Będąc młodą żeglarką cz. I

Czyli cykl wspomnień z zakończonych rejsów – Svalbard
12.07.2015

Dolecieliśmy! W kilkanaście godzin (przeczekując kilka na lotniskach) znaleźliśmy się tak daleko na północy, jak można sobie tylko wyobrazić. Od kilku dni panoszymy się po Spitsbergenie, największej wyspie archipelagu Svalbard, okolicy 78° szerokości geograficznej północnej. Dziwne to miejsce, trochę niczyje, trochę wszystkich, trochę jakby tylko dla siebie.

Na mocy Traktatu Spitbergeńskiego podpisanego w 1920 roku, archipelag znajduje się pod zwierzchnictwem Norwegii. Do jej obowiązków należy ochrona środowiska, pilnowanie szeroko pojętego porządku czy ustanawianie gubernatora (Sysselmannen), najwyższej władzy administracyjnej i sądowniczej w tym oddalonym zakątku świata. Polska jednak jako jeden z krajów ratyfikujących Traktat, ma dokładnie takie same prawa użytkowania, eksploatacji surowców i budowania osiedli jak Norwegia. Polacy mogą osiedlać się bez wizy, budować domy i przebywać na tym terenie na czas bliżej nieokreślony. Korzystamy z tego jako kraj, a jakże, ale głównie naukowo. Taka to kosmopolityczna, zamorska kolonia. Albo obiekt badawczy.
Niestety my przyjechaliśmy raczej na czas określony, określony ramami lotów, które można złapać z Oslo i Tromso, określony terminem rejsu, który w tym wypadku trwa nieco ponad dwa tygodnie.
Takie to letnie wakacje w naszym stylu. Rozważaliśmy przed wyjazdem różne opcje, ale po gorącu, spiekocie i flaucie zeszłorocznej Chorwacji odwróciliśmy globus ogonem i padło na północ, a nie południe.

Stoimy więc na kotwicy w Pyramiden, opuszczonej w 1998 r. rosyjskiej miejscowości – kopalni, którą mamy eksplorować jutro. Nie dlatego, że jest już prawie północ. Nie dlatego, że mogłoby być niebezpiecznie po zmroku w, bądź co bądź, ruinach – słońce unosi się na horyzontem 24 godziny na dobę, a w naszej kabinie dziobowej jest ciemno tylko dlatego, że forluk z zewnątrz przykrywa ponton. Po prostu od rana najbliższy świat pogrążony jest w tak gęstej mgle, że widoczność ogranicza się do kilkunastu metrów (i rysuje mroczne sylwetki industrialnych, nabrzeżnych budowli…), a poza ścisłym centrum Longyearbyen, czyli stolicy Svalbardu, nie można się ruszać bez broni. Do ewentualnej samoobrony. Przed niedźwiedziami polarnymi. Brzmi abstrakcyjnie i surrealistycznie, ale skoro na terenie archipelagu żyje więcej niedźwiedzi polarnych niż ludzi, to skoro tych drugich już spotkaliśmy, nic nie stoi na przeszkodzie, żeby stanąć oko w oko także tymi pierwszymi. Dlatego broń musi być, nawet jeśli to myśliwski Mauser dość starej daty. I z niechlubną historią związaną z II wojną światową. Był już na wyposażeniu jachtu, a my, przygotowując się do wyjazdu, przeszkoliliśmy się pod okiem doświadczonego myśliwego z jego używania (a przede wszystkim zabezpieczania! Safety first! Szczególnie, jeśli coś ma kilkucentymetrowe naboje i zdecydowanie nie jest do zabawy!). Co prawda pozwolenie od szanownej władzy gubernatorskiej dostał tylko Piotrek (co ciekawe, nie wymagała ona nic poza wnioskiem i zaświadczeniem o niekaralności. Żadnej opinii psychologa. NIC.), ale w końcu w sytuacji zagrożenia nie będę się chować za czyimiś plecami, trzeba samemu ogarniać. Broń jak i flary świetlne, które także zabieramy wszędzie ze sobą.
Ale to nie niedźwiedzie polarne stanowiły źródło największego niepokoju. O niee… Bardziej przerażało mnie nic innego, jak polarne…zimno. Chociaż przyjechaliśmy w samym środku lata i długiego dnia polarnego, to jednak temperatury rzadko kiedy przekraczają 10°C. Klasyfikuje to wyprawę jako najzimniejszy, letni rejs, na jaki się zaokrętowaliśmy. Z własnej woli! Dumna etykietka, prawda?
Jesteśmy oczywiście do tego całkiem nieźle przygotowani, plecaki wypełniają już nie tylko pancerne sztormiaki i kalosze, ale ciepłe swetry, polary, odzież termiczna, narciarskie skarpety, gogle, kominiarki, szaliki w pingwinki i czapki – w skrócie wszystko to, co zwykle pakuje się na letnie wakacje.
(wtręt – chcielibyście post o tym, co należy zabrać w rejs? Taka checklista niezbędników?)
Pomimo śniegu pokrywającego góry, większość dnia spędzamy na dworze (łódka też, jak można się spodziewać, nie izoluje za dobrze; i nie, nie ma ogrzewania), odpowiednie ubrania więc to podstawa, źródło niezbędnego ciepełka i, co za tym idzie, braku frustracji. I nawet udało mi się pobiegać po Longyearbyen, robiąc przyzwoite 10km i rozpoczynając realizację postanowienia, że nie odpuszczam treningowej rutyny na jachtach. A przynajmniej będę próbować. Zresztą ten bieg, który pozwolił zagłębić się w domowe, nawet przytulne uliczki pomiędzy kolorowymi domami, kontrastującymi mocno z surowym otoczeniem, kiedy arktyczne słońce grzało w plecy, dał mi niesamowite poczucie wolności i relaksu, którego przez cały rok jednak trochę brakowało. Podobne wrażenia zawsze zapewnia też żeglarstwo, a przynajmniej taki rejs, w których możemy sobie pozwolić na sporo pływania, a nie jedynie transporty z portu do portu. Byle dalej! No i wrażenia mieszkańców Longyearbyen, kiedy zgubiłam się w tej dwu-i-pół-tysięcznej metropolii, wbiegając im nagle w środek spotkanie grillowego – bezcenne :).

  • M

    Czekam na opis zorzy polarnej ,choć umknęło mi czy byliście świadkiem tego zjawiska .
    Wspaniały opis, poczytam podczas rejsu w Chorwacji w sierpniu

    • http://patykiempisane.eu Marta

      Niestety, na zorzę polarną trzeba by wybrać się zimą:) Nam słońce świeciło 24 godziny na dobę. Będę czekać w takim razie na relację z Chorwacji!