Brakujący element – Bogota

Chylę pokornie czoło.
Wiem, długo to trwało.
Niestety, powrót do rzeczywistości, codzienności i rutyny, w moim przypadku sprowadzający się do wpakowywania masowych ilości wiedzy przed Lekarskim Egzaminem Końcowym, nie sprzyja meandrom wspomnień w kierunku zakończenia przecież tak niedawnej podróży. Bo kolorowe obrazy rozpraszają i nie pasują jakoś do szumu dobrze znanych ulic i przewidywalności każdego dnia.
Niemniej, nie zostaliśmy przecież na stałe na Karaibach, choć być może chciałoby się przedłużyć tamten czas jeszcze o kilka dni, chwileczkę, chwilunię. Niee, wróciliśmy do Stolicy Kolumbii, żeby z przystankami w kolejnych dwóch…a nie, przepraszam, trzech innych stolicach, znaleźć się w końcu w naszej stolicy. W Warszawie.

Można powiedzieć, że tradycyjny, polski klimat zaczął się zaraz po ewakuacji z autobusu – chmury, deszcz i spadek temperatury o jakieś 15 stopni machały nam ręką z transparentem „Welcome to Bogotá”. Tak, z akcentem na „a”.
Byliśmy jednak na to przygotowani, Piotrek miał rozrysowany w głowie plan, jak pokonać bogotański transport publiczny (który uchodzi za jeden z bardziej skomplikowanych w tym kraju), więc od razu ruszyliśmy w drogę i po przejściu około 1,5 km (i pierwszych, pozytywnych wrażeniach co do czystości, infrastruktury i przejrzystości miasta), znaleźliśmy stację metrobusa, linii J30 (o ile dobrze pamiętam), który dowiózł nas do serca dzielnicy La Candelaria, czyli serca studenckiego, artystycznego i turystycznego życia Bogoty.
Nadal padało, kiedy dreptaliśmy w górę coraz drobniejszymi uliczkami, mijając stragany z rękodziełem i drogi zamknięte z powodu walących się stropów. Wbrew pozorom walące się stropy i odpadające tynki budynków przyjemnie współgrały z wszechobecnymi muralami, które w niczym nie przypominały naszych rodzimych, sportowych bluzgów, a najbliżej im było do sztuki. I to takiej przez duże Sz.

Po szybkim ogarnięciu się w hostelu ruszyliśmy w miasto, początkowo bardziej z chęci odnalezienia czegoś do zjedzenia niż głodu zwiedzania, ale menu del dia po raz kolejny uratowało nasze żołądki (nawet z ciastem marchewkowym na deser, gratis!) i byliśmy gotowi podbijać świat.
Podbijanie zaczęliśmy od włóczenia się po dzielnicy (w międzyczasie przestało padać, a spomiędzy chmur wyjrzało słońce i pozwoliło nam dostrzec wysokie wzgórza otaczające miasto, ze słynnym kościołem na szczycie Monserrate) i poszukiwaniu jakiegoś muzeum, z których słyną przecież stolice, a Bogota pod tym względem nie ustępuje dobrze znanym, europejskim metropoliom.
Weszliśmy do pierwszego z brzegu, z nadzieją, że jest darmowe (:P) i nasze nadzieje nie zostały zawiedzione. Zresztą, okazało się nosić nazwę Museo Botero, znanego nam juz z Medellin najsłynniejszego artysty kolumbijskiego, który podarował całkiem sporą kolekcję swoich dzieł (przemknęło mi przez myśl, że może nikt ich nie chciał kupić?) oraz szkiców i obrazów znanych i lubianych malarzy o nieobco brzmiących nazwiskach Picasso, Monet, Renoir, Miró i inni. Dlatego muzeum bardzo polecamy, a to tylko jedna z jego części. Drugą stanowi Casa de Moneda, siedemnastowieczny budynek starej mennicy, pierwszej takiej na kontynencie południowoamerykańskim. Warto zobaczyć już samą architekturę, z andaluzyjskimi patio i centralną fontanną, a do tego można prześledzić produkcję monet od jej kolonialnych początków do dzisiaj. I do tego maszyny mennicze prosto z Wielkiej Brytanii!:)

Ściemniło się, zanim zdążyliśmy opuścić muzeum, a że mimo wszystko nie byliśmy aż tak odważni, żeby buszować po wąskich uliczkach w nocy o północy, obraliśmy kurs na hostel i przeczekaliśmy do ranaJ

Następnego dnia w końcu zaczęliśmy zwiedzanie jak należy – coś, co nie udało się nam przez całą podróż, czyli free walking tour, ze zbiórką przy Museo del Oro. Warto się na nie zapisywać i warto z nich korzystać, bo przez 3 godziny dowiemy się więcej, niż z jakiegokolwiek przewodnika, a do tego można o wszystko zapytać anglojęzycznych prowadzących. Grupa miała być mała, zanim nie dołączyła do nas wataha chyba ze 20 Kolumbijskich studentów, więc wzbudzając już spore zainteresowanie przecieraliśmy szlaki stolicy, dowiadując się gdzie raz na jakiś czas organizowane są wyścigi świnek morskich (czy potem, z rozbudowaną masą mięśniową są eksportowane do Peru w wiadomym celu?), gdzie zamordowano kandydata na prezydenta doprowadzając do jednego z większych przewrotów w historii kraju, przy okazji wyburzając kawał dobrej ulicy, gdzie można kupić szmaragdy, niekoniecznie po cenach jubilerskich i dlaczego ludzie je sprzedający udają, że nic nie robią. Architektura centrum Bogoty to oprócz, oczywiście, wszechobecnych murali w studencko – hippisowskich zakątkach, głównie mieszanka stylów europejskich. Różnych. Mamy więc Wielką Brytanię, Francję, a nawet domki przypominające tyrolskie, tylko że kilka tysięcy kilometrów dalej. Taki stylistyczny eklektyzm tylko uświadamia, jak bardzo Kolumbia patrzy w stronę Europy i Stanów Zjednoczonych, odcinając się dość mocno od swoich inkaskich korzeni.
Największą atrakcją wycieczki okazał się jednak…alkohol.

Ale nie byle jaki alkohol! W niewielu miejscach na świecie można tak łatwo dostać chichę, czyli tradycyjny napój ze sfermentowanej kukurydzy, która dawniej fermentowała w ustach przeżuwającej Indianki, dzisiaj (mamy nadzieję), fermentuje już bardziej współcześnie. Uważana jeszcze nie tak dawno przez rząd kolumbijski za kość niezgody i przyczynę wszelkich nieszczęść, będąca impulsem do wprowadzenia prohibicji (obalonej wkrótce z wielkim hukiem. I strzałami), chicha dzisiaj to napój można by powiedzieć „hipsterski”, słabo dostępny, natomiast będący symbolem artystycznej bohemy i łącznika miast ze wsiami – gdzie chichę pije się nadal i od zawsze, nie patrząc na prohibicję czy jej zniesienie.
Dostaliśmy tradycyjne miseczki zrobione z wyschniętych skórek owocowych, które przekazywaliśmy sobie z rąk do rąk (nie starczyło dla wszystkich, ale dzięki temu było jeszcze bardziej tradycyjnie), a potem na pamiątkę dostaliśmy do domu. To znaczy Piotrek najpierw zawiesił sobie na szyi powodując tym samym uśmiech ochroniarza w supermarkecie, który pozdrowił nas międzynarodowym gestem wychylania kielichaJ

Naładowani wiedzą i chichą ruszyliśmy dalej, mijając teatry, kościoły, muzea, najsłynniejsze okno Kolumbii (z którego w nocy, uciekając przed puczem, wyskoczył kiedyś Simon Bolivar; wieść gminna głosi, że był zupełnie nagi) i kończąc na jednoimiennym Plaza de Bolivar, ogromnym placu z najważniejszymi budynkami – katedrą, najstarszym liceum, pałacem prezydenckim i sądem najwyższym. Tym samym, który kiedyś miał nieszczęście stanąć w ogniu partyzantów z M-19 i rządowych czołgów. Według „Narcos”, żeby zniszczyć dowody obciążające Pablo Escobara, oficjalnej wersji nikt nie podaje. Sam budynek jest zresztą solą w oku partii rządzących i polityków – nie dziwię się, skoro w tym momencie dawni guerrilleros zasiadają w parlamencie, a żołnierze niegdyś broniący Sądu zasiadają na pryczach w więzieniu. Przewrotność historii, w Kolumbii w szczególności.

Pożegnaliśmy się z grupą i po tym, kiedy Piotrek pławił się w uśmiechach do Kolumbijek, które chciały mieć z nim zdjęcie, ruszyliśmy na dalsze zwiedzanie, ale nie zostało nam wiele. Raczej spacerki wzdłuż ulic, wstępowanie do co ciekawszych kościołów i jeden z ważniejszych punków programu, czyli Museo del Oro.

Najważniejsze, największe muzeum złota w całej Ameryce Południowej, czteropiętrowy budynek wypchany wręcz prekolumbijskimi skarbami. Historia, a raczej legenda głosi, że podczas wyborów nowego władcy, Inkowie wcierali w niego pokruszone kawałki złota, załadowywali skarbami tratwę, którą w końcu wypływał na środek jeziora, wrzucał skarby do wody, a sam zmywał z siebie złocisty pył. Niby niewiele, ale przez setki lat nagromadziło się tego na tyle, że chrapkę na biedne jezioro miało wielu poszukiwaczy, przyczyniając się do budowania legendy El Dorado. Najważniejszy eksponat muzeum to właśnie niewielka tratwa przedstawiająca ten szczególny moment. Z muzeum ewidentnie wychodzi się z chęcią jubilerskich zakupów, bo oczy się świecą na widok takiego przepychu. A to tylko ułamek całych dóbr, w które wyposażony był kontynent, zanim nie rozkradziono ich, by ozdabiały europejskie kościoły.
Ciekawe poglądy miała na kwestie europejskich kościołów i chrześcijaństwa w ogóle właścicielka naszego hostelu, która pomimo kapliczki w głównym salonie dość dosadnie mówiła, co myśli o „miłosierdziu” osób uważających się za Chrześcijan, głośno i nienawistnie protestujących kilka dni wcześniej przeciwko legalizacji związków homoseksualnych. Legalizacji, która, jak się okazało, nie jest do końca sprawą z wczoraj, bo rząd podjąć decyzję bez mała 6 lat temu, przy okazji legalizując również marihuanę (wychodząc z założenia, że lepsze zielone niż białe). Wbrew pozorom te dyskusje były mniej kontrowersyjne niż próba dowiadywania się czegoś o historii Kolumbii z końca XX wieku, bo to nadal, jak zdążyliśmy zorientować się w Medellin, temat tabu. Do tego stopnia, że wspominanie Pablo Escobara w Kolumbii wzbudza podobne emocje, co przywoływanie Osamy bin Ladena w centrum Nowego Jorku.

Czas płynął nieubłaganie i porozrzucane rzeczy w hostelu boleśnie przypominały, że tym razem po raz ostatni musimy zapakować plecak i rozpocząć nostalgiczny etap „powrót”.
Zbudzeni z samego rana, powoli mówiliśmy Kolumbii „papa” i machając po drodze do Panama City, Istambułu i Amsterdamu, złapaliśmy podwózkę z Rotterdamu do domu.
Do domu!

Dodaj komentarz