Francuska kuchnia

Francuską celebrację posiłków można by porównać do czytania książki.
Mamy więc najpierw stronę tytułową, entrée, zapowiedź nadchodzących przyjemności, preludium smaku i rozbudzenie ciekawości. Tylko że tym razem nie odstawimy książki na półkę, jeśli tytuł do nas nie przemówi i nie zachęci. Przystawka bowiem w tym wypadku to miły miłego początek, a z rozwinięcia rzadko kto rezygnuje.

Jak w porządnej rozprawce, nadchodzi czas na wstęp i krótkie streszczenie najważniejszych postulatów: małe, delikatne porcje lekkostrawnych, pieczołowicie przygotowanych dań na początek. Na zapoznanie się z możliwościami, wdrożenie w treść, odczuwanie w pełni pierwszego wrażenia nieodłącznie związanego z pierwszymi opiniami. Całość na tym etapie zaczyna być doprawiana błyskotliwymi anegdotami w postaci dobrego wina, którego kieliszek niby róg obfitości, niemal samoczynnie wypełnia się podczas trwania kolacji. I w pewnym momencie sprawia, że błyskotliwość rozpływa się niezauważona, szybko zastąpiona rubasznością i śmiechem.

Wtedy nadchodzi moment na wytoczenie soczystych argumentów, na główny cel, objętościowo i znaczeniowo najważniejszy – danie główne i kulminacja posiłku. Rozmowy toczą się już płynnie, wartkim strumieniem, czas płynie, tym bardziej niezauważany, im wyższy poziom glikemii notuje się we krwi spożywających. Żołądki, tak naprawdę wypełnione już porządnie, zdają się odnajdywać dodatkowe krypty i zakręty, magazynujące napływające jedzenie na później.
Pora na wyciszenie?
Jeszcze nie teraz. Jakby na podsumowanie i przypieczętowanie przedstawionych tez, na talerzach pojawiają się sery – żółte, kozie, pleśniowe. Brie, camembert, roquefort, setki odmian od łagodnych poprzez wyraźniejsze w smaku, na najbardziej śmierdzących i wymagających skończywszy. Jak literaturę, jedni trawią je lepiej, inni gorzej. Czasem towarzyszą i orzechy, żeby goryczką skórki przełamać słonawo-tłustą nutę nabiału.

Ale posiłku nie można zakończyć nutą goryczy! To w tym momencie nadchodzi pora na desery, osłodzenie i rozluźnienie nastroju po znojach wcześniejszych rozpraw. Creme brulé, tarty z owocami, ciastka, ciasteczka, małe muffinki z kremem, lody, macarons, wszystko po to, żeby miłe miłym zakończyć. Cukier przenikający do krwioobiegu powoli wygasza rozmowy i zamyka książkę, podobnie jak coraz cięższe powieki pokrywają strudzone oczy przygotowujące się w ten sposób do sjesty. Sjesta?
Za chwileczkę, nie można zasnąć tak po prostu!

Przecież została jeszcze…kawa! Francuzi słynną café au lait piją jedynie rano, trochę jak dodatek do przyrządzanego z reguły na słodko śniadania. Potem, w ciągu całego, długiego dnia raz po raz sięgają po małe kubeczki espresso, zakańczając nimi również déjeneur i diner. Obowiązkowo po deserze, nie razem z nim. Jak na ostatnią kropkę przystało, krótko i konkretnie.

Lubicie francuską kuchnię? Może macie swoje ulubione przepisy? Podzielcie się w komentarzach, chętnie poznam:)

2 komentarzy

  1. Francuzi wiedzą od kogo uczyć się pić kawę. We Włoszech (a już na pewno w Lombardii) nikogo nie dziwi, kiedy po sutej kolacji zamówisz w restauracji późnym wieczorem espresso. I raczej trudno tam uświadczyć kogoś przesiadującego godzinami przy półtora litrowym wiadrze zimowo-karmelowego-rozgrzewającego-latte-srate, a kawiarnie bardziej przypominają nasze pijalnie wódki i piwa, niż Starbucksa 🙂 No a symboliczny kieliszek grappy już po zapłaceniu rachunku to już poezja!

    1. Ja wiem, że espresso to klasa. Ale nadal lubię zimowe-rozgrzewające-latte:D!

Dodaj komentarz