HITY San Francisco

Trudno przyjechać do Stanów Zjednoczonych i nie zwiedzić choć jednego miasta, nawet jeśli się za nimi nie przepada.
W podróży na zachodnie wybrzeże oczywistym wyborem staje się San Francisco. Czy słusznie?
Co ma do zaoferowania, a czym odstrasza miasto dzieci-kwiatów? O tym w najbliższych wpisach:)

  1. Małe miasto w wielkim mieście.

    San Francisco nie jest stolicą Kalifornii. Nie jest nawet największym miastem. Na liście plasuje się dopiero około dziesiątej pozycji, wyprzedzone przez chociażby sąsiednie Los Angeles.
    Ale to nadal ogromna metropolia, licząca prawie 2 mln mieszkańców, do której w powietrznej kolejce ustawiają się samoloty, w centrum ku niebu wędrują wieżowce, a sąsiednia Silicon Valley, z siedzibami głównymi Googla, Facebooka, Apple’a, Microsofta czy innych gigantów informatycznych trzymających gospodarczą władzę zawyża PKB całych Stanów Zjednoczonych. Mimo to, poza centrum nie czuć wielkomiejskości, a wręcz przeciwnie – szybko można poczuć się jak na przedmieściach. Ludzie w dresach wyprowadzają psy na spacer, wąskie ulice i zadbane chodniki obfitują w małe, osiedlowe sklepy i hipsterskie kawiarnie, a wiktoriańskie, szeregowe i najwyżej trzykondyngacyjne domy kolorowymi elewacjami i zdobnymi gankami zaprzeczają jakiejkolwiek typowo miejskiej architekturze betonowych płyt i przeszklonych ścian.
    To w ogóle chyba największe zaskoczenie San Francisco. Te domy. Mogłabym chodzić godzinami i dniami po dzielnicach i po prostu wgapiać się w to codzienne życie. W te zadbane wejścia, momentami przesadnie zdobne, ale mimo wszystko jakoś wklejające się w ogólnie „cukierkowo – muffinowy” wystrój.
    Do tego mnóstwo osób ćwiczy – wieczorami biega po stromych ulicach, korzysta z siłowni na świeżym powietrzu, jeździ na rowerach (San Francisco to amerykańska mekka ostrokołowców – i faktycznie, ścieżki rowerowe przygotowane są jak w Amsterdamie, a rower to środek transportu, nie jedynie sposób na aktywność fizyczną), nie widać też niechlubnie słynnej, amerykańskiej otyłości.
    No cóż, w końcu to „słoneczna” Kalifornia, z kultem piękności, nie otyłości, w zapraszających nagłówkach…
  1. Golden Gate

Symbol miasta, ikona, rozpoznawalny na całym świecie, momentalnie, uwieczniony w popkulturze, w kinie, w serialach…Golden Gate.
Właściwie nie powinien nazywać się golden, a red – jest soczyście czerwony i podobno codziennie malowany, żeby przypadkiem farba nie zaczęła gdzieś blaknąć. Do tego na tyle ogromny, że ludzie zatrudnieni przy jego malowaniu mają dość stabilne zajęcie na życie.
„Golden” natomiast wzięło się raczej od czasów jego budowania i gorączki złota, która opanowała Stany i ściągała ludzi na zachód, gdzie odkryto nieprzebrane złoża.
Zastanawiałam się, czy powinien mieć miejsce w „hitach” czy „kitach” – bo dla mnie nie jest ani jednym, ani drugim. Jasne, jego ogrom robi wrażenie, szczególnie wieczorem albo wczesnym rankiem, kiedy podstawy ukryte są w mgle lub chmurach sprawiając wrażenie, jakby dryfował w przestrzeni, łącząc dwa brzegi ponad niebem. Wtedy też nie spowijają go chmary turystów, można więc podziwiać go w relatywnym odosobnieniu i spokoju, a nie znowu ustawiać się w kolejce do zdjęcia czy rozpychać łokciami.
To bowiem jest powód pewnego niedosytu, czy niesmaku – jak większość atrakcji koniecznych do zobaczenia, tak i on ściąga hordy i zastępy uzbrojonych po zęby w aparatu, komórki, tablety i selfiesticki odwiedzających. Co momentalnie nie pozwala cieszyć się nim w pełni.
Jako ciekawostka – podczas jednego z trzęsień ziemi (o które w San Francisco nietrudno, o czym uświadomił nas nasz host – jakoś również nie zdawaliśmy sobie sprawy, jak bardzo aktywny tektonicznie jest to teren) część mostu nie wytrzymała wstrząsów i się filmowo zapadła, mniej filmowo, a bardziej realistycznie topiąc samochody, które miały to nieszczęście znaleźć się akurat w nieodpowiednim czasie i nieodpowiednim miejscu…

  1. Wzgórza i strome ulice.

San Francisco to miasto wzgórz – wzgórza zajmują parki, domy, ulice…Chodzi się więc po mieście jak po górach, czasem zapierając kolanami przy zejściu a czasem sapiąc przy wspinaczce na szczyt, bo akurat na przykład na szczycie znajduje się osiedlowy sklep albo dom znajomego. Samochody parkują warstwowo, wyglądając od dołu jak poustawiane jeden na drugim, a wjazdy do garażów nieraz ścięte są skośnie, by dopasować się do stromego chodnika.
Miasto przez to ma niepowtarzalny urok, mimo wielkości, a jeżdżące po głównych, turystycznych ulicach zabytkowe cable cars, czyli stare wagony tramwajów dodatkowo przywodzą na myśl Lizbonę. Wagoniki wjeżdżają na swoje stacje końcowe, będące ogromnymi, drewnianymi kołami, które potem pracownicy ręcznie okręcają tak, by wagonik mógł kontynuować przejazd, tym razem w drugą stronę.

4.Parki i kwiaty.
Miasto jest jednym z najbardziej „zielonych” w Stanach – i to nie tylko ze wzglę∂u na wysoką świadomość ekologiczną jego mieszkańców. Panuje w nim jakiś swoisty mikroklimat – parki wyglądają jak ogrody botaniczne, rosną palmy, sukulenty, orchidee…
Niby zimno, ale jednak słonecznie, bez ekstremów. Ocean stabilizuje klimat pozwalając rosnąć roślinom przypominającym bardziej śródziemnomorskie, niż północne. Do tego wzdłuż ulic kwitną kwiaty wiśni, rozsiewając wokoło słodki zapach, aż sam nasz host z dumą mówi:
– Widzicie? Nie ma potrzeby jechać do Japonii…
Parki za to zostały pomyślane tak, by jak najlepiej służyć mieszkańcom. Na trawnikach rozkładają się w słoneczne dni piknikujący ludzie, grają we frisbee, piją teoretycznie niedozwolone wino albo palą już praktycznie dozwoloną marihuanę.
Niektóre z nich, położone na wzgórzach, oferują niesamowite widoki na położone w dole i zalane słońcem i mgłą downtown tak, że można być w centrum miasta i jednocześnie czuć się kilometry od niego.

  1. Sztuka i otwartość.
    San Francisco to kolebka gay pride, która pod koniec czerwca trwa ponad 2 tygodnie, koncentrując się w wymalowanej przez cały rok na tęczowo dzielnicy Castro.
    To wolność słowa, wolność kultury, wolność sztuki. W ukrytych ulicach można znaleźć streetartowe galerie zaangażowanych murali, swego czasu jedyny sposób, by otwarcie wyrazić swoją opinię, nieprzystającą do politycznych decyzji i federalnych zobowiązań.
    Każdy może myśleć, co chce, mówić, co chce, ubierać się jak chce – pod warunkiem oczywiście, że nikogo innego tym zachowaniem nie krzywdzi. Chyba. Nie wiem, jakie zdanie ma na ten temat miejsca policja, ale z tego, co można zauważyć na ulicach – raczej dość liberalne.
    Miasto to również mnóstwo artystycznych galerii, kawiarni, unikatowych projektów – rzesze uzdolnionych zjeżdżają, by spróbować wykazać się na otwartej arenie i być może spełnić swój american dream.
  2. Pacyfik

    Od zawsze lubiłam miasta położone nad wodą – najlepiej oczywiście nad morzem, ale rzeki czy jeziora też mogą być. San Francisco, położone nad oceanem, wygrywa plebiscyt. Ocean łagodzi klimat, ale tez powoduje słynne mgły i zmienną, nieoczekiwaną pogodę. Wędrując miejskim nabrzeżem natrafić można na drewniane pomosty, na których wylegują się i szczekają lwy morskie, czy uroczy rybacki porcik z niewielkimi, kolorowymi łódeczkami przypominający bardziej jakieś niewielkie, zapomniane przez świat mieściny, niż metropolię na świeczniku globalnego zainteresowania. W powietrzu unosi się zapach ryb, na targach kupić można lub zjeść świeże owoce morza, a wiatr niesie bryzę orzeźwiającą zapchane spalinami centrum.

    To jak, kto wpina kwiaty we włosy i wybiera się do Frisco?:)

6 komentarzy

  1. “a wiatr niesie bryzę orzeźwiającą zapchane spalinami centrum”
    Zachęcająco brzmi.
    Pozdrawiam.

    1. Bo to miasto kontrastów:)

  2. Ja byłam ale chętnie bym tam wróciła, szczególnie po tym opisie…

  3. Ja się wybieram, tym bardziej zachęcona wpisem :). Zachodnie nęci, aby zrobić com back…

    1. Na pewno warto:)

Odpowiedz na „IwonaAnuluj pisanie odpowiedzi