Białe olbrzymy, czyli trekking Santa Cruz w Andach

Marta: Zacznę trochę od końca, bo właśnie opuszczamy Huaraz kierując się wreszcie na północ i do ciepełka. Moja rosnąca irytacja faktem, że za każdym razem, kiedy temperatura w Polsce przestaje przypominać głęboką Syberię, uciekamy tam, gdzie w nocy zdarzają się przymrozki, zaczyna niebezpiecznie osiągać stadium wrzenia. Nadaję wprost z centrum dowodzenia autobusu linii Linea (masło maślane), mającego za cel Trujillo. Nie zamierzamy zabawić tam za długo, a raczej tylko tyle, żeby zmienić autobusy w mozolnej drodze do granicy, ale tak, ciepełko wzywa!

Wniosek z tego taki, że przeżyliśmy. Przeżyliśmy wejście na prawie 5000 metrów, mamy się dobrze, a ilość naszych czerwonych krwinek zapewne zwiększyła się na tyle, że przez najbliższy czas możemy liczyć na życie na dopingu. Legalnie!

I, szczerze mówiąc, nie było wcale tak trudno.

Tradycyjnie już, wyruszyliśmy o świcie, bo przecież mamy wolne, więc po co wylegiwać się do południa, kiedy można wstawać razem ze słońcem… I chociaż głowy podskakiwały na wybojach, nie przeszkadzało nam to zupełnie w kontynuowaniu snu już w drodze – obudziliśmy się na dobre dopiero podczas śniadania (wystrzegając się nadal desayuno continental i przezornie zamawiając „pan con huevo”, licząc na choć odrobinę białka), przy okazji zapoznając się z towarzyszami niedoli, z którymi mieliśmy spędzić najbliższe cztery dni.
Była więc Peruwianka – przewodniczka Nelly, Amerykanin Mike, dwaj Tajwańczycy przedstawiający się jako Leaf i Michael (totalnie nie tak się nazywali, ale ułatwiają nam generalnie życie i nie każą zwracać się imionami brzmiącymi jak oryginalne smaki Vifonów) oraz Francuzka Elisa, która okazała się lekarzem rodzinnym pracującym na Reunion (tak mamo, wzięłam kontakt:)). Znowu barwna gromadka, jakoś od początku całkiem nieźle się nam rozmawiało, również na drażliwe tematy wyborów w Stanach, w których przodowali Piotrek i Mike, i reszta podróży szybko zleciała, popodskakując nas jeszcze przez wertepiaste uliczki aż do Vaquerii, skąd mieliśmy rozpocząć trekking. Nie była to zresztą zwyczajna trasa, bo po minięciu całkiem malowniczych lagun i wjechaniu do Parku Narodowego Huascaran, zaczęliśmy wspinać się w górę. Póki co jeszcze busikiem, ale wspięliśmy się na wysokości zapierające dech w piersiach (dosłownie) po to, żeby przebić się na drugą stronę góry i zjechać tysiące metrów w dół do naszego punktu docelowego.

Piotrek: Kilka domów na krzyż i zdecydowanie więcej osłów i koni przywitało nas na początku słynnego Santa Cruz. To klasyczny, czterodniowy trekking w Kordylierze Białej, którego punktem kulminacyjnym jest przełęcz Punta Union (4760 m n.p.m.), w naszym przypadku rozpoczynający się w miejscowości Vaqueria (ok. 3600 m n.p.m.), a kończący w Cashapampie (ok. 3750 m n.p.m.).

Wszędobylskie, lekko zmulone osły, to tak naprawdę supermocarni herosi i nasi cisi bohaterowie. Niestety Andy to nie Tatry ani Bieszczady, tutaj nie można zarzucić plecaka na plecy i wędrować sobie po górach nie przejmując się jedzeniem i dachem nad głową, licząc, że w razie problemów z noclegiem przyjmą cię z uśmiechem na tak zwaną „glebę”. Nie uświadczysz tutaj przytulnych tatrzańskich schronisk, jak w Dolinie Pięciu Stawów czy Murowańcu, czekających ze świeżą szarlotką i przyjemnie słodkim grzańcem. Wszystko, czego potrzebujesz do życia, musisz sobie zanieść w góry sam. Albo znaleźć sobie jakiegoś… osła. Te lekko ciapowate, niemrawe karykatury koni wzięły na grzbiet nasze plecaki, namioty, śpiwory, karimaty, składane krzesełka, stoły (!), butlę z gazem i kuchenkę (!!) i dzielnie ruszyły w drogę tylko po to, żebyśmy wieczorem mogli zjeść ciepłą zupę we względnie suchym i przytulnym namiocie. Nie oczekują za to żadnej nagrody poza świeżą wodą z górskich potoków i kilkoma kępkami trawy rosnącej na naszych obozowiskach (osły żywią się parkiem narodowym, po prostu; przyp. Patyk). Co więcej, wyglądają na całkiem zadowolone z roli, jaką pełnią – nie są w żaden sposób złączone czy związane, cierpliwie idą jeden za drugim, a po dotarciu do celu niczym nieskrępowane spacerują wokół naszych namiotów albo wylegują się nad wodą. Jeszcze większe zdumienie budziło w nas tempo, w jakim się poruszają – podczas gdy my dokonujemy żywota wdrapując się na przełęcz, one dziarskim krokiem i pod pełnym obciążeniem wyprzedzają nas i pędzą do kolejnego obozowiska, żebyśmy mogli przyjść już „na gotowe”. Wybierając przewodnika na trekkingu trzeba uważać, żeby nie skąpił na osłach – obciążenie jednego nie powinno przekraczać czterdziestu kilogramów, ale niestety wiele agencji turystycznych, tnąc koszty, nadmiernie eksploatuje te zwierzęta. W naszym wypadku osłów było chyba ze dwa razy więcej niż ludzi, każde z nas mogło zabrać w sumie sześć kilogramów bagażu, a resztę ładunku stanowiło jedzenie i ekwipunek biwakowy. Mając tę świadomość, z niemałym smutkiem wspominamy osły, które poganiane batem wnosiły dorosłych ludzi w kanionie Colca ponad kilometr wzwyż. W niecałe trzy godziny.

Pierwszy dzień trekkingu to tak naprawdę trzygodzinna rozgrzewka, której celem jest obozowisko Paria położone na wysokości 3870 m n.p.m. Opuszczamy Vaquerię, mijając po drodze urokliwe górskie wioski i hodowle świnek morskich (bynajmniej nieprzeznaczonych do sprzedaży w sklepach zoologicznych). Przewijające się krajobrazy przywodzą na myśl niższe parte Tatr, tyle że nieco bardziej wysuszone i mniej zazielenione. Widoku dopełniają pasące się dosłownie wszędzie krowy i groźnie pohukujące byki. Szybko osiągamy Parię i dogadzamy sobie gorącą czekoladą z herbatnikami, nie wiedząc, że największe wyzwanie tego dnia jeszcze przed nami. Jesteśmy w środku zimy, w górach, na wysokości ponad czterech kilometrów od poziomu morza – o ile w ciągu dnia rozgrzewa nas żwawy marsz i silne peruwiańskie słońce, a wieczorem gorąca zupa z pikantnymi przyprawami, to nocą w trzyosobowym namiocie temperatura spada grubo poniżej zera.. Przeciwko zimnu wytaczamy całkiem pokaźny arsenał – w ruch idzie bielizna termiczna, setki polarów, rękawiczek i innego badziewia, dzięki któremu śpi się cholernie niewygodnie. Oszczędzamy ciepło i akumulujemy je na zapas – przed założeniem każdej nowej części garderoby rozgrzewamy ją w śpiworze, do którego uprzednio wrzuciliśmy nasz bidon zalany gorącą wodą.

Wreszcie mamy chwilę dla siebie, więc wczuwamy się w romantyczną atmosferę przepełniającą naszą podróż poślubną. Po naszym prywatnym namiocie rozchodzi się naturalny, niezakłócony mydłem czy perfumami zapach naszych ciał i przepoconej bielizny. Lekko dygoczemy. Marta, widząc błysk w moich oczach, zmysłowymi ruchami nakłada grube wełniane skarpety w lamy, które kupiła specjalnie na tę okazję. Nie chcąc pozostawać dłużnym wyciągam z plecaka mój zawszony, ale pancerny czerwony polar. Nie mam wątpliwości, że jej się spodoba – Sebek kiedyś zalotnie wyznał mi, że przypominam w nim bezdomnego. Zakutani niczym bałwany szybko wskakujemy do brudnych, wypożyczonych śpiworów puchowych, nakładamy kaptury i wzajemnie zapinamy się pod szyję. W naszej zmysłowej garderobie wyglądamy jak dwie przerośnięte dżdżownice, a wszelkie próby przemieszczania się po namiocie przypominają bezładne, nerwowe podskoki świeżo złowionego pstrąga. Natchnieni intymnym klimatem, szepczemy sobie do uszu czułe słówka, np. „Ja pier***, jak zimno!” albo „Co za debil wymyślił ten trekking?!”. Niestety rano okazuje się, że wydały nas dźwięki dochodzące z naszego namiotu, bo klekot moich zębów słyszeli ponoć w sąsiednim obozie.

Marta: Ta noc zdecydowanie należała do jednej z najzimniejszych, wygrywając nawet z Salar de Uyuni i Altiplano w Boliwii. Próbując nie myśleć o tym, jak bardzo nie lubię zimna, z kwaśnym uśmiechem przywitałam oszronioną trawę i śnieżne szczyty. Każdego ranka jednak na dzień dobry dostawaliśmy mate de coca, czyli naszą anty-wysokościową przyjaciółkę, a potem już marsz nieźle rozgrzewał. Szczególnie drugiego dnia, kiedy mieliśmy do pokonania największe wzniesienia.

Ruszyliśmy żwawo, przypominając trochę Drużynę Pierścienia w czapkach w lamy. Droga pięła się dosyć łagodnie w górę, ale znowu szybko przekonaliśmy się, że to, co u nas oznacza „łagodne pięcie się w górę”, niekoniecznie odzwierciedla łatwość pokonania tego samego szlaku w Andach. Po dojściu do całkiem uroczej laguny i chwili przerwy w towarzystwie ostro zakończonych skalnych kolosów, czas było sposobić się do walki, czyli „ataku szczytowego” na nasze możliwości – zdobycia Punta Union i przedostania się tą samą drogą, którą wieki temu poruszali się Inkowie, z jednej doliny do drugiej.
No dobra, nie dla wszystkich była to walka, bo Elisa skakała po tych górach na długo przez przewodniczką, wzbudzając we mnie tony zazdrości i niezrozumienie mojej niezdarności. Co prawda potem dowiedziałam się, że w zeszłym roku biegła ponaddwudziestokilometrowy bieg w górach i moje ego skapitulowało.

Nie zawsze trzeba być hardkorem.

Zresztą nawet Piotrek, który z reguły, gdy ma już cel przed oczami pnie się w górę bez przystanków i bez patrzenia na boki, tym razem też zaczął szybko, ze wzrokiem wbitym w przełęcz, ale po kilkudziesięciu metrach zwolnił… i było jak zwykle.

Przed samym szczytem Mike wołał o „kondor taxi”, a ja płaczliwym głosem do Piotrka, że „nie…..maaa…m….czym….oddy…chać!”, ale odpowiedziało mi tylko mało współczujące „Ja…..też!”…I tyle w temacie.

Może dobrze, nie było czasu na specjalne rozczulanie się nad sobą, wysililiśmy ostatnie pęcherzyki płucne i…udało się! Byliśmy na górze! Z jednej strony w dole pozostała dolina Huaripampa, a przed nami wił się szlak w dół, zamknięty pierścieniem przez masywy Alpamayo i Quitaraju z jednej strony, a z drugiej Artesonraju, czyli prototyp słynnego logo wytwórni filmowej Paramount Pictures.

Dla mnie droga w dół zawsze jest prostsza i przez to o niebo przyjemniejsza, więc kolejne 2-3 godziny do naszego drugiego obozowiska były już wakacjami w najczystszym tego słowa znaczeniu, z gawędzeniem ze współtowarzyszami podróży i podziwianiem widoków.
W Taulipampie, przygotowani już wcześniej przez ostrzeżenia, że jest to nasze najwyższe i najzimniejsze obozowisko, włączyliśmy moduł „brace yourself: winter is coming”, zakładając na siebie ponownie wszystko, co możliwe, ale, ku naszemu zaskoczeniu…nie było tak źle. Chyba po przymrozkach poprzedniej nocy po prostu wyczerpaliśmy limity i od teraz mogło być już tylko lepiej.

Jako, że po 7-8 godzinach chodzenia czuliśmy, że aktywności fizycznej na ten dzień już wystarczy, bezczelnie leniliśmy się w namiocie, mając w końcu trochę czasu także na czytanie. Niestety, po stracie naszych nieograniczonych zasobów elektronicznych pozostały nam już tylko papierowe, z których wybraną została książka „Inna dusza” (dzięki, Górski!:)), którą ja połknęłam jeszcze w samolotach, a Piotrek pochłaniał właśnie w górach. Towarzyszyłam mu z książką kupioną na jakichś przecenach w Arequipie, ale chociaż ciekawa i po hiszpańsku, okazała się jednak traktatami na temat sytuacji ekonomicznej w Ameryce Łacińskiej, w związku z czym z reguły po kilkunastu stronach jakoś tak oczy same mi się zamykały (wybaczcie, ekonomiści!).
Trzeci dzień to kulturalne podejście do ukrytej laguny z widokiem na Alpamayo, czyli jeden z bardziej dostępnych wspinaczce szczytów (co nie zmienia faktu, że to już wyprawy mocno wysokogórskie, z zapleczem sprzętu, tlenu i spaniem na lodzie. Dosłownie.), co łącznie z zejściem zajęło nam mniej więcej 3,5 godziny i potem spacer doliną do kolejnego noclegu. Dolina ucierpiała kilka lat temu z powodu lawiny lodowo – błotnej zsuwającej się z pobliskich szczytów, która przykryła wszystko szaro-brązową mazią i zmusiła do zmiany wytyczonych szlaków. Przemieniła na kilka dobrych miesięcy lazurową lagunę w ciemną breję i zmieniła krajobraz gór na zawsze, na szczęście my mogliśmy cieszyć się super pogodą i niezłymi widokami. Tego dnia co prawda zaczęły nas nachodzić pierwsze myśli, że szlak spokojnie dałoby radę zrobić w 3, a nie 4 dni, a krajobrazy, choć niespotykane w Europie ze względu na wysokości, dorównują urokom naszych rodzimych Tatr. Czy to pierwsze oznaki homesickness?

Piotrek: To chyba kolejne oznaki coraz większego szacunku i podziwu dla rodzimej kultury i natury. Nie pierwszy raz dyskutujemy z Martą i innymi towarzyszami niedoli, że im więcej podróżujemy, tym bardziej doceniamy to, co czeka na nas po powrocie. Czasem trzeba pojechać bardzo daleko i spojrzeć na coś z innej perspektywy żeby zrozumieć, jak bardzo jest wartościowe. Nie znaczy to, że podróżowanie po innych krajach przestaje mieć sens – wręcz przeciwnie – ale na pewno dzięki niemu pozbywamy się kompleksów i uczymy się cieszyć się tym, co mamy.

Trekking Santa Cruz to był dla mnie „must see” w Peru i chyba nie wybaczyłbym sobie, gdybyśmy z niego zrezygnowali. Jednak andyjskie doliny czasem do złudzenia przypominają te tatrzańskie, tylko roślinności jakoś mniej i czasem robi się tęskno za naszymi strzelistymi, majestatycznymi świerkami i jodłami. Lodowce są faktycznie wspaniałe – białe olbrzymy, które przez cztery dni wiały chłodem i górowały nad nami, dawały nam do zrozumienia, że ich siła jest nieograniczona, że mogą kruszyć skały, dosłownie przenosić góry, zmieniać biegi rzek, tworzyć jeziora i doliny. Ale olbrzymy, które widzieliśmy na Islandii (Vatnajökull) czy w Svalbardzie (Austefonna) są o niebo potężniejsze! Żeby objechać ten pierwszy samochodem, potrzebowaliśmy kilku dni. Choć Islandia przywitała nas słońcem i wysoką temperaturą, to kiedy dotarliśmy do czoła Vatnajökull (a raczej jednego z wielu czół!), trzeciego pod względem wielkości lodowca świata, zrobiło się zimno, pochmurno i mrocznie. Tylko dlatego, że znaleźliśmy się w pobliżu tego białego giganta. Z kolei Austefonna w Svalbardzie nie pozwoliła nam się nawet dotknąć, bo kiedy tylko odważyliśmy się pomyśleć o skierowaniu naszego jachtu w jej stronę, cały ocean arktyczny w promieniu kilkudziesięciu kilometrów od jej czoła po prostu… zamarzł. Oczywiście, wciąż dało się do niej podpłynąć, ale wyposażenie w postaci kilku osłów i namiotów biwakowych mogłoby nie wystarczyć – przydałby się jeszcze do tego rosyjski lodołamacz o napędzie nuklearnym.

W krajach Ameryki Południowej widzimy też ogromne zróżnicowanie kultur. Czasem wystarczy przejechać 100 kilometrów, żeby spotkać ludzi posługujących się innym językiem, noszących inne ubrania i żyjących w inny sposób. Hiszpański przyjechał tutaj razem z kolonizatorami z Europy i oczywiście jest powszechny i dominujący, ale na każdym kroku spotykamy ludzi mówiących w języku Quechua czy Aymara. Po chwili zastanowienia przypominamy sobie o mniejszościach etnicznych żyjących na wschodzie Polski, o ludziach mówiących po Kaszubsku lub w gwarze góralskiej, o polskiej sztuce ludowej, zróżnicowanym lokalnym folklorze, o obertasie, kujawiaku i krakowiaku. Żałujemy, że szybki rozwój ekonomiczny i społeczny w naszym kraju wiąże się z nieuchronnym zanikaniem naszych rdzennych kultur i nikogo tak naprawdę już one nie obchodzą. Szkoda, bo może gdybyśmy spróbowali jako naród zainteresować turystów czymś innym niż polską martyrologią w postaci nieudanych powstań zbrojnych, obozów koncentracyjnych i innych niezliczonych świadectw cierpień, których doznaliśmy podczas II wojny światowej, to może odnaleźlibyśmy sens w pielęgnowaniu i utrzymywaniu tego, co w nas ciekawe i odróżniające od innych.

Cieszymy się, kiedy spotkany na Machu Picchu Japończyk rozpływa się nad muzyką Chopina i zapraszamy go do odwiedzenia muzeum w Warszawie, do odpoczęcia na jednej z grających ławek na Krakowskim Przedmieściu, do posłuchania etiud i preludiów na żywo w Łazienkach Królewskich czy do zrelaksowania i wyciszenia się w ogrodach Żelazowej Woli. Cieszymy się, że są ludzie tacy jak Krzysiek i Ewka, którzy mają pozytywną zajawkę, tańczą w zespole pieśni i tańca i zarażają nią innych, organizując takie akcje jak np. „Wytnij hołubca”. Nie cieszymy się, kiedy spotkany w dżungli sympatyczny Amerykanin opowiada, że kiedyś był w Polsce, odwiedził tylko obóz Auschwitz-Birkenau i wspomina to jako jedno z najbardziej traumatycznych doświadczeń w życiu. Nie cieszymy się też, że synonimem polskiego wiejskiego stroju jest dzisiaj podrabiany, szeleszczący dres, a wiejskiej muzyki – kiepskie disco polo z facetami w błyszczących pozłacanych łańcuchach.

Marta: Powrót to pylisto-kamienista ścieżka głównie w dół, po niecałych 4 godzinach drogi wzdłuż strumienia i kaskad docierająca do Cachapampy, naszego punktu docelowego, gdzie wsiedliśmy do busa turlającego się z powrotem do Huaraz. Nie żegnaliśmy się z ekipą, bo po długo wyczekiwanym prysznicu i szeroko pojęty odgruzowywaniu się (ostatniego dnia dziwnym trafem jakoś wszyscy chodzili już w czapkach), przepakowywaniu i szykowaniu w dalszą drogę mieliśmy się jeszcze zobaczyć na kolacji u Orlando (właściciela firmy) i powymieniać wrażenia. Super pomysł, tym bardziej, że pojechaliśmy do jego domu rodzinnego, gdzie mama zaserwowała takie ilości jedzenia, których nawet Piotrek nie był w stanie pochłonąć, a Pisco Sour po raz ostatni rozgrzewało atmosferę.
W końcu jednak niestety trzeba było zabierać się z rodzinnej atmosfery, załadować domy na plecy i wyruszyć na dworzec w długą drogę do kolejnego państwa, Ekwadoru, jako że Huaraz było naszym ostatnim planowanym przystankiem w Peru. Oczywiście w drodze mieliśmy też kilka nie do końca planowanych przystanków, ale o tym później.
Ciekawostka: pisząc z perspektywy wstecznej, w ciągu ostatniego tygodnia spędziliśmy 3 noce w namiocie, 3 noce w autobusach i 1 noc w normalnym hostelu. To tyle, jeśli chodzi o luksusy podróży poślubnej:)

9 komentarzy

  1. Nie rozczulajcie się nad sobą. Ja będąc 2 x starszy zdobywałem najwyższy szczyt Afryki. A może przyczyną zgolenia brody były insekty albo “śmierdziucha”, ha, ha ….

  2. Fajne opisy miejsc i sytuacji.W końcu ktoś docenił i osły , bez których trasa byłaby ciężka. Treść opisu super!!!

  3. Zimno mi sie zrobilo jak to czytałam;) brr. Przepraszam,ale strasznie mnie rozbawił opis Was jako wielkich dżdżownic w śpiworach. Mam nadzieje,ze jednak uda Wam się złapać jeszcze troche ciepla. My tez jeżdżąc stwierdziliśmy,ze nie jest zle z Polska i tez mamy powody do dumy. Trzymajcie się cieplej:)

  4. Widoki pięęęękne!!
    Piotr odmroziłeś brodę? Czy może jakiś przegrany zakład…

    1. Nie, powód bardziej prozaiczny – niezadowolona żona 🙁

  5. Epicki i jakże prawdziwy opis nocy na tym treku 🙂

    1. Taaa, zastanawiamy się czy Wasz pomysł z podróżą poślubną w Tajlandii jednak nie był lepszy 😉

  6. Czyżbym wyczuła nutkę tęsknoty…., no może na razie za mamą Iwoną ,ale będę czytała dokładnie może tam gdzieś między słowami wyczytam i coś dla siebie…..A tak w ogóle jesteście bardzo dzielni, chylę czoła taki trekking ,na takiej wysokości… naprawdę podziwiam, jednak z nadzieją ,że nie rozsmakujecie się w tak ekstremalnych przygodach na przyszłość , bo dla mnie to zbyt ekstremalne przeżycia czekać na wiadomości od Was.

    1. Nie ma co się przejmować, jesteśmy duzi i uważamy na siebie!

Dodaj komentarz