Jak oszczędzić na podróż? – 5 niezawodnych sposobów.

Pieniądze to temat tak drażliwy, jak niezbędny.
Wiadomo, dżentelmeni o kasie nie mówią, damy tym bardziej. Przynajmniej oficjalnie, bo już w kuluarach często jesteśmy świadkami rozmów o tym, ile kto zarabia, gdzie jakie są promocje, ile co kosztuje, dlaczego tak drogo, to przecież niesprawiedliwe, zazdroszczę mu, że ma tyle kasy, mnie na to nie stać, pewnie dostał od rodziców.

Ile głów, tyle zdań, każdy oczywiście ma rację, każdy też o pieniądzach mówi, mimo że mało kto się przyznaje.
Być może samo ich posiadanie faktycznie szczęścia nie daje, nikt jednak nie zaprzeczy, że są niezbędne do funkcjonowania. A jeśli ma się do tego marzenia, marzenia o podróżowaniu, to bez pieniędzy się nie da. Nie dajcie się omamić frazesem „podróżowania za darmo” – zwyczajnie nie jest to prawda. Nawet jeśli jedziemy autostopem, korzystamy z gościny innych ludzi, jesteśmy zapraszani na obiad czy kolację – to nie jest za darmo. Po prostu płaci za nas ktoś inny. Ale nadal płaci.
Nie jest to jednak post o etyce finansowania podróżowania ani o tym, dlaczego podjęliśmy decyzję o przeznaczaniu oszczędności na podróże, a nie na przykład na kredyt mieszkaniowy, nowe buty czy wyjścia na miasto. To wszystko są tematy do osobnej, skomplikowanej dyskusji.
Chciałabym za to przedstawić nasze sposoby na zaoszczędzenie pieniędzy, które z powodzeniem można wdrożyć w codzienne życie. Stosuję je praktycznie od początków samodzielnego zarabiania, a właściwie od momentu samodzielnego gospodarowania kasą.
Filozoficzne pytanie „skąd wziąć pieniądze?” prawie nikomu nie jest obce – ale czy przeznaczycie odłożoną kwotę na samochód, emeryturę, czy torebkę – jest to już Wasza decyzja. I nikomu nic do tego.

1. Przerzuć się na rower.
Dla mnie to zdecydowanie najprzyjemniejsza forma oszczędzania i dodatek niewielkiej ilości wysiłku fizycznego do codziennej rutyny.
Zaczęło się od wyjazdu na Erasmusa do Hiszpanii, gdzie słoneczny klimat i brak zimy aż prosiły się o przemieszczanie na świeżym powietrzu. Szybkie wyliczenia (koszt miesięcznej karty miejskiej 35e, koszt roweru 55e – nawet po kradzieży i konieczności kupienia kolejnego za 80e, który udało się sprzedać przy wyjeździe za znaczną część tej sumy – nadal się opłacało) i chęć niezależnego przemierzania nowego miasta ostatecznie przekonały mnie, że rower to najlepszy, a często również najszybszy środek transportu. No i oczywiście najtańszy.
Po powrocie do Warszawy poruszanie się rowerem na uczelnię i do pracy stało się wręcz przyjemną koniecznością. Od tego momentu zaczęłam jeździć na „Plażowiczu” z Polka Bikes. Nie tylko dlatego, że szosowa konstrukcja podstawowych singli (do ostrego koła jakoś nie mogę się ciągle przekonać) pokonuje stołeczne drogi szybko i bez korków, po coraz lepszych ścieżkach. Chciałam po prostu bezwstydnie mieć wszystko: rower do miasta, ale funkcjonalny, bezawaryjny (albo żeby mogło się w nim popsuć jedynie to, co moje nieprzywykłe do majsterkowania ręce będą w stanie same zdiagnozować i naprawić), ale też zwyczajnie ładny. W końcu jestem też kobietą (wow…), oko cieszy się na widok kolorów i czystej estetyki.
Na „Polce” poruszam się prawie zawsze i praktycznie wszędzie. Niezależnie od pory roku. Odnalazłam kompromis pomiędzy odrobiną szaleństwa a zwyczajną użytecznością. A że Plażowicz nie ma przerzutek? Cóż, mój rower w Hiszpanii miał je na tyle zardzewiałe, że fiksowały się wyłącznie na jednym biegu. Przez cały rok pokonywał kręte i strome ulice Malagi. Dało się. 🙂

Ile więc faktycznie można zaoszczędzić na jeździe rowerem?
Na przykładzie komunikacji miejskiej Warszawy lub standardowego samochodu:
• Miesięczny koszt karty miejskiej to ~110 zł
• Koszt roweru ~1600 zł : 3 lata = 44,44zł miesięcznie
• Jeśli jeździsz na co dzień samochodem – miesięczny koszt paliwa to min. 100zł
• Zdarzy się powrót taksówką? – jednorazowo min. 20-30zł. A można by wrócić rowerem.

2. Gotuj w domu.
W moim przypadku łatwiej było powiedzieć niż zrobić, bo gotować zwyczajnie nie lubię. Nie znaczy to oczywiście, że zwykłam jadać codziennie „na mieście”, o niee… po prostu czasem (często?) obiady w moim wykonaniu wywoływały żałość swoją prostotą i niewyrafinowaniem. Lepsze jednak takie niż żadne, a jeść trzeba. Najlepiej jeszcze w miarę zdrowo – być może to truizm, ale też prawda :).
Jedzenie w domowym budżecie to kategoria o tyle newralgiczna, co zróżnicowana. Różni ludzie, różne gusta, różne smaki i różne ceny. Niezależnie jednak od tego, jak i ile lubicie zjeść, gotowanie obiadów w domu, przygotowywanie kanapek czy przekąsek na wynos i do pracy zawsze opłaci się bardziej, niż jedzenie w barach i restauracjach. Jeśli do tego ograniczymy do rozsądnych ilości wyjścia na kawę (albo chociaż nie dokupimy do kawy obowiązkowego ciastka – podziękuje nam nie tylko portfel, ale też szeroko pojęty stan zdrowia) czy piwa/drinki (naprawdę potrzebny nam do szczęścia ten trzeci browar z kolei?), możemy zaoszczędzić 100-600zł miesięcznie. Serio.

3. Kupuj na promocjach.
A przede wszystkim, zanim cokolwiek kupisz, zastanów się dwa razy, czy tego naprawdę potrzebujesz. Nie kupuj impulsywnie, od razu. Przeczekaj przynajmniej jeden dzień. Czasem nawet kilkanaście godzin wystarczy, żeby ochłonąć i przewartościować zakup.
Ja stosuję metodę przeliczania na cel: „chciałabym kupić tę sukienkę, ale przecież mam już sukienki. A w tej cenie mogłabym w przyszłości opłacić nocleg/dwa/trzy w miejscu, do którego być może inaczej nie będę miała szansy pojechać.” I tak ze wszystkim. Sztuka wyborów.
Jeśli jednak po ochłonięciu, przetrawieniu, przespaniu się z hamletowską decyzją „kupić czy nie kupić?”, szala przechyla się na stronę „kupić”, korzystajmy z sezonowych obniżek cen, kodów promocyjnych, bonów i dóbr wszelakich, które mają nam pomóc zaoszczędzić. Pozwólmy im!
Jeśli chodzi o zakup ubrań, właściwie od kilku lat nie kupuję niczego po „normalnej”, pierwotnej cenie. Klienci są zalewani powodami do promocji (koniec roku, wyprzedaże letnie, wiosenne i jesienne, mid-season sales, black friday…), patrząc więc na ich ilość trzeźwym okiem dostrzeżemy, że sklepy stosują chwy na obniżki praktycznie…przez cały rok.
Nie mogłabym nie wspomnieć też o lumpeksach – to już nie żaden obciach, to rozsądne korzystanie z mody. I do tego ekologiczne. Sama korzystam sporadycznie, bo nie mam do second-handów zbyt dobrego „nosa” (albo ręki), ale można w nich znaleźć prawdziwe perełki, jeśli poświęci się trochę czasu i wyrobi silne ramiona zdolne do grzebania wśród setek wieszaków.
A jeśli nadal nie jesteście przekonani, lubicie odświeżać szafę niekoniecznie w związku z palącą potrzebą – wymieniajcie się rzeczami! Nie tylko ubraniami! To obustronna korzyść, każdy zyskuje coś nowego i potrzebnego, każdy pozbywa się przedmiotów nieużywanych. Win-win situation.

4. Stosuj domową ekologię.
Od dziecka byłam uczona, żeby gasić za sobą światło. Wymagała tego przede wszystkim moja oszczędna ze wszech miar babcia, co powodowało, że po powrocie z wakacji na wsi terroryzowałam rodziców ciągłym przypominaniem o wyłączaniu światła, a nawet poprzyklejałam kartki z odręczną sztuką nowoczesnej, dziecięcej kaligrafii krzyczącej tym nakazem po oczach. Krzyczenie odwróciło role, kiedy okazało się, że mocny klej to nie to samo co delikatna taśma i kartki oddzielały się od drzwi razem z wierzchnią warstwą okleiny. Ale przynajmniej każdy domownik zapamiętał, że światło wyłączać trzeba.
Zadziwiające, ile niepotrzebnej energii i prądu (a co za tym idzie, kosztów na rachunkach) pochłaniają domowe sprzęty i nieekologiczne nawyki.
Nieużywane urządzenia podłączone do zasilania, zamiast przynosić wartość generują jedynie sporo ciepła. O ile w zimie można to traktować jako dodatkowe ogrzewanie, to latem nie bardzo widzę zastosowanie.
Minimalizacja urządzeń pracujących w trybie czuwania może pozwolić zaoszczędzić nawet 20zł/miesiąc. To już dwa piwa w kieszeni! Czy tam w żołądku.
Włączanie zmywarki i pralki wtedy, kiedy są pełne, branie prysznica zamiast kąpieli w wannie to dla mnie już totalna oczywistość, kilkunastoletnia rutyna. Jak widzicie sposobów na bardziej ekologiczne, a co za tym idzie tańsze życie w ramach codziennych zwyczajów jest całkiem sporo. Ciekawa jestem, co Wy byście dodali?

5. Sprzedaj niepotrzebne rzeczy.
Brzmi jak truizm, wymaga trochę dobrej woli i czasu, ale kiedy na konto zaczną wpływać dodatkowe złotówki za rzeczy, które stały i zbierały warstewkę kurzu i roztoczy, znajdzie się zarówno wolę, jak i czas.
Najbardziej opłaca się sprzedaż nieużywanej elektroniki czy dobrze znany na studiach handel drogimi, akademickimi podręcznikami. Ale spieniężyć można też nienaukowe książki, szczególnie ładniejsze bądź rzadkie wydania, a także przewodniki czy mapy.
Sprzedawanie ubrań to już sport dla wyczynowców, chyba że ktoś ma w szafie rzeczy markowe i w świetnym stanie, które wynagrodzą swoją ceną czas poświęcony na wrzucanie ofert i rozmowy z potencjalnymi kupcami. Ale też się da.
Sprzedać w dzisiejszych czasach można praktycznie wszystko, o czym świadczy niesłabnąca popularność stron allegro czy olx, których przedstawiać nie trzeba.
Jeżeli natomiast lubisz fotografować, nie używasz aparatu jedynie do selfie, a znasz wartość jakościowych obrazów bardziej niż przeciętny użytkownik smartfona, możesz spróbować sprzedawać dwoje zdjęcia poprzez liczne banki (jedne z najbardziej znanych i te, na które sama wrzucam materiał to shutterstock czy fotolia). Można się zdziwić (ja wybałuszałam oczy ze zdumienia), kiedy fotki z wakacyjnych wyjazdów zaczęły się sprzedawać na Islandii, w Stanach czy Indiach. Wymaga to znowu sporego nakładu pracy, ale raz wrzucone na stocki obrazy czy wideo już tam pozostają, a my dostajemy prowizję od każdego ściągnięcia.
Moje portfolio możecie zobaczyć tutaj – shutterstock

Ta lista to tylko mały ułamek tego, skąd można uszczknąć dodatkowe złotówki. Oszczędzanie na duże cele podobne jest bardziej do maratonu niż do sprintu i wymaga wyrzeczeń. Na początku może nie jest łatwo, ale to kwestia treningu i zmiany nawyków – po jakimś czasie do wszystkiego da się przyzwyczaić i zaczynamy dziwić się, że kiedyś można było postępować inaczej. A jakie są wasze sposoby na domowe oszczędzanie?
Oczywiście, osobom ledwo spinającym budżet domowy trudniej jest oszczędzać na cel mniej lub bardziej określony niż tym, którym „generalnie na wszystko starcza”, nie będę się kłócić. Ale jeśli potrzebujecie dowodów i skrupulatnych wyliczeń dowodzących tezy, że praktycznie każdy jest w stanie odłożyć ~200zł miesięcznie, polecam świetny artykuł Michała Szafrańskiego:
107 porad jak oszczędzać“.

6 komentarzy

  1. Zawsze możesz liczyć na tatę …..

  2. Świetny tekst, gratuluję. Niestety czasami pieniądze są ale czasu brak 🙁

    1. Niestety, to chyba paradoks ludzi pracujących – najpierw jest czas, ale nie ma pieniędzy, a kiedy zaczynają się pojawiać pieniądze – ubywa czasu…

  3. Dużo cennych wskazówek. Z jednym się tylko nie zgadzam – ciastko do kawy jest obowiązkowe;-)!

    1. Dziękuję!:) I przekonałaś mnie – rezygnacja z ciastka może być ostatecznością:)

Dodaj komentarz