Jak leczy szaman?

Od początku wyjazdu do Afryki wymarzyłam sobie wizytę u szamana, curandeiro, sangoma, jak zwał, tak zwał. Chciałam odwiedzić lokalnego, posiadającego wiedzę tajemną uzdrowiciela, ale albo dowiadywałam się, że ostatni w wiosce zmarł kilka lat temu, a młodych nie ma, bo wolą przez skajpa poprosić zagranicznych znajomych o leki, albo że żyją w odosobnieniu i oddaleniu na tyle odosobnionym i oddalonym, że ani samochód, ani tym bardziej transport publiczny nie dotaśta się tam ani w tym, ani w przyszłym życiu.

Tym razem miało się udać, bo wyczytałam w gazetce od pani z recepcji, „Co słychać w grudniu w Suazi?”, że Sangoma są i przyjmują nadal w kilku miejscach, a jednym z nich jest wioska Mantenga, gdzie mieliśmy się udać. I numer telefonu.
Nagabywałam więc przewodnika, aż w końcu podszedł do jednej z chat, które mijaliśmy podczas wycieczki – ta nie miała sztucznie, na potrzeby odwiedzających powiększonego wejścia, żeby nie trzeba się było do niej wczołgiwać, zgiął się cały we wszystkich stawach i zdaje się, że pytał, czy mogę, czy sangoma mnie przyjmie, bo jest tu taka jedna upierdliwa i strasznie się upiera. No i przyjął.

Wczołgiwałam się pełna dobrej wiary i otwarta na doświadczenia, wyczołgałam się zniesmaczona i przysięgająca sobie, że więcej nie będę się starać przyciągać kultury na siłę. Bo nie dość, że zapalenie krtani i katar jak były, tak nadal trwały w najlepsze, bo sangoma zajął się przewidywaniem przyszłości, to albo faktycznie go zaskoczyłam, albo zwyczajnie nie mówił zbyt dobrze po angielsku, albo w zacienionej chatce brakowało sceny do performensu. Rozrzucił na podłodze mieszaninę kości, muszli i ołówek (?), wywróżył życie szczęśliwe i z gromadką (jak na europejskie, nie afrykańskie, warunki) zdrowych i rumianych dzieci, po czym przekazał, że przodkowie żądają zapłaty 150 randów za możliwość kontaktu i poświęcone kilka minut z ich zagrobowego życia. Po raz kolejny brzmiące podobnie „Poland” i „Holland” wywożą cenę windą do nieba. Albo do przodków.
Wielka szkoda, bo Sangoma w Suazi to nadal funkcjonująca i silna osoba. Określana przez kultury zachodnie jako „witchdoctor”, bardziej adekwatnie powinna nominować się „witchfinder”. Tak rzecze gazetka od Pani z Recepcji.

„Czarnoksięstwo to powszechny fakt, narzędzie w rękach złych ludzi w celu zranienia wrogów. Kiedy w czasach kolonialnych europejska administracja zakazała roli sangoma, a nawet jej widocznych atrybutów, jak pozlepianych ochrą czerwonych włosów, czarnoksięstwo rozpleniło się w kraju z powodu braku osób, które były w stanie się mu przeciwstawić.
Po uzyskaniu niepodległości powróciły dawne tradycje, a wraz z nimi „szkoły”, w których adepci przez rok lub dłużej uczyli się sztuki bycia sangoma. Szkoła bardziej przypominała seminarium, z rozległą listą nakazów i zakazów, do których zaliczały się na przykład zakaz kłótni, podawania ręki na powitanie czy relacji seksualnych. Jakiekolwiek relacji.
W czasie nauk młody adept opanowywał sekrety „ematsambo” – rzucania kośćmi (zwierząt, nie takich do gry), do których dodawane koraliki czy inne małe przedmioty, wyrzucane na macie układały się w konstelacje rozwiązujące problemy i zmartwienia pacjenta. Wieczorne tańce, krzyki, poty na skutek transu ułatwiały komunikację z przodkami, czyli „emadloti”.

Jak się zostaje sangoma? Pojawia się powołanie. Zwykła osoba zaczyna mieć wizje lub sny jednoznacznie interpretowane przez innych sangoma jako powołanie do zawodu, albo raczej wołanie przodków o kolejną osobę do dialogu. Może się opierać, może nie chcieć, ale spirytualistyczna nić będzie ją ciągnąć już zawsze w tym kierunku. W końcu zostaje uczniem w domu starszego sangoma, gdzie odkrywa działanie leczniczych ziół, leczniczych szczątków zwierząt i działania leczniczego marihuany.
A jeśli nie leczniczego, to chociaż wspomagającego intensywny trans.

Miałam okazję poznać również inną sangoma w wiosce Zulu w RPA. Tym razem nie była to ani turystyczna, ani skansenowa miejscowość. Pani, w zdecydowanie starszym wieku, spoglądała dość płochliwie spod peruki czarnych, opadających na twarz włosów poprzetykanych czerwono-niebieskimi koralikami. W ręku trzymała owiniętą skórą małą „miotełkę”, zakończoną pędzlem włosia z ogona antylopy. Znak sangoma, wtajemniczenia. Afrykański kaduceusz.
Nie odzywała się za wiele, powitała nas przyciszonym głosem. Tym razem jednak pomocą służyła tłumaczka, ułatwiając sprawę. Wyjaśniła, że wycofanie to wyraz szacunku. Faktycznie kontrastowało z krzykliwymi na co dzień starszymi Murzynkami.
W swoim pomieszczeniu, u którego sufitu wisiały różnokolorowe materiały połączone w niedbałą pajęczynę, z uwięzionymi jak zdobyczą fragmentami szkieletów niezidentyfikowanych zwierzątek, po jednej stronie trzymała naręcza ziół i moździerze, po drugiej szafkę z buteleczkami i pojemniczkami, niektórymi poszarzałymi od starości albo zaśniedziałymi od zbyt częstego używania.
To na ból brzucha, to na wysypkę.

A to na szczęście, płynne szczęście, jeśli akurat masz ważne spotkanie albo randkę.
Szczęście zawsze się przyda, a kto wierzy, temu będzie dane.
O co Wy chcielibyście zapytać afrykańskiego szamana?

6 komentarzy

  1. Zrób sobie kurs szamański, zawsze może się przydać jako dodatkowa umiejętność w dobie współczesnych nakładów na służbę zdrowia .

    1. Nie trzeba inwestować w szamański. W polskim prawodawstwie nadal istnieje zawód “felczer”.

  2. Najważniejsze że przeżyłaś te wizyty u szamanów,wyleczysz się sama w końcu jak nie ty to kto??? a już wiem to ty chciałaś ich wyleczyć…

    1. Jak to mówią: lekarzu lecz się sam:)

  3. “Szamanka prawdę ci powie” – to w Polsce nadal aktualne. Ciekawe , że pozwalają się fotografować. Szfa apteczna na zdjęciach super!

    1. Pytałam lokalnych mieszkańców, do kogo najpierw się udają – szamana, czy jednak lekarza. Większość jednak preferuje białe kitle, mimo wszystko. Dopiero jak to zawodzi, szukają porady u szamana. Taka medycyna naturalna.

Dodaj komentarz