Co zwiedzić w Sarajewie, a raczej o tym, jak otworzyć zmysły na inność

Nie jest łatwo pisać o bośniackich miastach. Nie jest łatwo pisać o Bośni i Hercegowinie. Ani w ogóle o Bałkanach.
Za dużo świeżej, niezabliźnionej jeszcze historii, mieszanki kultur, zwyczajów i religii, zawikłanych konfliktów i wzajemnych relacji. Ale może dlatego, że to kraj niełatwy, zaintrygował nas do tego stopnia, że czujemy ewidentny niedosyt. Bośni trochę zasmakowaliśmy, ale zdecydowanie przypomina to bardziej delikatne zaspokojenie apetytu, wręcz oszukanie głodu, niż świąteczne obżarstwo.
Zarzekaliśmy się też wielokrotnie, że za miastami nie przepadamy. A już w ogóle za takimi głośnymi, brudnymi, lekko chaotycznymi. Jak to więc się stało, jak to się stać mogło, że do Sarajewa zapałaliśmy uczuciem niemalże płomiennym? No dobra, płomienne to zbyt mocne słowo, ale na pewno zaciekawionym. Początkowo nieufnie, spod przymrużonych powiek oślepianych południowym słońcem spoglądaliśmy na tę metropolię, ale gdy tylko rozpoczęliśmy włóczęgę, miasto nas wchłonęło, wciągnęło, przyzwyczaiło i rozkochało.

SARAJEWO


Chyba nie dam rady napisać konkretnie, co koniecznie należy zobaczyć w Sarajewie. To nie będzie przydatny wpis. Dlaczego?
Być może dlatego, że Sarajewo trzeba POCZUĆ. Bez planu, bez oczekiwań, po prostu otworzyć szeroko oczy i chłonąć. Wszystkimi zmysłami. Dać się zaskoczyć. A zaskoczenia potem kolekcjonować i przechowywać w pamięciowym albumie wspomnień, który można nawet zatytułować: „Top atrakcji Sarajewa”. Jeśli tylko chcecie :).

Zmysł wzroku

W oczy rzucają się przede wszystkim wszechobecne kontrasty. Czerwone dachy. Białe cmentarze. Złocone kopuły, strzeliste minarety przecinające cięciwą wież wieczorne powietrze. Tuż obok kamienne, przysadziste bryły katolickich kościołów. I dość futurystyczny pomnik Jana Pawła II przed największym z nich.
Na ulicach paleta wszelkich możliwych odcieni – kolorowe chusty przykrywające głowy, zmieszane z jaskrawością ubrań „Europy Zachodniej”, tonowane czernią ortodoksyjnych hidżabów.
W stolicy Bośni warto mieć oczy szeroko otwarte. I wyostrzone na szczegóły. Być może dostrzeżecie wtedy sarajewskie róże, czyli podbarwioną na czerwono żywicę wypełniającą ubytki w chodniku czy ulicy w miejscach, gdzie spadł pocisk moździerzowy i pozbawił życia trzy przypadkowe osoby.
Być może pomimo świeżej, krwawej historii rzuci się Wam w oczy przecinający główny deptak napis „Sarajevo meeting cultures”, przypominający o dawnej etykietce najbardziej orientalnego, a jednocześnie najbardziej tolerancyjnego miasta na kontynencie europejskim.

Zmysł słuchu

Usiądźcie wygodnie w jednym z kawiarnianych ogródków, zamknijcie oczy i włączcie kolejny zmysł. Wsłuchajcie się w multikulturowy gwar, w pomieszane głosy ludzi z całego świata, w hipnotyzujące wołania muezinów dobiegające z licznych minaretów.
Za to jeśli przeniesiecie się w czasie o zaledwie 20-25 lat, usłyszycie nieustające strzały oddawane przez dwadzieścia miesięcy oblężenia Sarajewa.
Jeżeli oddalicie się jeszcze bardziej, strzały staną się pojedyncze, ale zmieniające bieg historii. Naprzeciw Muzeum Sarajewa przez rzekę przerzucony jest most, zwany Łacińskim, z którego Gavrilo Princip wycelował i strzelił w kierunku arcyksięcia Ferdynanda i jego żony Zofii, co symbolicznie uznaje się za początek I wojny światowej.
Ślady po kulach będą towarzyszyć na każdym kroku. Szczególnie, jeśli zabłąkamy się poza zaszpachlowaną i podniesioną z gruzów starówkę. Nie ma budynku, który by nie ucierpiał, tak jak nie ma rodziny, która nie poniosłaby strat w bałkańskim konflikcie.
Tym bardziej warto rozmawiać, słuchać, co mają do powiedzenia wszystkie strony i uczyć się – uczyć się historii na żywo.

Zmysł węchu

Węch nie jest najmocniejszym ludzkim zmysłem. Coraz więcej naukowców wręcz jest zdania, że ulega on regresji, tak jak inne nieużywane czy niepotrzebne ludzkie wyposażenie. Jest jednak coś, co zmysł ten bez wątpienia pobudzi, szczególnie o poranku. Bosanska kafa.
Drobno zmielona, przygotowywana w tradycyjnych i charakterystycznych miedzianych tygielkach zwanych dżezwa (wybaczcie spolszczenie). Mocna i gęsta. Podawana w malutkich filiżankach o objętości porównywalnej do espresso. Obowiązkowo ze szklanką wody i czymś słodkim, co u nas równało się kandyzowane, domowe figi. Kawą poczęstował nas tuż po przyjeździe nasz host Mickey i od razu zrozumieliśmy, że to swoisty rytuał. Niby spieszyliśmy się na zwiedzanie miasta, dzień powoli się kończył, ale wszyscy zgodnie podostawialiśmy krzesła do małego, ogrodowego stolika i spijaliśmy delikatną piankę z czarnej kawy, wsłuchani w opowieści i rady gospodarza. Nawet ci, którzy za kawą nie przepadają. Na Bałkanach po prostu smakuje inaczej.
A co do kawy? Dla Bośniaków przede wszystkim papierosy. Czuć je na ulicach i pomiędzy kawiarniami, zmieszane z słodszymi aromatami fajki wodnej. Podobno w czasie oblężenia Sarajewa były nie tylko towarem deficytowym, który jednakowoż zawsze „jakoś się skombinowało”, ale także walutą. A gdy w zakładach tytoniowych zabrakło papieru na opakowania, pakowano je w wydarte strony z książek. First things first, a co!:)
Jeśli komuś mało jest mocnych wrażeń zawsze może zapuścić się w mniej znane i ciemniejsze uliczki. Mieszanki wszelkich dostępnych alkoholi do degustacji w zestawie. Nowi przyjaciele gratis. A na dokładkę pobudzenie przytępionego ewolucyjnie zmysłu węchu innym proszkiem. Tym razem białym. Usypanym w kształtną kreskę.
Ale ja tam nie wiem. Koledzy mówili.

Zmysł dotyku

Dotknijcie rozgrzanych ścian, pamiętających czasy świetności i upadków kilku imperiów różnych kultur. Odnaleźć można ukryty pasaż handlowy datujący się na połowę XVI wieku. Przejechać palcem po murach meczetów zdobnych delikatnymi, abstrakcyjnymi detalami, drewnie cerkwi i kamieniu kościołów.
Zgubić się na targu i znowu zdziwić mieszanką wrażeń, nawet pośród pamiątkowych dupereli. Bo jak nie odczuwać sprzecznych emocji, kiedy w jednej ręce trzymać możemy tureckie świecidełka, biżuterię i zastawę, a w drugiej długopisy i modele samolotów wykonane z pozostałych po wojnie łusek od nabojów?
Po tym wszystkim można się jednak ochłodzić. Umyć, zdystansować i oczyścić. Pod koniec okresu panowania tureckiego w mieście istniało bowiem 156 kamiennych fontann i kraników z wodą – na placach, skrzyżowaniach dróg i oczywiście przy meczetach, gdzie służyły ablucjom i gdzie spotkać je można do dzisiaj. Najsłynniejsza fontanna stoi w centrum placu Baščaršiji, stanowiąc nie tylko źródło wody, ale także miejscowy punkt spotkań i panoramę na toczące się gwarne życie. 

Zmysł równowagi

Zakręcić się w głowie może już od samego jeżdżenia po krętych, wąskich uliczkach. Do tego bardzo często jednokierunkowych. Do tego (dla ułatwienia) równie często zastawionych samochodami mieszkańców, którzy bezceremonialnie zatykają małą tętniczkę miasta, bo zwyczajnie mają wtedy bliżej do domu.
Błędnik wariuje od wspinania się po wzgórzach, na których (albo z których) stworzone jest miasto. Jak okiem sięgnąć, niezależnie od położenia głowy, gdzieś ponad nami będzie się wznosić ulica, most, domy. Domy z przekrzywionymi ścianami, w których nie wiadomo, czy to obraz wisi prosto, czy podłoga jest krzywa, czy szafka nie zjedzie zaraz po równi pochyłej, czy może to wszystko jest jednak tylko efektem przedawkowania rubasznej gościnności nowo poznanych przyjaciół z sarajewskich pubów?
(Ściany i podłoga w naszym domu na jedną noc faktycznie były krzywe. I nie, nawet na trzeźwo. To efekty trzęsienia ziemi, z których ostatnie nawiedziło BiH w 2012 roku).

Zmysł smaku

Sarajewo smakuje burkiem. I nie chodzi bynajmniej o naszego pospolitego kundla. Miasto nie obfituje w psich kompanów, za to w burki już owszem. Nie tylko na twarzach muzułmańskich kobiet.
Burek to znany i popularny właściwie na całych Bałkanach fast food tureckiego pochodzenia (szkoda, że nie zglobalizował się tak dobrze jak kebab…), zbiorcza nazwa ciasta podobnego do francuskiego lub filo podawanego z różnymi nadzieniami. Klasyczny jest mięsny, ale ilość nadzień ogranicza właściwie jedynie zasobność lodówki i pomysłowość, co uświadomił nam Mickey, u którego nocowaliśmy (który tak naprawdę wcale się tak nie nazywał, ale biorąc przykład z azjatyckich gości nadał sobie pseudonim, żeby każdemu łatwiej było zapamiętać; początkowo wydało mi się to dziwne; potem zapytałam go o imię; kiedy po godzinie nie pamiętałam imienia za to Mickey wgryzło się w pamięć jak wygłodzony turysta w hamburgera – zrozumiałam ideę).
Jest więc sirnica (czyli nadzienie ze słonawego, przypominającego oscypka sera), zjelenica (ze szpinakiem) – i na tym kończyła się przyswojona przed wyjazdem znajomość bośniackiego języka – krompiraca (z ziemniakami), z dynią, z-czymkolwiek-bądź-i-tak-jest-dobre.
Burek to obiad, ale także przekąska. Śniadanie i kolacja. Do tego stopnia popularny, że powstały nawet specjalne miejsca sprzedające tylko i wyłącznie burki, o wdzięcznej nazwie buregdžinica.
Ale Sarajewo to także smak gorącego croissanta z parzącą podniebienie czekoladą, kupionego w jednej z niezliczonych pekar (czyli piekarni) wciąganego na głównym placu Baščaršiji na stopniach studni (zwanej Sebilj), kiedy miasto powoli budzi się do życia, a gwarne wieczorem ulice starówki jeszcze świecą pustkami i zaskakują spokojem.

Mogłabym jeszcze pisać o przymusowym powrocie do stolicy BiH i uruchomionych wszystkich możliwych zmysłach podczas zwiedzania „szlakiem serwisów samochodowych”, ale chyba pozostawię ten temat dla Piotrka na deser. 🙂

A Wy, co najbardziej lubicie w egzotycznych miastach? Które wrażenie zapamiętujecie najdłużej?

  • Pietrek

    Rozumiem zachwycenie neofity Bośnią. Niestety muszę Pana zmartwić: polsko-bośniackie kontakty są bardzo stare (gorzkie dla Bośniaków znających swoją historię) choć nawiązywane od nowa w każdym pokoleniu. Dlatego słowa dżezwa nie trzeba spolszczać – znajduje się w Słowniku Języka Polskiego!

    • http://patykiempisane.eu Marta

      Faktycznie, dżezwa istnieje w SJP, przyznaję rację. Natomiast trzymając się słownikowego znaczenia, nie rozumiem, w jakim kontekście miałoby pasować użyte słowo “neofita”. Z chęcią przeczytam wyjaśnienie.
      Pozdrawiam,
      Marta

  • Danka

    To hipnotyzujące nawoływanie mułzeimów to właściwie słowo,a poza tym zgłodniałam.☺

    • http://patykiempisane.eu Marta

      Dziękujemy! A na głód polecamy burek!:)