Najlepsze francuskie wina i zamki księżniczek

Znowu psim swądem, no bo jak inaczej, załapałam się na konferencję pulmonologiczną w Bordeaux. To znaczy, myślałam, że to będzie w Bordeaux. No cóż. Jednak nie.
Od miasta dzieliło nas jakieś 30km, ale już w momencie zboczenia z głównej drogi i wjechania w serpentyny jednopasmowej, podrzędnej ulicy nie miałam wątpliwości, że bez metropolii się obędzie. I że znaleźliśmy się w regionie nawet bardziej stereotypowo charakterystycznym, niż można się było spodziewać. Nie ma osoby, której okolica nie kojarzyłaby się z winem. Dobrym, francuskim.
A my zagłębialiśmy się coraz dalej i dalej wprost w serca akwitańskich winiarni.
Pola z równymi rzędami krzewów podpieranych drewnianymi palikami ciągnęły się po horyzont, tracące swoją uporządkowaną perspektywę i zlewające się w jedno nieprzeniknione, winne jezioro. Gdzieniegdzie przybierające jesienne barwy uprawy, nie obciążone więcej winnymi gronami, powoli zakańczały swój letni okres wzmożonej aktywności.

Przez otwarte okna wdzierał się do środka zapach fermentacji, jeszcze nie mający zbyt wiele wspólnego ze skomplikowanym bukietem zamykanym w smukłych butelkach.
Początkowo nie byłam do końca świadoma, że wjechaliśmy w serce największego na świecie obszaru produkującego wina jakościowe (czyli regulowane prawnie), Médoc i Margaux.
Wina pochodzące z tego drugiego, o tożsamej nazwie Château Margaux, potrafią osiągnąć zawrotne sumy, uważane za delikatniejsze, subtelniejsze i bardziej kobiece niż inne produkcje regionu bordoleńskiego.
Można by pomyśleć, że uprawa i winobranie to artyzm i wolna wola pozostająca w gestii i tajemnicy producentów. Bynajmniej! To nauka ścisła jak matematyka, bez odstępstw, bez wariacji! Na hektarze winnicy musi znajdować się przynajmniej 7000 krzewów, przy czym rzędy powinny być od siebie oddalone maksymalnie o 1,5 m, a winorośle w rzędzie przynajmniej o 0,8 m. Winorośl musi być przycinana co roku i prowadzona w formie nazywanej médocaine albo à cots. Liczba pędów owocujących musi być ograniczana do najwyżej 12. Przepisy regulują także wysokość krzewów i ich dolnego poziomu liści, co ma zapewnić osiągnięcie przez winogrona pełnej dojrzałości. Maksymalna liczba nieowocujących krzewów nie może przekroczyć 20 % – proporcjonalnie do braków obniża się dozwolony zbiór. Normy określają również procent alkoholu, zawartość cukru czy siarczanów. Wszystko po to, żeby powstał produkt najwyższej jakości, będący emblematem i dumą regionu.
Z ciekawostek: wnuczka Ernesta Hemingwaya, aktorka Margot, zmieniła swoje imię na identycznie wymawiane Margaux, gdy dowiedziała się, że rodzice w noc jej poczęcia pili wino Château Margaux.

Ale to nie wszystko.
Z morza winiarni wyłaniały się niczym wyspy zamkowe posiadłości, których wieżyczki zdobiły domostwa, jak palmy z piasku wystrzeliwujące ku górze i powiewające na szczycie trójbarwną flagą. Praktycznie wszystkie zamieszkane. W większości prywatne. Wyjęte jakby wprost z baśni i marzeń małych dziewczynek, zbudowane w całości z jasnego, piaskowego kamienia oświetlanego dodatkowo słońcem przebijającym się poprzez lekko deszczowe chmury, kontrastowały z jednostajnym uporządkowaniem winnic. To nie były nasze wiejskie domy. To były autentyczne zamki panów na włościach.

Château produkuje jedno wino, które uznaje za charakterystyczne dla siebie i najlepsze, tzw. grand vin, znane tutaj jako cru. Określenia te przekładają się bezpośrednio na wartość wina, pozwalając na jego sprzedaż, przede wszystkim na rynku krajowym, z ceną do 30 % wyższą. Długowieczna tradycja produkcji sięgająca nierzadko czasów średniowiecza sprawiła, że często same posiadłości pozostawały (lub pozostają nadal) w rękach tych samych rodów, wędrując razem z nimi poprzez meandry historii, czy raczej stojąc niewzruszenie, umacniając tradycję niezależnie od upływających lat.

Jedne bardziej rozciągnięte wzdłuż równie piaskowych murów, przypominające szeregowe zabudowania, inne wprost przeciwnie – wysokie, archetypiczne, magicznie pojawiające się nagle we współczesności, choć można by pomyśleć, że ich splendor dawno zaniknął.
Nie tym razem.

Korzystając z dłuższej przerwy w konferencji, zrobiliśmy nawet dwugodzinny objazd po okolicznych, uroczych wsiach towarzyszących winiarniom, zabudowanych dodatkowo w spójnej stylistyce znowu urzekającej nieprzywykłe oko, niewysokimi, szeregowymi domami z drewnianymi okiennicami skrywającymi wysokie okna, przystrojone jasnymi zasłonami. Nie ważne, czy patrzyliśmy na domy mieszkalne, fabrykę czekolady (w której, swoją drogą, można było degustować lokalne arcydzieła, czego nie mogliśmy sobie odmówić bez względu na późną porę…), ratusz, siedziby merostwa czy kaplicę.
Wszystkie współgrały ze sobą jak w dobrej orkiestrze, kiedy można rozróżnić instrumenty po ich charakterystycznym i jedynym w swoim rodzaju brzmieniu nie zakłócające jednak spójności całokształtu dzieła.
Zachodzące słońce kolorowało krajobraz niesamowicie ciepłymi promieniami, wydobywając dodatkowo paletę barw jesieni, gdzie zimne kolory kryły się jedynie na niewielkich połaciach odsłoniętego nieba, szybko pochłaniane przez fiolety i róże kończącego się dnia.

Dodaj komentarz