Będąc młodą żeglarką cz. IV

Magdalenefjorden i wielorybnicy – 18.07.2015

Utknęliśmy. To chyba najlepsze słowo opisujące naszą obecną sytuację, od półtorej doby niezmienioną. A niby żeglarstwo to ciągła  podróż…
Po nocy z czwartku na piątek, kiedy tnąc zawzięcie dziobem coraz to większe fale i zwiększając obroty silnika bardziej staliśmy w miejscu niż posuwaliśmy się naprzód, skryliśmy się w końcu w osłoniętym górami miejscu o wdzięcznej nazwie Magdalenefjorden. Znaleźliśmy schronienie. I to w pięknych okolicznościach przyrody (czy w ogóle w języku polskim jest takie wyrażenie? Okoliczności przecież nie z przyrodą się kojarzą…). Jednocześnie jednak ze schronieniem, okoliczności przyrody schwytały nas w pułapkę. Wespół w zespół, all together. Bo póki co z tej zatoczki nie wypłynęliśmy.
Wieje bardzo zmienny wiatr, w porywach osiągający 30 węzłów, który według kapitana blokuje naszą podróż na północ, a na południe, póki co, nie mamy jeszcze po co spływać. Stoimy więc, bujając się relatywnie spokojnie na kotwicy i nie wiemy co dalej. Tak jakby zawieszenie pomiędzy jedną decyzją a drugą było samo w sobie decyzją dobrą, idealnym kompromisem. Kiedy tak naprawdę jest brakiem decyzji.
Impas psychicznie nam nie służy, bo faktycznie, kiedy wczoraj zawijaliśmy i rzucaliśmy kotwicę wiało na tyle mocno, że trudno było wytrzymać na dworze. Dzisiaj jednak pogoda, nieco bardziej łaskawa, umożliwiła nam chwilowe uwolnienie z klatki i desant na brzeg, chyba najbardziej malowniczy z dotychczas odwiedzonych. Fiord z trzech stron otoczony jest idealnymi stożkami gór, których brąz kontrastuje z zielenią porastającego ich mchu i bielą topniejącego powoli śniegu. Doliny wypełniają jęzory lodowców, z daleka sprawiające wrażenie gładkich i aż proszących się o zjazd na nartach (co zresztą co odważniejsi próbują robić, a przynajmniej tak wieść gminna głosi, mnie jednak brakowałoby chyba odwagi…).
Na brzegu, oprócz tradycyjnie atakującego ptactwa przywitały nas dwie foki, wesoło wystawiające głowy z wody, łypiące na nas ciekawskimi oczami i wcale nie okazujące strachu. Obserwowaliśmy je znowu z niezdrową fascynacją, podziwiając urok i zwinność, no a w ich wielkich, ciemnych oczach to już w ogóle można się było zakochać. Na morzu, wiadomo… Jak się nie ma, co się lubi, to się bierze to, co jest :).
Po szybkim rekonesansie okazało się, że znaleźliśmy się w dość turystycznym, jak na Spitsbergen, miejscu. Tablica pamiątkowa (!) informowała, że odgrodzone łańcuchami gruzy przemieszane z białym piaskiem to miejsce chroniące pozostałości wypraw wielorybniczych z lat 1612-1650, które później zmieniły przeznaczenie na naprędce skonstruowany cmentarz poległych wielorybników z Francji, Wielkiej Brytanii i Kraju Basków. O turystyczności kupy kamieni przekonaliśmy się szczególnie dzisiaj rano, kiedy we fiordzie dotychczas okupowanym przez jachty pojawiły się znikąd 3 lub 4 statki wycieczkowe, z których wyskoczyły pontony pokryte turystami w czerwonych skafandrach, którzy pokręcili się przez kilka chwil, powalczyli z rybitwami i wrócili na statki. Dziwne.
My natomiast, z potrzeby ruchu, postanowiliśmy wybrać się na dłuższy spacer, przechodząc obok chatki (dawniej traperskiej, dzisiaj strażników parku narodowego – którym właściwie jest cały Svalbard), a potem ponad groblą usypaną z kamieni aż do plaży, która znajdowała się już po stronie z widokiem na otwartą wodę. Prześlicznej plaży, warto nadmienić, o lekko żółtawym, drobnym piasku i lazurowej wodzie gładko rozpływającej się wraz z falami, przypominającej raczej śródziemnomorskie niż arktyczne klimaty. Szkoda trochę (to mój personalny żal), że wszędzie tam, gdzie najładniej, musi też być najzimniej…

W każdym razie szliśmy czymś, co nawet przypominało wytyczoną ścieżkę, początkowo po kamienistym zboczu, następnie po plaży, na której odpoczywały i stopniowo topniały lodowcowe cielątka, aż dotarliśmy do czoła lodowca, z którego spływały wodospady wody zmieszanej z ziemią i błotem. Podłoże stawało się coraz bardziej grząskie, buty coraz brudniejsze, aż w końcu, gdy jedno z nas zostało wciągnięte z głośnym chlupotem w błoto aż do połowy łydki stwierdziliśmy, że bliżej lodowca już nie podejdziemy. Ale widok i tak był powalający. Błękit lodu świecący w ostrym słońcu, na horyzoncie góry i bezkres morza o głębokim odcieniu granatu… A jeśli komuś by nie wystarczał, na odchodne na naszych oczach, w agonii suchego huku urodził się mały growler, ważący pewnie kilkaset kilogramów i wzburzający falę docierającą aż do gładkiej plaży i zaburzający jej idealną harmonię. Po czym podryfował w sobie tylko znajomym kierunku, być może by na końcu spocząć wraz z innymi na brzegu Magdalenefjorden, obok wielorybników, w spokoju…

Poprzednie części :
CZĘŚĆ I
CZĘŚĆ II
CZĘŚĆ III

  • P.

    Ha! Czyli w koncu przyznajesz, ze zimno = ładnie?