasz teleobiektyw ma prawdziwą ucztę i pozwala nam podziwiać każde pojedyncze pióro naszego obiektu westchnień, który z bliska przypomina brzydką krzyżówkę sępa, kury i indyka. W pewnym momencie kondorów lata wokół nas już tyle, że zastanawiamy się czy wystarczy nam miejsca na karcie pamięci w aparacie i znudzeni uznajemy, że ta atrakcja wyprawy ma status zdecydowanie „checked”.

Rozentuzjazmowani udajemy się do miejscowości Cabanaconde, skąd rozpoczynamy dwudniowy trekking w dół, a następnie w górę kanionu, mijając po drodze miejscowość San Juan i nocując w bajkowej oazie Sangalle na samym dnie. Miejsce naszego noclegu widzimy już na samym początku zejścia – w odległości 1187 metrów w dół, pośród nagich i wysuszonych ścian kanionu, majaczy soczyście zielona oaza z palmami i dwoma błękitnymi basenami. Teoretycznie jesteśmy tu zimą, a temperatura powietrza w lipcu oscyluje wokół 14,5 stopnia Celsjusza, ale silne słońce rozgrzewa nas do czerwoności, więc odpinamy nogawki w naszych spodniach, zostajemy w lekkich t-shirtach i cieszymy się na perspektywę kąpieli pośród palm i z zimnym piwem w dłoni.

Przed nami tego dnia sześć godzin marszu do celu. Są dwa rodzaje ludzi: albo wolisz schodzić, albo podchodzić. Marta zdecydowanie należy do tej pierwszej grupy i ochoczo przystępuje do trekkingu. Dopiero w połowie, kiedy łydki zaczynają delikatnie drżeć ze zmęczenia, a palce u stóp błagać o wytchnienie, przez myśl przechodzi nam, że jutro trzeba będzie z powrotem wleźć na górę (nieprawda, myślałam o tym od samego początku, ale jeszcze się oszukiwałam). O ile zejście ponad kilometra w dół to co najwyżej zmęczone mięśnie i poobcierane stopy, to przebycie tego dystansu w drugą stronę wymaga wysiłku porównywalnego ze zdobyciem naszych polskich Rysów – jak wyliczyłem, w moim przypadku to wydatek energetyczny rzędu co najmniej 1200 kalorii, a więc ekwiwalent trzygodzinnego biegu lub połowa mojego dziennego zapotrzebowania na energię.
Odkładamy obawy na bok i rozkoszujemy się wnętrzem kanionu, który jest istnym cudem natury. Perspektywa zmienia się z każdym krokiem, skały wciąż zmieniają kształty i kolory, a w oddali co jakiś czas majaczy majestatyczny kondor. Ogrom kanionu przytłacza i fascynuje, a nasz aparat nie przestaje rejestrować fascynującej scenerii. Zatrzymujemy się w San Juan na obiad, który, jak się później okazało, został przyrządzony z alpaki – mięso doskonale sprawdziłoby się w naszych kebabiarniach. W miarę jak przybliżamy się do oazy, robi się coraz chłodniej, a kiedy wreszcie osiągamy cel około czwartej po południu, okazuje się, że słońce chowa się za wysokimi ścianami kanionu i wcale nie musimy się dodatkowo schładzać. Słowo się jednak rzekło, baseny czekają jak malowane, więc zimne piwo zamieniamy na ciepłą herbatkę i szybko wskakujemy do chłodnej wody, po czym jeszcze szybciej z niej wyskakujemy. Zaliczone. Dzisiejsza pobudka o trzeciej w nocy i sześć godzin marszu dają o sobie znać i już o 21 śpimy jak niemowlęta.

O 4:40 rano następnego dnia przychodzi nam się zmierzyć z nieuniknionym i zapłacić cenę za wczorajsze malownicze widoki. Przed nami mozolne 1187 metrów w górę, które średnio zajmuje podróżującym od trzech do czterech i pół godziny. Sześć Pałaców Kultury i Nauki lub, jak kto woli, ekwiwalent zdobycia polskich Rysów startując ze schroniska w Morskim Oku. Niektórzy wspomagają się mułem, którego można wynająć na dole za 60 soli, my jednak decydujemy się zaufać naszym własnym nogom (ja o niczym nie decydowałam; po prostu muły o tej barbarzyńsko wczesnej porze spały i nie były dostępne…). Jest jeszcze ciemno, zakładamy czołówki i ruszamy w górę. Podejście jest mozolne, nudne i piekielnie męczące. Nie ma nic wspólnego z podziwianiem tatrzańskich widoków, wspinaczką na łańcuchach czy odkrywaniem nowych scenerii – szlak jest wytyczony tak, żeby jak najszybciej dostać się na górę, zygzakując co kilkadziesiąt metrów. Orka w czystej postaci, z nagrodą w formie śniadania czekającego na górze. Wewnętrzną walkę toczy Marta, która jest ostatnio mocno osłabiona przez męczącą ją klątwę Inków, ale ostatecznie nie poddaje się i dzielnie napiera do przodu (przechodząc przez wszystkie fazy od zaprzeczenia i złości po ostateczną rezygnację i akceptację). Wiem co czuje, bo sam mając podobne problemy wcześniej, niemal wyplułem płuca podczas stosunkowo łatwej wspinaczki na Machu Picchu. Po trzech i pół godzinie docieramy na szczyt kanionu, łapczywie zajadamy się jajecznicą i liżemy rany po podejściu.

Tradycyjnie informacje o tym jak zdobyć kanion Colca w trzech krokach
Do kanionu najlepiej udać się stacjonując w pobliskiej Arequipie, na wycieczkę przeznaczyliśmy dwa dni z nocowaniem w kanionie. Można pojechać na dłużej, my wybraliśmy umiarkowanie krótką wersję wyprawy.
Transport: trekking zaczyna się w miejscowości Cabanaconde, ale wszystkie busy turystyczne jadące na miejsce zatrzymują się w Chivay, żeby zjeść śniadanie i uiścić opłatę wstępu do parku (70 soli dla obcokrajowców). Następny standardowy przystanek to Cruz del Condor (40 minut), po czym po dwudziestu minutach drogi docieramy do Cabanaconde. Transporty z Arequipy ruszają o 3 w nocy – odbierają ze wskazanego hostelu i kosztują 35 soli w jedną stronę. Można też pojechać collectivo z dworca autobusowego (15 soli). Powrót z Cabanaconde jest możliwy przy użyciu collectivo, ostatni bus do Arequipy odjeżdża według różnych relacji o 11 rano lub o 2 po południu (15 soli).
Nocleg: nocowaliśmy w oazie Sangalle (15 soli od osoby). Można coś złapać na miejscu albo zarezerwować z wyprzedzeniem przez booking.com (wtedy drożej).
W Arequipie znaleźliśmy wycieczkę zorganizowaną za 110 soli z przewodnikiem, na którą się zdecydowaliśmy – po szybkiej kalkulacji kosztów okazało się, że w naszym przypadku oznaczała o 20 soli więcej, niż w przypadku samodzielnej organizacji wyjazdu. Wycieczka obejmowała transport w dwie strony, wyżywienie (dwa śniadania, obiad i kolację), nocleg w oazie Sangalle i przewodnika po kanionie.
W sumie zapłaciliśmy 180 soli od osoby (110 za wycieczkę + 70 opłata za wstęp) za dwa dni z noclegiem i częściowym wyżywieniem. Do kosztów trzeba doliczyć zakup wody pitnej, obiad i kolację drugiego dnia oraz przekąski.

7 komentarzy

  1. […] na świecie, zaraz po peruwiańskim Kanionie Colca, o zdobyciu którego możecie poczytać TUTAJ. A w końcu wabik na turystów to wszystko, co jest NAJ. Najpiękniejsze, największe, najmniejsze […]

  2. Ojoj…my nie nocowaliśmy na dole i chyba trochę mniej trekkingu mieliśmy. Zeszliśmy rano i tego samego dnia wróciliśmy. Ja nie lubię schodzić przez te mięśnie łydek,ale wchodzenie to sami wiecie:). Mówiłam Grześkowi,ze ja umieram i tu zostaje i żeby szukał sobie nowej żony ;). Gratulacje,ze przetrwaliście 🙂

  3. Piękne widoki . A z perspektywy ekranu komputera wcale nie męczące …

  4. Brawo! Ląduje do Was odznaka “I survived Colca” 😉

  5. Tak bardzo mi szkoda ,że czasem się tak męczycie ,muł był po to żeby z niego skorzystać, on też chce zarobić na siebie .Może potrzebujecie wsparcia? Pozdrawiam dbajcie o siebie.

  6. Jak byłem młodym studentem, po wyjściu z jaskini “Mylna” -brudny, mokry też patrzyłem z pogardą na “stonkę” w dolinie tatrzańskiej. Ale z perspektywy lat “all inclusive” to też super sprawa, wszystko w jednym: widok, jedzonko, spanko i transport. Oszczędzajcie się bo przed Wami całe życie.

    1. Ale w sumie tak sie sklada, ze my tu tez mielismy transport, jedzenie i spanie 🙂 tylko wlezc trzeba bylo samemu 🙁

Dodaj komentarz