Czy warto zwiedzać cuda świata, czyli Machu Picchu oczami korposzczura

Alternatywny tekst

Korzystając z okazji, że udało mi się na chwilę wyrwać klawiaturę z patykowych rąk, postanowiłem opowiedzieć Wam coś o jednym z najsłynniejszych widoków świata i Mekce wszystkich podróżujących – magicznej inkaskiej twierdzy Machu Picchu. Jeśli nie chcecie czytać dyrdymałów i dowiedzieć się w jaki sposób i za ile tam dotrzeć, oraz ile czasu trzeba na to poświęcić, przejdźcie na sam koniec notki.

Przy planowaniu podróży do Ameryki Południowej trudno nie rozważać zobaczenia na własne oczy kilkusetletniej perełki inkaskiej inżynierii i architektury, zaliczanej jako jeden z siedmiu największych cudów świata. Już sama okładka przewodnika Lonely Planet nie pozostawia wątpliwości co jest atrakcją numer jeden w tym rejonie, także gdybym nawet chciał zapomnieć o wybraniu się tam, to byłoby raczej trudno. A prawdę mówiąc, nie był to mój numer jeden jeżeli chodzi o miejsca, które chciałbym odwiedzić – bo miejsce jest tak oklepane, widok tak znany, turystów tak dużo, a ceny tak wysokie (za to należy podziękować wypchanym amerykańskim portfelom), że może lepiej byłoby w tym czasie porobić coś innego.

Koniec końców, miejsce okazuje się jednak na tyle intrygujące, a kultura Inków na tyle fascynująca, że postanawiamy przełknąć wszystkie niesnaski płynące z wszechobecnej komercjalizacji Machu Picchu i bladym świtem wsiadamy w busa, który zawiezie nas tak blisko celu, jak to tylko możliwe. A blisko wcale podjechać się nie da – jest kilka sposobów dostania się na Machu Picchu, od kilkudniowych treków, przez podróż pociągiem z Cusco, aż po transport kombinowany busem do końca istniejącej infrastruktury drogowej, a potem podróż… z buta. Na co by się nie zdecydowało, celem każdej podróży jest miasteczko Aguas Calientes, z którego rozpoczyna się bezpośrednie podejście do twierdzy Inków. Szczególnie warty uwagi jest tutaj wariant pociągowy, gdyż odcinek Cusco – Aguas Calientes to jeden z nielicznych przykładów peruwiańskiej infrastruktury kolejowej, a jeśli obliczy się koszt jednego kilometra przebytego tym pociągiem, to okaże się, że mamy do czynienia z najdroższą linią kolejową na świecie. Jak się pewnie domyślacie, nie był to wariant który jakkolwiek braliśmy pod uwagę 🙂 Urok Machu Picchu polega na niedostępności i tajemniczości tego miejsca – z doliny oplatającej górę nie widać ani jednej cegły zdradzającej istnienie magicznego miasta, co też prawdopodobnie było celem Inków uciekających przed naporem bezwzględnych Hiszpanów. Zbudować swojemu bogu – słońcu twierdzę idealną, niezdobytą, niedostępną dla tych, którzy nie wiedzą o jej istnieniu i nie znają jej dokładnego położenia. W dużej mierze im to się udało, bo Machu Picchu zostało odnalezione dopiero w XX wieku. Z tych wszystkich względów zdecydowaliśmy się nie iść na kolejową łatwiznę (tak naprawdę po prostu nie mamy na to kasy :)) i inkaską twierdzę zdobyć po części na własnych nogach.

Pierwszy etap naszego podejścia na Machu Picchu zaczynał się w miejscowości Hidroelectrica, w której kończy się infrastruktura drogowa i musieliśmy opuścić naszego rozkletanego busa. Sam bus oraz podejście Peruwiańczyków do bezpiecznej i komfortowej jazdy to materiał na osobną opowieść; w każdym razie jeśli chcecie zaznać nieco peruwiańskiego folkloru komunikacyjnego i poczuć się jak worek ziemniaków na pace, to zdecydowanie polecam 🙂 Od tej pory żeby dotrzeć do Aguas Calientes mieliśmy dwa wyjścia – wsiąść w pociąg na jego ostatnim odcinku albo iść pieszo wzdłuż torów (a czasem nawet po nich). Ponieważ 12 km pieszo po w miarę płaskim nie wydaje się specjalnie przerażające, a ja musiałem udowodnić, że zakup nowych butów trekkingowych był uzasadniony, to bez wahania ruszamy w drogę o własnych siłach. Wzbudzamy przy tym niemałe zaskoczenie podróżującego z nami Niemca, który dziwił się, że nie czekamy aż kierowca naszego busa powie nam w którym hostelu mamy zarezerwowany nocleg (ale jak to nie macie zarezerwowanego hostelu?) i gdzie mamy odebrać bilety uprawniające do wstępu na Machu Picchu (ale jak to nie macie kupionych biletów?). Odcinek prowadzi wzdłuż doliny okalającej Machu Picchu, obfituje w pocztówkowe widoki i nie jest specjalnie wymagający. Z grubsza chodzi o to, żeby iść wzdłuż torów, a jak jedzie pociąg, to raczej nie wchodzić mu w drogę. Poziom adrenaliny podnosił się nieco, kiedy za plecami słychać było gwizd nadjeżdżającej lokomotywy, a droga wymagała stąpania po szynach albo podkładach kolejowych, na przykład w tunelu lub przez most („przyjedzie – nie przyjedzie, zahamuje – nie zahamuje, zdążymy – nie zdążymy?”). Na szczęście prędkość składu nie przekraczała 30-40 km/h i czasem miało się wręcz wrażenie, że pociąg musi przepychać się pomiędzy turystami idącymi jego drogą.

Po dwóch godzinach bitego marszu z plecakami docieramy do centrum Aguas Calientes. Podświadomie ścigamy się z czasem i z przewodnikami mówiącymi, żeby liczyć na ten odcinek ok. 2,5h, konsekwentnie wyprzedzając wszystkich turystów i siebie nawzajem. Niestety czas jest nieubłagany i dwie godziny za nic nie chcą się skrócić. Szybszy od nas był tylko jeden Japończyk, który po kamienistej drodze, szynach i podkładach kolejowych szedł w… japonkach, a jakże! Sens zakupu butów trekkingowych znowu zniknął gdzieś za horyzontem, natomiast Japończyk mile nas zaskoczył opowiadając o swoim uwielbieniu dla muzyki Chopina. Samo Aguas Calientes to miejscowość typowo turystyczna, w której przebywają backpackersi i nadziani amerykańscy turyści, nocujący w pięciogwiazdkowych hotelach tylko po to, by rano zapakować swoje iPady do busów i pojechać nimi… na sam szczyt Machu Picchu. Otóż tak – do Aguas Calientes nie prowadzi żadna droga poza kolejową, całe zaopatrzenie jest transportowane pociągiem, ale pierwszym dźwiękiem który przywitał nas po wejściu do otoczonego górami miasteczka był sygnał cofającej ciężarówki. Okazuje się, że przedsiębiorczy Peruwiańczycy przewieźli autobusy pociągiem, wydrążyli drogi w skale i wożą turystów prawie pół kilometra wzwyż z Aguas Calientes niemalże na sam szczyt Machu Picchu. Nie będę oceniał takiego posunięcia, bo przy niewątpliwym zabijaniu uroku i mistycyzmu całego miejsca dla niektórych jest to jedyny sposób na zobaczenie legendarnego miasta Inków – ludzie na wózkach inwalidzkich na szczycie góry nie należą do rzadkich widoków.

My oczywiście ze względu na finanse i pewne niedogodności płynące z jazdy autobusem, a także chęć zdobycia szczytu samodzielnie, wybieramy wariant pieszy i już o 4:30 nad ranem następnego dnia niczym w boksach startowych ustawiamy się przed zamkniętą bramą rozpoczynającą podejście na Machu Picchu. Po półgodzinnym oczekiwaniu na otwarcie możemy wreszcie rozpocząć ostatni etap podróży do mistycznego miasta Inków, który ostatecznie zajął nam około 80 minut. Nasze załadowane pod korek i ważące chyba z tonę plecaki oczywiście poszły z nami i na każdym kroku przypominały naszym plecom o swojej obecności, no ale w końcu nie każdy 45-litrowy plecak może się pochwalić zdobyciem Machu Picchu i należeć dzięki temu ido elity Plecaków przez duże „P”.

Machu Picchu na żywo oczywiście zapiera dech w piersiach pod każdym możliwym względem. Samo położenie jest zupełnie abstrakcyjne – to tak jakbyście po zdobyciu Rysów ujrzeli doskonale zorganizowane miasto mogące pomieścić setki, jeśli nie tysiące, mieszkańców. Ogromne wrażenie robi też legendarna inkaska precyzja i schludność – mamy do czynienia z miastem wybudowanym około pół tysiąca lat temu na szczycie góry, a wszystkie zabudowania wyglądają jakby wyszły spod linijki. Najważniejsze budynki (czyli oczywiście świątynie boga – słońce) były budowane z doskonale dopasowanych głazów bez użycia praktycznie żadnego spoiwa i po dziś dzień opierają się erozji, wietrzeniu, trzęsieniom ziemi i nieubłaganemu upływowi czasu. Miasto jest przy tym zupełnie autonomiczne – woda została doprowadzona ze źródła na pobliskim szczycie korytarzem liczącym kilkaset metrów długości, a na zboczach góry pobudowano tarasy pozwalające na uprawę roślin w tych wysoce niesprzyjających warunkach. Całości widoku dopełniają panoszące się wszędzie lamy, które choć sprawiają wrażenie nigdy nie skażonych żadną formą inteligencji, to pełnią pożyteczną funkcję ekologicznej kosiarki do trawy.(Wbrew temu, co Piotrek pisze, lamy zajmowały jego uwagę chyba jeszcze bardziej, niż ruiny…samych zdjęć małej lamy mieliśmy kilkadziesiąt. Marta)

Garść informacji dla niecierpliwych:
Stacjonując w Cusco na zwiedzenie Machu Picchu trzeba przeznaczyć minimum dwa dni, w tym jedną noc w Aguas Calientes (50 soli za pokój dwusobowy z prywatną łazienką bez śniadania, udało nam się znaleźć bez większych problemów na miejscu bez wcześniejszej rezerwacji). Z Cusco należy udać się busem do miejscowości Hidroelectrica (dalej drogi już nie ma) – taki transport można wykupić w Cusco w jednym z wielu biur przy Plaza de Armas, 55 soli od osoby za podróż tam i z powrotem (targujcie się – Marta zaczęła negocjacje od 70 soli, wychodząc z biura usłyszała 60 soli, po zagrożeniu udaniem się do innego biura skończyło się na 55 solach), ok. 7-8 godzin w jedną stronę. Busy odjeżdżają zazwyczaj z samego rana (7 AM), podbierają bezpośrednio spod hostelu. Po dotarciu busem do Hidroelectrici trzeba udać się w stronę torów i iść wzdłuż nich 2-2,5h aż do Aguas Calientes. Na Machu Picchu trzeba wykupić bilet wstępu (128 soli dorośli, 64 soli studentasy legitymujące się kartą ISIC) – liczba turystów jest ograniczona do 2500 dziennie, można dokonać wstępnej rezerwacji przez internet lub obserwować tam ile biletów jeszcze zostało. Z naszych obserwacji na początku lipca wynikało, że codziennie zostaje ok. 100 biletów, w związku z czym nie robiliśmy wcześniejszej rezerwacji i opłaciliśmy wstęp w biurze w Aguas Calientes (czynne do 8 PM) w przeddzień wejścia na Machu Picchu. Podejście Aguas Calientes – Machu Picchu można zaczynać od 5 AM (wcześniej brama jest zamknięta) i trwa 80 minut pod górę i niecałą godzinę w dół. Na samej górze trzeba oddać większe plecaki do przechowalni (6 soli).

Podsumowując:
– transport Cusco – Hidroelectrica – Cusco: 55 soli na osobę,
– nocleg w Aguas Calientes: 25 soli na osobę,
– wstęp na Machu Picchu 128 soli na osobę dorosłą, 64 sole z kartą ISIC,
– przechowalnia bagażu: 6 soli od sztuki.
W sumie 214 / 150 soli na osobę bez jedzenia. Taniej raczej się nie da 😉

 

4 komentarzy

  1. Zacznę od zachwytu, który zalewa moją duszę udręczoną czytaniem słabych językowo blogów. Od pierwszego wpisu nie mogę wyjść z podziwu nad polotem pisarskim Marty i rzeczowością Kwiatka.

    W Peru byłam parę lat temu, więc z jeszcze większą ciekawością czytam i porównuję wrażenia. Dla mnie Machu było przeciętne, mistycyzm czułam tylko na podejściu przez las o świcie, a najwięcej wrażeń dostarczyły mi lamy (a jakże!).

    Jeżeli macie jeszcze czas na Peru, polecam wycieczkę do Kanionu Colca na końcu świata. Widoki zwalają z nóg!

  2. Piękne widoki i ciekawe opisy. Machu Picchu w moich przyszłych planach. Pozdrawiam Was serdecznie. I duuuuuuużo zdjęć proszę.

  3. Super, że Wam się podobało. Trafiliście świetną pogodę, jaka widoczność! Cieszę się, że przetrwaliście rajd serpentynami wąskich dróg 😉 Pozdrawiamy Was

  4. Zawsze marzyłam, żeby tam pojechać , ale cieszę się ,że mogę obejrzeć Machu Picchu Waszymi oczami, wspaniały opis korposzczura .Cudowne zdjęcia , POZDRAWIAM!!!!

Dodaj komentarz