Kraina przypraw, czyli czym pachnie Grenada

Wielki dzień w końcu nadszedł.
Po to pędziliśmy na złamanie masztu, porwanie żagli, napinając do granic wytrzymałość, wykorzystując prądy i niejednokrotnie niosąc żagle ciut za duże, by tylko zdążyć. Zdążyć na przyjazd rodziny naszego kapitana, dla której wszystko musiało być jak najlepsze. I jak najbardziej na czas.

Jakoś nie widziały nam się czułe powitania, zresztą czuliśmy, że mamy pełne prawo móc wyrwać się w końcu z jachtu, więc odbieramy wynajęty dzień wcześniej samochód i uciekamy. Niech żyje wolność i swoboda, cała wyspa przed nami!
Ale nie, nie jest tak łatwo. Chcielibyśmy zagłębić się już w przyciągające zapachami ogrody i dżungle, obejrzeć z bliska kolorowe domy, ale pani z wypożyczalni sprowadza nas szybko na ziemię. Najpierw odwiedziny…na komisariacie policji.
Żeby móc prowadzić samochód na Grenadzie potrzebne jest lokalne prawo jazdy, glejt na kręte, nieoświetlone w nocy drogi. Nie ważne, czy potrzeba na 1 dzień, czy miesiąc, dokument wydawany jest od razu na dwa miesiące i kosztuje zawsze tyle samo, 60 dolarów wschodniokaraibskich. Niby dolary, a jednak po raz kolejny widnieje na niej młodsza o 50 lat twarz królowej Elżbiety II, Grenada pozostaje zrzeszona w rozplenionym na całym świecie brytyjskim Commonwealth.
Przerażające, gdy widać na własne oczy rozległość tej dawnej potęgi. Czy na pewno dawnej?
W końcu jest pozwolenie, leniwe kiwnięcie głową i machnięcie ręką, możemy iść.
Przed komisariatem kwiaty aż rażą po oczach żółcią i czerwienią, a niepozorne jaszczurki wydymają z przestrachem sporych rozmiarów podgardla, jakby chciały się dopasować kolorystycznie do kwiatowych kanonów.

Tego dnia objeżdżamy praktycznie całą wyspę.
Grenada przypomina kształtem migdał, a nieformalnie nazywana jest wyspą przypraw. Ja bym dodała jeszcze: to wyspa czekolady i destylarni rumu, ale niech zostaną same przyprawy.
Zapachy przy otwartych oknach przyprawiają o zawrót głowy.
Pachnie gałka muszkatołowa, orzechy, wanilia, chilli, cała plejada tropikalnych gwiazd nadających kuchni niepowtarzalny smak.

W Grand Etang National Park udajemy się na krótki trek do Wodospadu Siedmiu Sióstr, jednego z najsłynniejszych na wyspie.
Droga prowadzi przez rozbudowywaną plantację, właściciel korzystając z okazji pobiera niewielkie opłaty, ale za to można z bliska poobserwować pracę i uprawy, wyglądające jak wielkie, tryskające bujną zielenią szklarniane ogrody.
Niedaleko stolicy wyspy utworzono faktyczne „ogrody botaniczne”, ale ciągle zastanawiam się, w jakim właściwie celu? Po co, skoro cała wyspa to dżungla, wykarczowana jedynie w miejscach dróg i niewielkich domów, które wyciągnięte na drewnianych podpórkach niczym pałąkowatych szczudłach unoszą się czasami nad zaroślami metodycznie wcinającymi się w szczeliny, obejmujące mackami mury i pochłaniające opuszczone budynki, gdy tylko maczety przestaną je brutalnie ranić. Nierówna to walka, dżungla, podlewana deszczem i zasysająca wilgoć wprost z gęstego powietrza prędzej czy później wchłonie, oblecze kwiatami ściany, przykryje butwiejącymi liśćmi dachy – do zniknięcia.

Szlak nad wodospady rozmięka gdzieniegdzie błotem i z głośnym plaskaniem więzi, a potem uwalnia stopy, grzęznące nieco z każdym krokiem.
Zagłębiamy się w tą dżunglę, spowijani coraz mocniej przez intensywne zapachy, nad głowami zamyka się zielony, gęsty sufit, a bambusowe i porośnięte lianami ściany klaustrofobicznie się zbliżają. Na ścieżkach zastygają jaskrawozielone, drobne jaszczurki, nieudolnie kamuflujące się wśród rdzawoczerwonego, błotnego podłoża, oddychające krótko i nerwowo… ze strachu, a może z zaciekawienia?
My też zastygamy, tylko że na końcu – tam, gdzie roślinność przerzedza się, dopuszcza ciepłe promienie słońca, w słupach światła migocą zaś drobinki pary wodnej, wzburzane przez dwa kaskadowe wodospady, kończące się intensywnie lazurowymi jeziorkami. Eden.
I tak, oczywiście. W jeziorkach można było się kąpać, a z wodospadów skakać.

Dojeżdżamy aż na północno-wschodni kraniec z przepiękną, dziką plażą. Na Leverę rzadko kiedy docierają turyści, to w końcu przeciwległy kraniec, z dala od stolicy, na redzie której zwykle cumują ogromne wycieczkowce.
Levera więc pozostaje kameralna, wykorzystywana raczej przez mieszkańców Grenady – do pikników, spacerów, wyprowadzania psów, zabaw z dziećmi, jedzenia, grillowania… Całego życia, można by powiedzieć. Dalej, przedzielone tylko wąskimi cieśninami rozciągają się wliczane jeszcze do Grenady pomniejsze wyspy, a plaże, oprócz wystawiających z nor swe szczypce krabów często goszczą też żółwie morskie, niestrudzenie wędrujące tak jak my, przez Atlantyk.

Wszędzie pełno kolorów. Tu skala szarości nie istnieje, nie ma zastosowania. To odcienie całej palety, intensywne, a im kolorowiej, tym lepiej. Najbardziej jednak przebijają się trzy – czerwony, żółty, zielony, narodowe barwy wyspy. Rastafariańskie barwy.
Wszystko to bezbłędnie pasuje do panującego tu chillu, lekko latynoskiego klimatu z murzyńskim bałaganem, tworzącego karaibski tygiel, jedyny w swoim rodzaju.
Niebiesko – żółte przystanki busowe, reklamujące piwo Carib. Domy z ażurowymi tarasami i balkonowymi kolumienkami. Dzieci bawiące się wzdłuż ulic, dorośli obserwujący je z umiarkowanym, leniwym zainteresowaniem, zajęci niespiesznymi dyskusjami. Ewentualnie degustacją wspomnianego już piwa. Ewentualnie paleniem marihuany. Ewentualnie po prostu wpatrywaniem się w przestrzeń.

W wiosce rybackiej, Guyavie, na ulicach pustki, wydaje się wymarła. Ale nawet tu, na Karaibach, dzień wolny różni się od pracującego. Zresztą to nie byle jaki dzień wolny, tylko Wielki Piątek. Nie ma targów, nie ma popołudniowej sprzedaży. Jest cisza, spokój, plaże, palmy, kolory i czas dla rodzin i znajomych, na pogawędki, gry, picie i popalanie.
Nas jednak tego dnia przyciąga inna używka.
Ta, z której Karaiby słyną i nie, nie chodzi o rum.

Odwiedzamy w końcu małą, rodzinną fabrykę czekolady, mieszczącą się w przepięknym, kolonialnym, kamiennym budynku będącym dawniej, a jakże, destylarnią, teraz przekształconym jednak w pomieszczenie na prasy, kotły i formy tworzące aromatyczne tabliczki czekolady Juval. Są takie ze stuprocentowego kakao, są nieco słabsze, ale poziom kakao w czekoladzie nigdy nie spada poniżej 60%, a kostki w smaku niczym nie przypominają produkowanych masowo „milk” czy „wedli”. W jednych chrupią prażone kawałki ziaren kakao, w innych czuć delikatną nutę imbiru, jeszcze inne pachną gałką muszkatołową lub orzechami. Całość otoczona jest ekologicznym ogrodem i farmą kakaowców, po których za darmo oprowadzają pracownicy fabryki, zachęcając w ten sposób do degustacji.
Degustowaliśmy, i to jak! Nie tylko gotowe produkty, ale też świeże, soczyste pokrycia kakaowych nasion wydłubane wprost ze sporych rozmiarów, bordowych lub zielonych owoców! Komu potrzebny rum, gdy wokoło czekolada prawie że rośnie na drzewach?:)

Dodaj komentarz