Bitwa w autobusie, Indianie na dworcu i noc w hamaku…

Pamiętacie post o transporcie w Peru? O niekończących się godzinach w barwnych autobusach, pozostawiających wspomnienia oddziałujące na wszystkie możliwe zmysły?
No cóż, przejazd z Cartageny do Santa Marty okazał się (niestety po czasie; długim czasie) retrospekcją zwyczajów sąsiadów z południa. Tych gorszych zwyczajów.
Przyzwyczajeni, że zapytani o godzinę odjazdu naganiacze zawsze przekłamują o mniej więcej pół godziny, spokojnie czekaliśmy razem z nimi (po utargowaniu ceny, bo początkowo próbowali wyłowić nas jeszcze po drodze za cenę 2x droższą), aż autobus się zapełni. Gorąco tuliło do snu, a perspektywa popołudniowego zwiedzania Tagangi, czyli miasteczka opisywanego przez przewodniki jako kurort leżący pomiędzy Santa Marta a Parkiem Tayrona, tam gdzie drogi prowadzą donikąd (ewentualnie do morza albo w góry), ludzie popijają wodę z kokosa na plaży i panuje ogólna sielanka. Ha. Ha. Nic bardziej mylnego.

To znaczy sielanka panowała (o tym później), ale ani z Tagangi żaden kurort, ani nie dojechaliśmy tam po południu. Dojechaliśmy grubo po zmroku po tym, jak wysadzono nas na rozdrożu (nawet nie na dworcu) na obrzeżach miasta (dla mnie równie dobrze mogliby mnie wysadzić w polu manioku sięgającym po horyzont – tak samo nie miałam pojęcia, gdzie jesteśmy), pomocny Kolumbijczyk pouczył nas, skąd i jakiego busa złapać do „kurortu”, po czym podprowadził nas i jeszcze zamachał na odpowiedniego, którym taśtaliśmy się kolejne 45 minut. Wysiedliśmy znowu pośród sypiących się budynków i piaszczysto – szutrowej drogi, która uchodziła chyba za główną arterię komunikacyjną tej metropolii, Piotrek zdążył się na mnie obrazić za to, że nie walnęłam kierowcy w głowę w odpowiednim momencie na przystanek, byliśmy głodni jak cholera, a do tego dowiedzieliśmy się, że teoretycznie Taganga po nocy to narkotyki, bród, sodoma i gomora. Tak powitała nas, jakże romantycznie, kolejna destynacja, a wszystko dlatego, że po drodze w autobusie nastąpiła zmiana warty, wysiedli prawie wszyscy pasażerowie, w związku z czym trzeba było podłapać nowych, potem poczekać, potem ich skasować, potem znowu poczekać, potem wpuścić kilku sprzedawców, jeszcze poczekać, bo gorąco, napić się soku i można było jechać. Przejechaliśmy kilkanaście metrów, coś furknęło, stęknęło i zatrzymaliśmy się znowu, tym razem z powodu awarii. Ponownej awarii. Ale kierowca nauczony już doświadczeniem, wziął młotek w swe ręce, cośtam pomajstrował i się udało. Tym razem nie musieliśmy nawet wysiadać z autobusu, za to poprzednio, po wyłączeniu miernej „klimatyzacji” nasz wehikuł zamieniał się w puszkę wsadzoną do rozgrzanego piekarnika, więc uciekaliśmy z niego wszyscy. Byle szybko i byle w cień.
Kiedy zaczęło docierać do nas, że 100km jedziemy 6,5 godziny, fala wzburzenia, znana już tak dobrze, narastała najpierw gniewnym pomrukiem, wzbierała, pieniła się, aż w końcu osiągnęła rozmiary niezłego tsunami, na którym pokaźnych rozmiarów Kolumbijka posurfowała do kabiny kierowcy i zaczęła go bezceremonialnie okładać, wywrzaskując coś o szacunku, godzinach, dzieciach i jego matce. Zrobiło się jeszcze goręcej, ale całym sercem jej kibicowałam, bo miałam szczerą ochotę zrobić dokładnie to samo.

Po tym wszystkim mieliśmy ochotę jedynie zakończyć dzień. Ale, ale , hola, nie tak prosto. Albo przynajmniej nie tak płasko. Do naszego hostelu prowadziła wyboista, zakurzona i usypana kamieniami dróżka, o kącie nachylenia chyba 90 stopni. Po człapiąco-ciągnących się 120 metrach dotarliśmy do bramy, pokonaliśmy jeszcze kilkadziesiąt schodków w górę i voila! Jesteśmy na miejscu! Opłaciły się trudy, pot i łzy, bo hostel był magiczny. Wielopoziomowy, z hamakami, basenem, dachem pokrytym liśćmi palmowymi, a widok mógłby spokojnie służyć za okładkę magazynów biur podróży. Do tego w pewnym momencie wyłączyli w całej miejscowości prąd, pozwalając nam dotrzeć pełnię Księżyca i noc jaśniejszą od jakichkolwiek świateł.
Za dnia było tylko lepiej. Taganga ma swoisty mikroklimat, być może przez odgrodzenie zatoki pobliskimi wzgórzami, ale w końcu było tam sucho. Gorąco i sucho, czyli idealny klimat na plażę, pływanie i szeroko pojęte nicnierobienie. Zresztą robić i tak nie było czego, bo kurortowość Tagangi zaczęła się rozwijać, stawiając sporo małych hoteli, hosteli i kawiarenek, po czym zrezygnowała i wzięła nogi za pas, pozostawiając resztę miasteczka brudną, śpiącą i bez asfaltu na drogach. Ale taki urok, który przyciąga osobliwie dużo turystów – zarówno lokalnych, jak i zagranicznych. Niektórych przyciąga nawet na dłużej, jak Holendra i Brytyjkę, którzy założyli rok wcześniej kawiarnię z europejskim pieczywem (!), mając ruch od otwarcia do zamknięcia. Co prawda, żeby wejść, trzeba było przestąpić nad śpiącym kotem, który ani myślał się ruszać, mimo że otwierając drzwi ciągle go ktoś potrącał, ale to w końcu kot, może mieć wszystkich w…ogonie. A Holender od słowa do słowa tylko enigmatycznie przyznał, że nie wyobraża sobie na powrót życia w Europie, mentalność ludzi i pogoń za sukcesem wygoniła go na sjestę do Kolumbii.

Próbowaliśmy przejść się na spacer wzdłuż plaży, ale co i rusz przeszkadzały albo zacumowane łódki, albo localsi, którzy znowu nie rozumieli takiego zrywu aktywności fizycznej i tylko przestrzegali, że „samemu to niebezpiecznie”. Może dla oswojenia niebezpieczeństwa na plaży wcale nie przyciszonym głosem i z poufałym „amigo” na ustach proponowano Piotrkowi marihuanę, najlepszą, na rozluźnienie. Myśleliśmy, że oto jest ta słynna, narkotykowa Kolumbia, z szemranym handlem i półświatkiem, zanim nie zobaczyliśmy, że w naszym słodkim hosteliku, tuż obok donic z kwiatkami, rośnie sobie inna, zielona roślinka. Z dziwnie pięciopalczastymi liśćmi.

Dopiero po jakimś czasie dowiedzieliśmy się, że palenie i posiadanie marihuany „na własny użytek”, jest od kilku lat w Kolumbii zalegalizowane, zresztą tak samo jak związki homoseksualne. A niby to oni mają dyktatorskie rządy.

Ignorując ostrzeżenia o tym, jakie to niebezpieczne są ulice o 17, zrobiliśmy zakupy owocowo-jedzeniowe na kolejne dwa dni, które mieliśmy spędzić w dziczy Parku Tayrona. Wychodząc z ananasem w jednej, a melonem w drugiej ręce praktycznie wpadliśmy na znajomych…Litwinkę i Amerykanina, których poznaliśmy w drodze do Medellin i właśnie niespodziewanie spotykaliśmy po raz trzeci. Świat jest mały, a świat podróżniczy jeszcze mniejszy.

Kolejnego dnia, już bez żalu, przepakowaliśmy się w mniejsze plecaki, wsiedliśmy w miejski busik, który podrzucił nas do santamartańskiego „mercado” (czyli na róg ulicy jakich wiele, tym razem nigdzie nie było widać tak licznych normalnie straganów, za to ulice wzdłuż i wszerz wyposażone były w…warsztaty samochodowe), skąd już wiedzeni jak za rączkę przez przechodniów (znowu jakbyśmy na twarzy wymalowany mieli cel podróży, bo tylko krzyczeli „Parque Tayrona? Por aqui!” dotarliśmy do niepozornego dworca, skąd odjeżdżały autobusy do Palomino (naszego późniejszego celu) i wspomnianego parku.

W pewnym momencie rozdziawiłam buzię i zaczęłam przecierać oczy ze zdumienia, bo zza rogu wyłonili się…najprawdziwsi Indianie. Na boso, z poczochranymi włosami, w białych sukmanach przypominających worki z otworem na głowę – wyglądali najbardziej rdzennie ze wszystkich rdzennych mieszkańców, których spotkaliśmy na swojej drodze. Nagle, w Kolumbii, która najmocniej odcina się od indiańskich korzeni, naśladując raczej Europę i Stany Zjednoczone…Wrażenie wywarli niesamowite, ale też jednocześnie powodowali jakiś nieokreślony strach, głupi strach przed nieznanym, przed tym, że nie możemy z nimi porozmawiać, poznać, że przedstawiają kulturę, która dla nas już z pewnością jest „obca”.

Spotkaliśmy podobnych jeszcze w samych sercu Parku, a także w Palomino, gdzie w końcu odważyłam się zrobić im z ukrycia zdjęcie. Są w prostej linii potomkami Indian Tayrona, którzy od dawna zasiedlali te okolice, a których architektoniczne osiągnięcia można podziwiać w Ciudad Perdida (odkrytym relatywnie niedawno, bo dopiero w latach siedemndziesiątych), czy El Pueblito. Do jednego i drugiego trzeba przedzierać się różnie długo przez okropnie wilgotną i gorącą dżunglę, także choć na początku ostrzyliśmy sobie ząbki i ćwiczyliśmy nogi na to drugie, to w końcu zrezygnowaliśmy. Dla nas i tak chodziłoby głównie o ludzi, a tych spotykaliśmy niejednokrotnie. Tym razem nie trzeba ich było szukaż w Zaginionym Mieście.
Od trekkingu natomiast się nie uwolniliśmy, jak tylko przekroczyliśmy bramy Parku Narodowego (koszt dla obcokrajowców to 45000 pesos, mi na zniżkę studencką sprzedano za 8500; ważne, żeby mieć paszport przy sobie!) i podjechaliśmy busikiem do Parqueadero (skąd żaden ruch kołowy już się nie odbywa), zaczęła się plątanina ścieżek, liści i jaszczurek raz w górę, raz w dół, raz przez las, raz przez piach. Trasa całkiem przyjemna, gdyby nie to, że wylewała z nas litry potu, plecaki w tej temperaturze ciążyły coraz bardziej i jedyne, o czym marzyliśmy, to kąpiel w chłodnej wodzie, szczególnie że przez jakiś czas szliśmy równo wzdłuż morza. Niestety, wody w tej okolicy nie są do końca bezpieczne i nie jest to przesada przewodników – każdego roku kilkadziesiąt osób ignorujących te informacje tonie z powodu silnych prądów i podwodnych skał. Dlatego można jedynie tęsknym wzrokiem spoglądać na lazurową wodę w okolicach Cañaveral i trzeba podążać dalej. Po mniej więcej godzinie, lodach kokosowych i litrach wypitej wody dotarliśmy do Arrecifes, czyli naszej noclegowni. To jeden z campingów rozsianych po parku (na szczęście ustawy o ochronie przyrody zabraniają budowy jakichkolwiek hoteli), w którym przy wejściu zarezerwowaliśmy dwa hamaki (15000 pesos od hamakaJ). Tak, na serio, pierwszy raz spaliśmy w hamakach w czymś, co z zewnątrz przypominało sporą stodołę, której ściany wykonane były z drobne siateczki. „Budynek” stanowił jedną, wielką moskitierę, bo w środku dyndało we śnie kilkanaście krwistych ciał, idealnych na nocną ucztę dla morderczych komarów.
Hamaki musiały jednak poczekać, bo morze ciągnęło nas i wołało, więc po wypiciu świeżo wyciskanych soków i nagapieniu się na papugę, która bezczelnie łaziła po stole, próbując wyjadać z talerzy (swoją drogą, zaskoczenie było duże obecnością restauracji; przezornie zaopatrzyliśmy się w jedzenie z myślą, że idziemy w dzicz, ale jednak dzicz kolumbijska to nie Puszcza Białowieska i ma odpowiednią do wymagań latynoskich infrastrukturę), aż w końcu wrzask „Lorenzoooo! Złaź”, jakoś ją przegonił.

No tak. Papuga Lorenzo.
Kto by pomyślał.

Już tylko dwadzieścia minut marszu przez dżunglę, piaski, plantacje bananowców i kolejne campingi dzieliło nas od morza, ale w końcu lazur zaświecił pomiędzy drzewami i dotarliśmy do pierwszej plaży, przy której można się kąpać – La Piscina, czyli basen. Właściwie można pływać już „basen” wcześniej, ale wszystkie drogowskazy (taaak, znowu drogowskazy w dżungli, byle się tylko nie zagubić), będą wspominały Piscinę. Chłód wody i fale były tak przyjemne po ponadgodzinnym marszu w upale, że to aż nie do opisania. Do tego docenialiśmy, odwrotnie niż z reguły w Polsce, że woda nie jest ZA ciepła, jak na Islas del Rosario, bo przynajmniej pomagała nam zwalczać chwilową hipertermię. Jak zmiennocieplne jaszczurki próbowaliśmy przystosować się do nowych warunków, po tygodniach chłodzenia w górskich i płaskowyżowych zamrażarkach. I muszę przyznać, że było to mega przyjemne.

Oczywiście nie bylibyśmy nami, gdybyśmy leżeli na plaży za długo, po kilku kursach taplania ruszyliśmy do właściwej La Pisciny, która okazała się idyllą, jako że zastaliśmy ją właściwie…pustą. Nadeszła pora, jako że park „otwarty” jest do godziny 17, że opuścili go wszyscy ci, którzy w nim nie nocowali, pozostawiając poczucie wspólnoty i odosobnienia z tymi, którzy postanowili zamieszkać w nim na chwilę. Wkrótce też zaczęliśmy się rozpoznawać po drodze i pozdrawiać, jak turyści na górskim szlaku.
Została nam jeszcze do zobaczenia ostatnia, najbardziej popularna i zatłoczona plaża – Cabo de San Juan de Guia, z noclegu w której świadomie zrezygnowaliśmy. Po drodze Piotrek postawił sobie za punkt honoru upolowanie świeżego kokosa, ale jakoś żaden złośliwie nie chciał nam spaść pod nogi (ani, na szczęście, na głowę), więc brutalnie rzucał w palmy łupinami , żeby przymusić oporne drzewa do współpracy. Naprawdę. Ja przepraszam za męża. Ale upolowałJ

Wyposażeni już w wodę i jedzenie przez litościwą palmę dotarliśmy do Cabo de San Juan i od razu dotarło do nas, czemu jest najpopularniejsza. Zwyczajnie, jest też po prostu…najpiękniejsza. Wąskie pasmo plaży łączy ląd z maleńką wysepką, na której pod dachem wisi kilka hamaków, tuż przy morzu wyrastały namioty, wyglądające jak ogromne grzyby na tle zachodzącego słońca. Obfotografowałam miejsce chyba z każdej strony, wdrapałam się nawet na ogromne kamienie, tak słynne w Parku, żeby mieć lepsze ujęcia z góry (napisy, że nie można się na nie wtarabaniać, zobaczyłam po fakcie), ludzie rozkładali się powoli na plaży z piwkami, alkoholizując się w romantycznym nastroju różowo-żółtych, naturalnych świateł. Magia.
Dopiero po czasie dotarło do nas, że skoro oglądamy właśnie zachód słońca, a do naszego campingu i przytulnego hamaczka mamy jakąś godzinę spacerem, to…no cóż, czeka nas trekking po dżungli po nocy. Bez przewodnika.
Ale niezrażeni i jak zwykle wyposażeni lepiej niż Indiana Jones, wciągnęliśmy czołówki na znamienne czoła i ruszyliśmy. Tylko że po nocy palmy nie wyglądały słodko, piasek przestał być żółty, a morze lazurowe. Za to była jedna, wielka ciemność, z której docierały niepokojące hałasy, świeciły oczy (te większe, na szczęście kotów, te mniejsze, setek pająków), trzaskały gałęzie, a z idealnie okrągłych jamek w ziemi (podobnych do tych na Isla Grande), zaczęły wyłazić kraby. Krabiszcza właściwie, ogromne, 20-30 centymetrowe, a do tego niebieskie. Do feerii dźwięków dołączył więc również szczęk i klik pancerzy i szczypców. Słowem, przyspieszyliśmy kroku i oszukiwałabym pisząc, że czuliśmy się super pewnie. Dwa razy udało nam się zgubić trasę, ale ścieżki wydeptane przez tysiące stóp (i kopyt. I odnóży) dość mocno rzucały się w oczy. Nawet tak krótkowzroczne, jak moje.
Nie potrzeba było Zaginionego Miasta, żeby zaginąć w Parku Tayrona, ale tym razem trafiliśmy bez większych problemów trafiliśmy do hamaków i zasnęliśmy snem sprawiedliwych, a odgłosy życia lasu zza moskitiery już nie przeszkadzały, a wręcz tuliły do snu.

Następnego dnia po obowiązkowej kąpieli i krótkim plażingu (wkrótce słońce zaczęło tak palić, że wszyscy pochowali się w cień palm i krzaków), zebraliśmy się z powrotem, znów pocąc się na meandrach trasy, i wsiedliśmy praktycznie od razu w busa jadącego dalej, do owianej tajemnicą i strachem prowincji La Guajira – najbardziej na wschód wysuniętej części Kolumbii, innej, górzysto – pustynnej, graniczącej już z Wenezuelą. A wiadomo, jak graniczy z Wenezuelą, to pewnie jest jak Wenezuela, czyli be, niedobre i niebezpieczne.

Wylądowaliśmy w Palomino, czyli backpackerskim sercu wybrzeża, z dosłownie dwoma ulicami na krzyż. Jedna to ta, po której jeździły autobusy, motory, wzdłuż niej porozstawiały się restauracje i kluby (ja nie wiem, czy sportem narodowym Kolumbii jest bilard, ale stoły były zawsze i wszędzie; nawet na dworcach autobusowych;)), takie prawdziwie karaibskie, z głownie męską klientelą, muzyką wstukującą bachatę w każdy neuron mózgu i zmieniającą ucho wewnętrzne w latynoską płytę i tanim piwem,  druga natomiast, prostopadła do pierwszej, prowadziła bezpośrednio do morza, i po obu stronach obrosła hostelami, sklepami z podpalanym trawką rękodziełem i straganami z jedzeniem.
Mieliśmy czas na spacery wzdłuż plaży, podglądanie Indian i dziecka z maczetą, kąpiele w basenie, czytanie i robienie wszystkiego, byle tylko nie myśleć o zbliżającym się powrocie do Bogoty wyznaczającym niestety nieuchronnie koniec podróży. Bo chociaż lekka tęsknota za rutyną i czystą pościelą gdzieś cichutko brzęczała, to z tropikalnych lasów, ciepła, plaż i gorących burz jakoś wcale niespieszno nam było wracać.
Czas jednak płynął bez przystanków i już wkrótce łapaliśmy ponownie busa do Santa Marty i po szybkim skoku do Tagangi po bagaże wsiadaliśmy w super ekstra autobus, który po 16 godzinach wylądował w Stolicy. Ale to już zupełnie inna historia…

1 komentarz

  1. Śniadania z takimi widokami smakują wybornie.

Dodaj komentarz