Cusco – miasto turystyki, churros i…prania

Początkowo nie spodziewaliśmy się, że Cusco stanie się naszą bazą wypadową, ale tak jak wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, tak też wszystkie drogi w okolicy prowadziły do dawnej stolicy imperium Inków.
Pierwsze, co nasz przywitało (oczywiście oprócz propozycji noclegów, taksówek czy kolejnych autobusów na dworcu) to… słońce i zadyszka. Nagle czuliśmy, jakby z każdym oddechem do płuc nie dostawało się odpowiednio dużo powietrza, zaciągaliśmy się jak ryby wyciągnięte z wody i dyszeliśmy po przejściu kilkunastu kroków. Szczególnie pod górkę. Szczególnie z plecakami. No cóż, jednak nocny przejazd z poziomu morza to prawie 3500 metrów ponad nim nie był wystarczającą aklimatyzacją. Na szczęście ograniczyło się to w moim przypadku jedynie do zmęczenia i konieczności przystawania co kilka kroków, ale niektórzy faktycznie przechodzą to duużo gorzej. I właściwie nie ma skuteczniejszego sposobu, niż się po prostu przyzwyczaić, albo zjechać niżej i ponownie, po jakimś czasie, powrócić w tereny wysokogórskie. Wszyscy oczywiście polecają liście koki, ale sztachamy się herbatkami z koki, cukierkami z koki i nic, nie trzepie w ogóle;) Może dlatego, że koka ma mieć działanie bardziej jak teina czy kofeina, dodające energii, a nie uwalniające od objawów choroby wysokościowej, ale każdy woli zawsze trochę podkoloryzować.
Hostelu szukaliśmy na miejscu, wchodząc co chwilę do noclegowni, których jest niezliczona ilość, ceny jednak niekoniecznie przypadały nam do gustu, w końcu udało mi się stargować cenę do akceptowalnej i zostaliśmy. Z założenia na dwie noce, potem wróciliśmy na kolejne dwie. Przy okazji zaczepił nas na ulicy zaaferowany backpackers pytający, czy znaleźliśmy gdzieś miejsce, gdzie można by zjeść obiad za mniej niż 20 soli. Był naprawdę przerażony. I tak, był bratem zza wschodniej granicy:) Życzyliśmy sobie wzajemnie powodzenia w poszukiwaniach, a potem trochę uśmiechałam się pod nosem, bo znaleźliśmy całkiem sporo obiadów (menu del dia rządzi) za 5 – 6 soli. Jak na naszych stołówkach.
Cusco robi zdecydowanie lepsze wrażenie niż Lima, chociaż styl jazdy kierowców i zamiłowanie do trąbienia w każdej możliwej sytuacji pozostają te same. W ogóle mam wrażenie, że w Ameryce Środkowej i Południowej im głośniej, szybciej, więcej, bardziej – tym lepiej. Dla nas to dużo za dużo, dla nich w sam raz.
Włóczyliśmy się cały dzień po wąskich uliczkach, biegnących raz w górę…raz w dół….górę…ugh…w dół, przystając co.kilka.kroków…
Tym razem nie spieszyliśmy się nigdzie, ale nie mieliśmy też specjalnie ochoty na muzea czy katedry (choć miasto ma do zaaferowanie sporo, jeżeli chodzi o tradycyjne zabytki. Całe centrum jest właściwie gigantycznym zabytkiem, ja jednak czasem wolę po prostu pospacerować, popatrzeć na ludzi, posiedzieć na ławce czy porobić zdjęcia – poprzez barwny tłum ludzi z całego świata przebijały się bajecznie kolorowe stroje tradycyjnie obranych kobiet, gdzieś na boku żuły trawę lamy (alpaki?…problem ten frasował nas na tyle, że poradziliśmy się wujka Google, jak się okazało, było to jedno z najpopularniejszych haseł; zarówno lamy jak i alpaki należą do tej samej rodziny, alpaki są za to mniejsze i bardziej puchate; w skrócie można to ująć, że alpaki są słodkie, a lamy to po prostu…lamy), a oko przyciągały też wielobarwne koce, w których peruwianki noszą dosłownie wszystko. Od ubrań na zmianę, przez dzieci, do jedzenia czy zwierząt. Wszystko.
Fascynujący jest też sposób ich zakładania, bo raz przyjrzałam się, jak obfita w kształtach kobieta położyła taki koc na chodniku, na nim swoje dziecko, szast prast zawinęła w trójkąt i zamaszystym ruchem zarzuciła na ramiona. No cóż, dziecko się cieszyło, nikt nie ucierpiał.
W Cusco nawet flaga miasta jest w kolorach tęczy, od początku kojarząc się oczywiście z gay pride – szukaliśmy informacji na ten temat i nie, Cusco nie szykowało się do gigantycznej parady równości, tylko były to kolory wielbione przez Inków i stanowiące od tamtego czasu znak rozpoznawczy miasta.
Inna rzecz, która rzucała się w oczy, to wszechobecność…ofert prania, tak jakby było to miasto brudasów, albo jakby pralka nie była przewidziana w przeciętnym domostwie. Skoro tak zachęcają, zrobiliśmy pranie. Nawet dwa razy. Za drugim razem z sukcesem (ale o tym później), za pierwszym razem…za późno zorientowałam się, że sporo rzeczy zostało zgubione, w tym…prawie cała moja bielizna. Seria niefortunnych zdarzeń teraz z formatu makro skupia się na formacie mikro, ale wkurza tak samo.
Jako że następnego dnia mieliśmy z samego rana ruszać na Machu Picchu i nie mogłam bulwersować się osobiście, bulwersowałam się poprzez list wciśnięty w bramę. I postanowiłam sobie, że nie odpuszczę.
Nie odpuściłam, prałam w rękach, a po czterech dniach (tuż po powrocie z Amazonii, ale o tym też później), odzyskałam pokaźną paczuszkę, do której dołączony był mój zbulwersowany list. Radość tylko trochę mniejsza niż po odzyskaniu plecaków, widocznie człowiek wcale nie potrzebuje nowych rzeczy – wystarczy zgubić stare i je odzyskać, smakują jak nowe.
Jeżeli zaś o smaki chodzi, odkryliśmy coś zupełnie ekstra. Włócząc się już nieco dalej od Plaza de Armas, w okolicach Mercado San Pedro, natrafiliśmy na lokalną piekarnię, a w niej najlepszą rzecz, jaką do tej pory jadłam, czyli peruwiańskie churros (różniące się znacząco od hiszpańskich i tych, które jedliśmy w Limie), podłużne pączki smażone na głębokim tłuszczu, w środku z masą kajmakowo – karmelową i jeszcze obtoczone w brązowym cukrze. Pychota! Adios, dieta!
Co prawda Piotrek nie wspomina ich tak dobrze jak ja, bo…jakby to ująć…Inkowie zemścili się na nim za łakomstwo…
Ale na mnie nie, więc po churros wracałam jeszcze dwa razy, za każdym razem, kiedy przepakowywaliśmy się w mieście.
Bo tak naprawdę samego zwiedzania jest może na 2 dni, potem zajęliśmy się organizacją naszego dalszego czasu, czyli zaplanowaniu obławy na top tourist destination in South America według Lonely Planet oraz wyprawy do dżungli, o którą suszyłam głowę od momentu pomysłu podróży w te tereny. Ofert jest mnóstwo, wystarczy pochodzić, pytać rozmawiać i targować się, zawsze się targować!

4 komentarzy

  1. Piękne zdjęcia !! Kiedy zjecie świnkę morską ? 🙂

    1. Świnka definitywnie w planach! W Puno nawet widzieliśmy dwie, dzikie (!), pasące się w krzakach przy porcie, ale niestety nie udało nam się ich złapać (nawet aparatem 🙁 ) Na razie delektujemy kurczaki z ryżem na wszystkie możliwe sposoby (najniżej udało nam się zejść do 5 soli), a mój żołądek dochodzi do siebie po klątwie Inków nabytej w Cusco 😉

  2. Myślałam ,że Indie są najbardziej kolorowym krajem na świecie, a tu masz Peru; tyle barw….musicie się tam czuć cudownie . Wspaniałe zdjęcia. Trzymajcie się!!!!

    1. Folklorystyczne panie Peruwianki chwalą się, że odkąd ściągają tanie sztuczne barwniki z Chin to już nie muszą cackać się z barwieniem naturalnymi metodami i osiągają dużo lepsze kolory 😀

Dodaj komentarz