Co zapamiętać z Kanarów

– Czyli Patyk nie radzi…

Po słodkich delfinkach i rozczulaniu się słońcem, wiatrem i falami znalazł się jednak czas na smutną refleksję. Szczyptę zażenowania nawet. Refleksja zaczęła się od das Menü, der Fisch i Kartoffeln. Pogłębiła się, gdy spośród posiwiałych, podobnie ubranych starszych ludzi, mówiących do siebie w języku zza naszej zachodniej granicy, trudno było wyłowić Hiszpanów. Kanaryjczyków właściwie, bo jak każda Comunidad Autonoma, również Wyspy Kanaryjskie dbają o swoją odmienność. Przylecieliśmy na wyspy, u wybrzeży Afryki, a miało się wrażenie, że czasy kolonializmu wcale nie odeszły do lamusa, lecz nadal święcą triumfy. I chociaż na historii czy geografii nie wspominano o niemieckich koloniach, to jednak takowe są. Mają się całkiem dobrze. Rosną.
Może właśnie dlatego wybałuszyłam oczy, gdy nagle, z dala od marin czy historycznych placyków, spotkaliśmy ludzi szczupłych, zarośniętych, z długimi włosami, w luźnych ubraniach. I w klapkach. Siedzieli na murkach, siedzieli w barach, rozmawiali albo po prostu wpatrywali się w przestrzeń. Jak ten pan na zdjęciu. Spokojnie, bez pośpiechu, można by pomyśleć, że bezsensownie i bez celu, jak na nasze standardy. Endemiczni i wzbudzający moje niezdrowe zainteresowanie, trochę jak okazy, jak niespotykane gatunki. Właściciele terenów, na których bezczelnie stawialiśmy swoje turystyczne stopy.

Kolory w podzwrotnikowym słońcu są jakieś inne. Bardziej intensywne. Nie zastanawiało Was nigdy, dlaczego w cieplejszych krajach bardziej jaskrawe stroje nie rażą, że niebo jest bardziej niebieskie, palmy bardziej zielone a kwiaty bardziej żółte, bardziej czerwone? Kolory przyciągają wzrok, obezwładniają swoją intensywnością. I nawet ubrać się można pstrokaciej, niekoniecznie w nasze oswojone beże, szarości, czernie czy pastele. U nas na ulicach stonowanie, ugrzecznienie, przewidywalność, tam – wprost przeciwnie. Feeria barw, spalona słońcem ziemia. I tak jak u nas powszechna pasteloza blokowisk mająca na celu ocieplanie wizerunku szarej płyty uderza niestosownością przy zmniejszonym kontraście polskiego klimatu, tak wielobarwne budynki miast i miasteczek Wysp Kanaryjskich wydają się jak najbardziej na miejscu. Po prostu są kolejną próbą ludzkiej imitacji natury.

Co prowadzi nas do kolejnego wspomnienia – upakowanych i piętrowo wznoszących się zabudowań San Sebastian de la Gomera, chyba najładniejszej miejscowości, jaką zobaczyliśmy. Położonej w dolinie, z małą plażą i równie kameralną mariną. Tym razem nie starczyło czasu, żeby wynajmować samochód (a już zaczęliśmy nabierać w tym wprawy, skracając okres negocjacji z dwóch godzin do circa 40 minut), włóczyliśmy się więc pozornie bez celu po miasteczku, być może celem było zwiedzanie, być może wspinaczka krętymi uliczkami pod górę, być może zachód słońca, znowu krótki i dynamicznie przechodzący ze stadium lamy żarowej do ciemności, za to ocieplający rozmytym światłem dolinę, podświetlający kolorowe zabudowania i przynoszący spokój łagodnie kołyszącym się łódeczkom w porcie. Dość powiedzieć, że nie tylko ja latałam z aparatem zatracając się w dźwięku klikającej migawki J. Wisienką na torcie okazała się latarnia morska, położona od zdecydowanie nawietrznej strony wyspy, skąd poprzez pas oceanu pokrytego białymi grzywaczami i coraz bardziej groźnego w narastających ciemnościach widać było zarysy Teide na sąsiedniej Teneryfie – radośnie wybraliśmy się tam w mocno wakacyjnych strojach, wracaliśmy natomiast już szybszym krokiem, w towarzystwie dreszczy i gęsiej skórki.
Co sprawiło, że po raz kolejny na rozgrzanie przydały się tapasy i niezawodna sangria…

Słów kilka o kuchni (od kuchni?) oczywiście nie mogłoby zabraknąć. Były z widokiem, były tapasy z meczem, były tapasy nad morzem. Także oprócz popisów kulinarnych każdej z wacht (uwaga, obyło się bez sosów Pudliszki i pulpetów w sosie papierowym), rzucaliśmy się też na lokalne przysmaki. Ku naszemu zdziwieniu, najbardziej tradycyjne okazały się papas arrugadas con mojo, czyli…ziemniaki. Kartoffeln. Z sosem mojo. Brwi poszły do góry, obrazując wespół ze zmarszczonym czołem lekkie zaskoczenie, ale w końcu my nie powinniśmy akurat się dziwić. Wprost z kraju kwitnącej cebuli na wyspy ziemniaka, to by się nawet zgadzało z jakąś pokrętną logiką. A ziemniaczki wciągane były od razu, w całości. Żeby nie powiedzieć nosem. Conejo en salmorejo, czyli duszone i marynowane mięso z królika już nie wywoływało aż takich zachwytów. No bo jak to tak, króliczka, zamarynować. I zjeść. Biedny conejo. W sumie świnka też biedna, ale dla smaku jamón serrano i świeżego chorizo można było przymknąć oko. Do tego makarony z krewetkami, kalmary, czy…burgery (!), dawały wiele radości, szczególnie dzielnie utrzymywane we wstrząsanych falami żołądkach. No bo w końcu, jak głosi słynna maksyma – „Nie sztuka zjeść – sztuka utrzymać”.

Do Las Palmas podjechaliśmy na wieczór, na koniec, zakończenie, pożegnanie. Po kolejnym dniu jeżdżenia po serpentynach, ścigania się z rowerzystami, łażenia po skałkach i zbierania szyszek na sterydach, dotarliśmy do stolicy Gran Canarii. Niby karnawał już odszedł w zapomnienie, na ulicach nie został ślad po paradach i fieście, ale w pomniejszych sklepach zdarzało się, że obsługiwał nas batman albo myszka miki. Co kto lubi :).
Spacer po głównym mieście również należał do raczej niesztampowych, jako że kierowały nami różne cele. Aż dziw, że w pewnym momencie nie porozłaziliśmy się osobnymi alejkami, w poszukiwaniu tychże celów. Ale co załoga to załoga, człapaliśmy razem aż do końca. Ja poszukując kolonialnej architektury, która miała się pojawić w ostatnio oglądanym filmie „Palmeras en la nieve”, niektórzy za tapasami (gastrofaza miała się świetnie), niektórzy za kloszardami wykradającymi kawałki balustrady, inni za kanaryjską filią międzynarodowej firmy consultingowej… A nosy przylepiły się do szyby, kiedy mijaliśmy San Jose Hospital, największy na wyspach, do którego próbują ściągnąć lekarzy ofertami pracy nawet z Polski. I nie powiem, część z nich korzysta. Może przyciąga ich widok oceanu jakieś pół kilometra od zabudowań szpitala? Może klimat? Może jednak ta sangria?
Nie wiem co, ale nas też przyciągnęło. Póki co jedynie na krótkie wakacje, ale kiedyś, kto wie…

A co Wy najbardziej zapamiętujecie z wyjazdów? Zabytki, ludzi, naturę, kuchnię? Czy może wrażenia, kolory, smaki?

1 komentarz

  1. JEDZENIE.

    Np. ryż z kurczakiem w Ameryce Południowej. Albo jedzą tam jeszcze kurczaka z ryżem. A czasem do tego podają jeszcze ryż. Za to z dań bezmięsnych jada się zazwyczaj ryż. Z ryżem. BEZ PRZERWY.

    A biuro międzynarodowej firmy consultingowej samo nas znalazło i przypomniało, że urlop się kończy i pora wracać w kierat 😉

Dodaj komentarz