Pomysł na weekend – Biebrza i Narew, czyli…

…rzecz o ptakach oraz dom nad rozlewiskiem – zatopiona utopia Biebrzańskiego Parku Narodowego

Dziwne, że nigdy wcześniej nie pomyśleliśmy o tym, żeby pojechać do tego miejsca. Może jest po prostu za blisko Warszawy. Tak jak wszystkie rzeczy, które są na wyciągnięcie ręki, wydają się zawsze dostępne, zawsze czekające –  są przez to tak łatwo spychane na dalszy plan. Na jakąś bliżej nieokreśloną przyszłość.
Za to właśnie teraz, wiosną, Biebrzański Park odkrywa najwięcej ze swoich uroków.
Wody Biebrzy i Narwi przybierają, opuszczają swoje wytyczone koryta i rozlewają się na powierzchni dziesiątek, a może nawet setek hektarów. W naszym weekendowym Tour de Pologne był to ostatni punkt na mapie. Dajcie znać, jakie są Wasze pomysły na weekend w Polsce i zapraszam do czytania!:)

Co to za miejsce?
Biebrzański Park Narodowy jest najmłodszym i jednocześnie największym Parkiem w Polsce i jednym z większych w Europie. Jego najcenniejsze walory (można by rzec, jego najbardziej strojna szata) to szeroka dolina mającej charakter naturalny silnie meandrującej rzeki Biebrzy, z największym zespołem torfowisk w Polsce, zwanych Bagnami Biebrzańskimi. Taaak, na kolejny romantyczny wypad zaplanowaliśmy bagna! Przypomniał mi się od razu dawny hit Jożin z Bażin, ale na szczęście (albo niestety), tego gatunku człekokształtnych wśród rozlicznych przedstawicieli organizmów żywych nie spotkaliśmy.
Wraz z unikatową mozaiką i strefowością siedlisk mokradłowych, a także ekstensywnym rolnictwem, zachowały się tu rzadkie, zagrożone i ginące w kraju i Europie gatunki flory i fauny. Ptasiej fauny w szczególności. Rozległe krajobrazy, ekosystemy i siedliska, gdzie indziej zostały już bezpowrotnie zniszczone, w wyniku melioracji, osuszania bagien i torfowisk. Można więc śmiało powiedzieć, że to bagnista perełka na skalę Europy.

Raj dla ptasich fanów
Bagna Biebrzańskie są uznawane za jedną z najważniejszych w kraju i w Europie Środkowej ostoi ptaków wodno-błotnych. I to właśnie wielbiciele ptaków znają i doceniają walory przyrodnicze tego miejsca najbardziej.  Gospodarz naszego gospodarstwa rozpływał się wprost w długich rozmowach i dywagacjach ornitologicznych, opisując dziesiątki gatunków który był wstanie zaobserwować we własnym ogrodzie, na przykład w trakcie porannego, tarasowego śniadania. Początkowo niedowierzaliśmy, ale już wkrótce sami staliśmy na balkonie z teleobiektywem, podpatrując ptasie zwyczaje, wykarmienie młodych i próbując odgadnąć gatunki.

Trasy rowerowe
Jednak wbrew pozorom to nie ptaki interesowały nas najbardziej. Przemierzaliśmy wzdłuż i wszerz Carską Drogę, czyli kilkudziesięciokilometrowy odcinek trasy przecinającej właściwie większą część Parku Narodowego. Co chwilę napotkaliśmy na znaki dumnie głoszący „jedź ŁOŚtrożnie!” albo „nie wypatruj łosia czy bobra, zwolnij dla swojego dobra!”. Na przydrożnej poezji musieliśmy jednak poprzestać, bo łosia jak nie było, tak nie było, pomimo wytężania wzroku i złudzeń, które kazały nam brać co drugie, przewrócone drzewo za leśną zwierzynę. Zrezygnowani, kolejny dzień zjeździliśmy porządne kilometry na rowerach, ponownie zachwycając się sielskością krajobrazów i wreszcie słoneczną pogodą.
Sielskość krajobrazu natomiast tym razem nie szła w parze z urokliwością wiosek, bo większość z nich była, hmmm, jakby to powiedzieć delikatnie…, zwyczajnie brzydka. Oczywiście spotykało się starsze domy na podwyższonych, kamienistych fundamentach, z równie kamienistymi elewacjami dość dobrze wpasującymi się na zasadzie kontrastu w rozlazło – bagniste otoczenie, ale jednak większość domów dumnie prezentowała styl „nowoczesny”. Czyli „buduję ile mogę, im większy dom, tym lepszy, a im bardziej kolorowe ściany, tym bogaciej wygląda”. A bogaciej znaczy lepiej, prawda?
Niemniej udało nam się zatoczyć porządne, rowerowe koło, chociaż momentami szlaki (zwłaszcza wtedy, gdy pokrywały się ze szlakami pieszymi), bywały całkowicie zalane, odkrywając (a raczej zmuszając do odkrywania…) w naszych rowerach dawniej uśpione, terenowe zdolności. W końcu taplanie się w bagnach zobowiązuje, taplały się więc koła, taplały buty, szybko łapaliśmy spadające z bagażnika torby, żeby one również się nie taplały.
Oczywiście dopiero po fakcie doczytałam, że czerwony szlak na Gugny – Barwik bywa „okresowo bardzo trudny”. To dość eufemistyczne określenie. Bywa okresowo zwyczajnie zalany.

Od wschodu do zachodu
Pocztą pantoflową dowiedzieliśmy się, skąd najlepiej oglądać zachód słońca. A że majówkowe, szare dotychczas niebo zaczynało się powoli rozjaśniać, popędziliśmy do Góry Strękowej (nie mylić ze Strękową Górą, która, choć zbieżność nazw jest męcząco oczywista, stanowi większą miejscowość oddaloną o kilka kilometrów od wsi, znad której można podziwiać widoki na rozlewiska Narwi) i staliśmy urzeczeni razem z kilkoma innymi fotografo – ornitologami, obserwując, jak słońce powoli opadało, przed ostatecznym zniknięciem kąpiące się w rozległych, naturalnych lustrach i prezentujące cały wachlarz ciepłych, wiosennych barw. Dopiero po niespodziewanym spektaklu zwróciliśmy uwagę na tablicę informacyjną i ruiny schronu znajdujące się na szczycie wzniesienia. W tych okolicach rozegrała się bowiem jedna z ważniejszych bitew II wojny światowej na Podlasiu. Przez blisko trzy dni, od 7 do 10 września 1939 roku, polscy żołnierze pod dowództwem kapitana Władysława Raginisa przeciwstawiali się wielokrotnie liczniejszym oddziałom niemieckim. Obrona Wizny na cześć bohaterskiej walki z przeważającym liczebnie wrogiem i martyrologią Kapitana, jest nazywana polskimi Termopilami.

Zachód słońca płynnie przeszedł we wschód. Oddzielało go zaledwie kilka godzin snu, który został brutalnie przerwany budzikiem o 4:00. Zupełnie jak na wachtę świtową! Ale o to właśnie nam chodziło, o świt. Nie dość, że liczyliśmy na niepowtarzalne, fotograficzne widoki, to jeszcze mieliśmy nadzieję, że zwierzęta zastosują się do krążących o nich plotek, że najchętniej wychodzą pożywiać się właśnie wczesnym rankiem, kiedy słońce nie grzeje za mocno, a samochody jeszcze nie biorą w posiadanie ulic będących dla nich szlakami wędrownymi.
I się nie zawiedliśmy.

Wschód słońca nad Biebrzą doradzono nam oglądać ze wsi Burzyn, która nie dość, że jest wzniesiona w stosunku do okolicznych rzek i łąk, to jeszcze ma pobudowana i udostępnianą solidną wieżę widokową, z której można dowoli napawać się obrazami, zapachami i ptasim słuchowiskiem, drącym się w niebogłosy, od samego rana.
Najpiękniejsze przedstawienie czekało jednak na nas w drodze powrotnej, kiedy mgła, powoli unosząca się znad sięgających po horyzont rozlewisk, niczym wata cukrowa miękko oplatała okoliczne łąki i drzewa, tworząc nieprawdopodobny krajobraz. Jak z bajki, jak z baśni. Brakowało jedynie wróżek z przezroczystymi skrzydełkami, latającymi nad polami, a wcale byśmy się pewnie nie zdziwili. No cóż, wróżek może nie było, ale za to spotkaliśmy kogoś innego…

Spotkanie z Bobrem
W amoku robienia zdjęć z mostu dopiero po chwili zauważyłam energczne, ale bezgłośne wymachiwanie przez Piotrka i wskazywanie na wodę, pod mostem, dokładnie pod nami. Tym razem dostrzegłam go nawet ja. Przy brzegu, pracowicie i metodycznie sporych rozmiarów bóbr obgryzał gałązkę, zapewne w celu dołączenia jej następnie jako elementu dekoracyjnego swoich żeremi. Momentalnie przypomniał mi się dialog z naszym gospodarzem sprzed dwóch dni:

Przyjechaliśmy dość późno, a właściciel na koniec rozmowy po wstępnym oprowadzeniu dorzucił:
– Tam na końcu działki są dwa psy, ale zamknięte. A jeżeli chcecie pójść zobaczyć bobry, to najlepiej właśnie teraz, w nocy.
– To tu są bobry? – wmurowało nas.
– No tak, w tym stawie – i wskazuje ręką za płot i zbiornik wody tuż koło domu – ostatnio jak szedłem tak koło 22 to aż chlupnęło. A to nie jest dźwięk jak mała rybka, taki bóbr to z 20 kilo waży.

Nie wiem właściwie, dlaczego nas to tak zdziwiło. Chyba wcześniej nie zdawaliśmy sobie sprawy, jak wiele niesamowitych zwierząt żyje także u nas, wystarczy tylko pojechać za miasto, mieć wyostrzone zmysły i trochę cierpliwości. Polskiego safari ciąg dalszy.

Później doczytałam etymologię rzeki, w której brzegi tak bezczelnie się wpraszaliśmy… Okazało się, że jej nazwa pochodzi od słowa bóbr! Biebrza pojawia się w dokumencie z 1358r., w którym Książę Kiejstut zatwierdza i opisuje granicę pomiędzy Litwą i dystryktem Grodzieńskim, a dystryktami wizneńskim i goniądzkim. W dokumencie tym Bebrza występuje w formie nazwy polskiej. Bóbr (bobr) jest ruską formą nazwy. Notatka z Kroniki krzyżackiej Dusburga z 1326 r. podaje Biber (o matko, dobrze, że nie zostało! Zamiast Biebrzy byłby wtedy Biber! Justin Biber!:D). Jest to bowiem dosłowne niemieckie tłumaczenie nazwy rzeki.

Gdzie jest łoś?
Safari też się udało. W końcu zobaczyłam łosie, były jednak na tyle leniwe, że przez 3 godziny właściwie nie ruszyły się z miejsca, leżąc w wysokich trawach torfowisk, z których ponad powierzchnię wystawały tylko ich głowy i ogromne uszy. Widzieliśmy żurawie, zające, polującego lisa, który zastygając nieruchomo czatował na ryjówki i myszy, nic sobie nie robiąc z naszej klikającej migawki. Bóbr pozostał numerem jeden wspomnień znad Biebrzy, ale gdybyśmy byli w stanie nazwać dziesiątki gatunków ptaków, które nam towarzyszyły, pewnie pobyt byłby pełniejszy…Wracaliśmy z solidnym postanowieniem powrotu do książek z biologii, żeby lepiej zrozumieć życie zwierząt, które tak lubimy podglądać, a Piotrek na kolejną „okazję” już zamawia sobie ptasi atlas. Ornitologiczny, oczywiście. Nie urologiczny:D.

Wisienka na zamku
Ach, zapomniałabym! Jeszcze jedno okoliczne zdziwienie! Jakieś 20 km od granic Biebrzańskiego PN znajduje się miejscowość Tykocin. Takie niby nic, a jaka ciekawa historia! Ominęlibyśmy ją na pewno, gdyby Piotrka nagle, wieczorem, nie złapała ochota na zjedzenie czegoś bardziej konkretnego niż zupka chińska, która zawiodła go aż do Tykocina, gdzie znajdował się po prostu najbliższy sklep.

Miasteczko liczy w porywach kilka tysięcy mieszkańców, ale na jego terenie znajduje się chyba więcej zachowanych skarbów architektury z XVI-XVIII wieku, niż w centrum Warszawy! No i zamek! Nie byle jaki! Ciekawostką jest, że w tym momencie to własność prywatna, w której obecny właściciel planuje otworzyć hotel i centrum turystyczne (restauracja już działa, czynna od 12:00 do 20:00), ale przebudowa i odnowienie budynku, która pochłonęła, bagatela, jakieś 12 milionów złotych, wiernie odwzorowuje szesnastowieczną formę fortecy, ówcześnie będącej zamkiem królewskim Zygmunta Augusta. Zwiedzać go można (zamek, nie Zygmunta) codziennie od 11:00 do 17:00.
Kilka historycznych ciekawostek:

  • Był przez kilkanaście miesięcy nekropolią zmarłego monarchy Zygmunta Augusta
  • Na zamku urzędował wielki humanista Renesansu – Łukasz Górnicki
  • Gościli tu także królowie: Władysław III Waza z rodziną, Władysław IV oraz car Rosji Piotr I
  • Na zamku August II Mocny ustanowił ORDER ORŁA BIAŁEGO
  • W czasie Potopu szwedzkiego na zamku przebywał i zmarł Janusz Radziwiłł
  • Zamek zdobył Paweł Sapieha zwyciężając Szwedów
  • Następnie został nadany za zasługi Stefanowi Czarnieckiemu

Poniżej kilka zdjęć, mam nadzieję, że się Wam spodobają:)

 

Żródła:
https://www.biebrza.org.pl
http://www.poranny.pl/magazyn/art/5242752,wizna-1939-kapitan-raginis-ja-tu-zgine-gora-strekowa-jak-polskie-termopile,id,t.html
http://www.polskieszlaki.pl/tykocin.html
http://www.zamekwtykocinie.pl

Dodaj komentarz