Strefa zdemilitaryzowana (DMZ) i Joint Security Area (JSA)

To chyba najbardziej oczekiwana wycieczka.
Teren ściśle wojskowy. Tragiczna historia.
Korea Północna na wyciągnięcie ręki, ale zabraniająca dłuższych spojrzeń czy uśmiechu.
Witamy w DMZ.

„Wizyta w strefie zdemilitaryzowanej, czterokilometrowym pasie ciągnącym się w połowie półwyspu koreańskiego, będącej dowodem teoretycznego zawieszenia broni, rzeczywistej granicy oddzielającej dwa ekstremalnie różne światy, które jeszcze 65 lat temu stanowiły jeden kraj.
Mamy więc południe, które w tym czasie podniosło się z poziomu życia bliskiego Etiopii, w zawrotnym tempie stając się jednym z 16 najbogatszych krajów świata i północ, której rozwój zatrzymał się na latach osiemdziesiątych XX wieku, która cierpiała (cierpi?) głód, nędzę i przymusowe uwielbienie dla komunistycznej partii.  Dziwnie było stąpać po tej niepewnej i pilnie strzeżonej ziemi, tak naprawdę będącej miejscem objętym nadal działaniami wojennymi. Chociaż rozejm podpisano, czuć ciągle napięcie, które i mi się udzieliło.
Nie czułam się pewnie.
W całej jednostce i DMZ panują surowe, wojskowe zasady i nikt z grupy wpuszczonej pod nadzorem na ten teren nawet nie ważył się im przeciwstawiać. Wydawałoby się, że to turystyczna wycieczka, ale jednak wyjątkowo słuchali się nawet Włosi i Hiszpanie. Trochę paradoksalna sytuacja, która w innych warunkach może nawet byłaby śmieszna, ale tym razem jakoś na twarzach nie zabłąkał się nawet cień uśmiechu. Nasza przewodniczka też najwyraźniej była spięta i koniecznie zależało jej, żeby wyjazd obył się bez żadnych ekscesów.”

Środkiem pasa, jakim jest DMZ przebiega linia demarkacyjna. Strefa powstała po wojnie koreańskiej, która zakończyła się w 1953 roku pozostawiając po sobie ponad milion min przeciwpiechotnych, linie anty – czołgowe, regularnie rozmieszczone wieże strażnicze – 80 po stronie południowej i ponad 200 po stronie północnej.
Przejeżdżamy przez tzw. Most Wolności do jednego z czterech tuneli, którymi poruszało się wojsko Korei Północnej, aby jak najszybciej przetransportować piechotę z uzbrojeniem. Jeden z tych tuneli znajduje się 76 m pod ziemią, a eksperci wojskowi twierdzą, że prawdopodobnie jeszcze 3 nie zostały nawet odkryte.
Sam Most Wolności to też ciekawa historia. Został zniszczony w trakcie wojny, pozostawiając wielką, betonową konstrukcję zawieszoną w pewnym momencie w pustce nad rzeką. Kilkanaście metrów od jego ruin wybudowano więc naprędce most dla pieszych, którym po wojnie koreańskiej wracali jeńcy wojenni.
Nie jest to jednak słynny „Bridge of no return”, który widać było z obszaru Joint Security Area. Ten bowiem, używany pod koniec koreańskiej wojny jest smutnym przykładem ultimatum, jakie zostało postawione jeńcom. Mogli oni albo pozostać w kraju, w którym zostali schwytani, albo wrócić poprzez ten most do swojej ojczyzny, z zastrzeżeniem, że decyzji tej nigdy już nie będą mogli cofnąć.  Działania wojenne podzieliły sztucznie Koreę na pół i niejednokrotnie rozdzieliły rodziny, a powrót i wzajemne informacje o sobie zostały zatarte w odmętach politycznych walk i prania mózgów.

Siedząc na podłodze w ciemnej, małej sali i oglądając film instruktażowy o historii i wyznaczaniu strefy zdemilitaryzowanej, musimy podpisać zbiór restrykcyjnych zasad, do których w ten sposób zobowiązujemy się stosować. Na zewnątrz świeci piękne słońce, kontrastując perfidnie z zasiekami, drutami kolczastymi i ostrzeżeniami o zaminowaniu terenu. Do tego wszędzie żołnierze, w większości młodzi chłopcy odbywający swoją obowiązkową służbę wojskową. W Korei praktycznie nie ma z niej zwolnienia, pobór zaczyna się od siedemnastego roku życia, a sama służba trwa 2 lata.
W tym momencie przypomniałam sobie narzekania przewodniczki, która uświadamiała nam, że tacy chłopcy, którzy najpierw 2 lata muszą spędzić wojsku, a potem kolejne 5 albo 6 lat na studiach, budzą się nagle z tej ciągłej bieganiny w wieku 30 lat, bez dziewczyny, bez rodziny, zaprogramowani jak roboty jedynie do pracy. Sounds familiar?
Spoglądałam na ich młode twarze, na grzeczny, typowo azjatycki uśmiech, który towarzyszył nam w kuluarach, a zmieniał się w zawziętość zaciśniętej pięści w pełnej gotowości służbowej.
Patrzyliśmy, jak stoją do nas tyłem, twarzami do budynku należącego już do Korei Północnej, nieruchomo, niezmiennie od kilkudziesięciu lat. To znaczy, chłopcy się zmieniają, nawet co kilka godzin, ale obraz, który oglądaliśmy można było porównać do pocztówek z lat osiemdziesiątych. Małe miasteczko (Panmujeom, czyli Joint Security Area – JSA), jest terenem ściśle wojskowym. Poinstruowano nas, żebyśmy pod żadnym pozorem nie wykonywali żadnych podejrzanych ruchów, nie wykrzykiwali podejrzanych haseł, ani nawet nie uśmiechali się za bardzo, jako że mogłoby to zostać potraktowane przez Koreę Północną w celach propagandowych przeciwko siłom ONZ…

Zobaczyliśmy też prawdziwą, rzeczywistą granicę pomiędzy Koreami. Bliżej już podejść się nie dało.
Granicą bowiem nie jest drut kolczasty ani wysoki mur. Granica przebiega wzdłuż linii mikrofonów dzielących na pół stół obrad, znajdujący się w jednym z pomieszczeń JSA. To tutaj prowadzono rokowania pokojowe i podpisano rozejm. Obowiązkowo oczywiście ze strażnikiem w postaci umundurowanego chłopca w ciemnych okularach, z zaciśniętymi pięściami.
Przejechaliśmy też do wieży obserwacyjnej Dora, skąd roztaczał się widok na północnokoreańską „propagandową wioskę” – miasto – makietę, które miało pokazywać, jak w Korei Północnej jest dobrze i dostatnio.
Lornetki były mocne, ale jednak nic oprócz szeregów budynków i ogromnej flagi nie udało nam się dostrzec.
Z flagą związana jest zresztą swoista rywalizacja.
W pewnym momencie oba kraje prześcigały się, kto postawi wyższy maszt, aż w końcu dorosły one do naprawdę niebotycznych rozmiarów – 160 metrów! I Korea Północna w ten sposób wygrała tę zimną, masztową walkę.
Walka toczy się jednak nie tylko na płaszczyźnie masztowej i politycznej –  dotyka nawet transport i kolej! Dorasan Station to stacja, wybudowana w 2002 roku, z którą wiązano naprawdę duże nadzieje połączenia handlowego pomiędzy Koreami, tym samym skracającego drogę z Korei Południowej do Chin. Zapał jednak był przedwczesny. Słomiany nawet. Wkrótce po otwarciu, nastąpiło kolejne tąpnięcie relacji między państwami, w efekcie czego stacja nie działa i do dzisiaj czeka na lepsze czasy.
A tory urywają się znienacka, tak jak dialog pomiędzy politykami, którzy nie potrafią dojść do porozumienia.

Wycieczka na DMZ – praktycznie

1. Zasady
Wycieczkę (zawierającą wizytę w JSA) trzeba wykupić zazwyczaj na 3 dni przed datą wyjazdu, jako że nasza obecność musi być wcześniej zgłoszona. Koniecznie trzeba mieć ze sobą paszport. I odpowiednio się ubrać.  Zakazany ubiór to koszulki bez rękawów, bezrękawniki, jeansy z dziurami, skórzane spodnie, skórzane spódnice, spodenki, krótkie spódniczki, wyzywające ubranie, sandały, japonki, odzież militarna. Jednym słowem – grzecznie. Jak do kościoła.

  1. Cena
    Wszystko zależy od trasy, jaką wybierzemy. Agencje turystyczne oferują kilka, uogólniając, są to trasy poranne (8:00 – 14:30) lub całodniowe (8:00 – 17:00). Poranne trasy w cenie posiadają zazwyczaj (pomijając transport i lunch), wizytę w Imjingak, Dora Observatory, Dorasan Station i 3rd Infiltration Tunnel. Całodniowa trasa powiększona jest o Camp Bonifas i JSA. Można przyjąć, że poranna trasa będzie kosztować około 50000 – 70000 KRW (od ok. 180 PLN), a trasa całodniowa 90000 – 130000 KRW (od ok. 320 PLN).
  2. Biura turystyczne
    Inne agencje turystyczne oferujące wycieczkę na Strefę Zdemilitaryzowaną w Korei: www.dmztours.com www.panmunjeomtour.com, www.seoulcitytour.net, www.jsatour.com, www.tourdmz.com, www.go2korea.co.kr, www.panmunjomtour.com

Dodaj komentarz