Będąc młodą żeglarką cz. III

Najgroźniejsze zwierzę Arktyki
16.07.2015

W końcu płyniemy. Staliśmy na kotwicy przez kilkanaście godzin w jakiejś bezimiennej zatoczce, żeby przeczekać silny, północny wiatr, który bardziej by nas spowalniał niż pchał do przodu. Z wiatrakami można jeszcze walczyć, z wiatrem już nie. A to właśnie na północ obieramy kurs – N w najczystszej postaci. Planem jest dopłynąć za osiemdziesiąty równoleżnik, co stanowi chyba najdalej wysunięte na północ miejsce dostępne amatorom na statkach nieprzystosowanych do żeglugi lodowej (ile jeszcze razy powtórzę w tych relacjach zwrot „najdalej wysunięte na północ”?!). Dalej kończą się mapy, dalej jest biało.

Z jednej strony odpowiadał mi ten przymusowy postój, bo pozwolił zakumulować trochę ciepła i uzbroić się w nowe, polarowe warstwy na przyszłość (trzygodzinne wachty zaczynające się o 3 nad ranem, przy 8°C i zacinającym wietrze dają w kość; nawet dziesiątki przysiadów pospiesznie wykonywanych na burcie nie za bardzo pomagają – można tylko stać, marznąć i integrować się z lodową krainą), z drugiej mam wrażenie, że trochę więcej stoimy niż płyniemy. A nas nosi, chcielibyśmy pływać. Nawet dla samego pływania, niekoniecznie do celu. Czekając także w miejscu oddalamy coraz bardziej wizję prysznica, na który jest szansa dopiero w Ny-Alesund, które nadal znajduje się w zasięgu, ale kilkudniowej żeglugi. Trzeba więc włączyć program oszczędzania wody na całego, bo 500l na 8 osób na czas bliżej nieokreślony to wbrew pozorom niewielka ilość. Słowem – zero prysznica, póki co.

Niemniej jednak czas spędzany na kotwicy nie jest do końca bezproduktywny i udało nam się zeksplorować (czy jest w ogóle takie słowo?) kolejny skrawek Spitsbergenu. Po śniadaniu przygotowaliśmy ponton i suche kombinezony, które wyglądały jak pomarańczowo – czerwone, ogromne stroje kosmonautów (albo teletubisiów, w zależności od preferencji). Ładowaliśmy się w nie w całym, wielowarstwowym ubraniu i można było właściwie wskakiwać do wody o temperaturze niższej niż 4°C nie czując właściwie nic. Desantowaliśmy się na wybrzeżu, gdzie od razu rzuciła się w oczy mnogość śladów: reniferów, ptactwa, lisów polarnych… Z pewnym niepokojem (ale również pomieszanym z nadzieją) rozglądaliśmy się też w poszukiwaniu odcisków wielkich łap wiadomego pochodzenia, ale póki co nasze umiejętności szukania tropów nie zawierały największych lądowych drapieżników. Ciekawość mieszała się ze strachem, bo pomimo teoretycznego i względnie praktycznego przygotowania, niedźwiedzia najchętniej zobaczyłabym z bezpiecznej odległości łódki, a nie w zasięgu wzroku. Na lądzie. Wiedząc, że pobiegnie znacznie szybciej niż ja.

Zaczęliśmy spacer w kierunku jednego z jęzorów lodowca, które gładko schodziły do poziomu morza, zamieniając się wcześniej w jeziora i rzeczki. Szybko jednak okazało się, że jest to dalej, niż przypuszczaliśmy, część załogi zaczęła przebąkiwać o powrocie na łódkę. Naradzaliśmy się, co dalej zrobić, kiedy dojrzeliśmy dwa renifery (zapewne te, których świeże ślady badaliśmy wcześniej w grząskim gruncie), wyglądające na stare i nieco wyliniałe, a może po prostu takie, które jeszcze nie zdążyły przeobrazić futra z zimowego, śnieżnobiałego koloru, w brunatne, letnie przebranie… Zaczęliśmy się do nich powoli zbliżać, a one, mimo iż ewidentnie nas wyczuły i zauważyły, nie ruszały się z miejsca i tylko obserwowały. Tak badawczo i z zaciekawieniem. W pewnym momencie, za nic mając strach, skierowały się w naszą stronę, zdziwione obecnością siedmiu intruzów na swoim terenie…I przyspieszyły kroku. Ja polowałam z aparatem, robiąc zdjęcia reniferów z każdej możliwej strony, ale chłopcy mieli broń w pogotowiu. Osobiście nie sądzę, żeby miały nam zrobić krzywdę, ale być może na dalekiej północy trzeba przyjąć założenie, że wszystko może cię w pewnym momencie zaatakować i uszkodzić. I to bez zbędnej przesady.
Przekonaliśmy się o tym wkrótce na własnej skórze, kiedy kontynuując spacer w kierunku lodowca zatrzymaliśmy się na chwilę przerwy i zaczęliśmy obserwować z zainteresowaniem polujące rybitwy, które pikowały głową w dół z wysokości kilku metrów, żeby wbijając się z impetem w wodę upolować rybę. Zainteresowanie przerodziło się w śmiech, kiedy M., zbliżając się bezwiednie do ich prawdopodobnego gniazda, rozwścieczył ptaki, które teraz zamiast w wodę, pikowały w kierunku jego głowy, skrzecząc ze złością i wywijając skrzydłami. Miny nam zrzedły, kiedy w drodze powrotnej to samo przydarzyło się także nam i musieliśmy poważnie zagęścić kroki. No dobra, po prostu zaczęliśmy uciekać… Groteskowa sytuacja, jeżeli by patrzeć na nią z boku, ale my panicznie chroniliśmy głowy i oddalaliśmy się od najdrapieżniejszych zwierząt Arktyki…

Teraz natomiast nadal silnikujemy pod wiatr i pod falę, pogoda pod tym względem nas nie rozpieszcza. Ale za to wynagradza nam kolejnymi okazami arktycznej fauny – rano po raz pierwszy zobaczyliśmy pływającego i polującego morsa (myląc go początkowo z wielorybem), a niedługo mamy zatrzymać się w miejscu, gdzie będzie ich znacznie więcej…

Poprzednie części :
CZĘŚĆ I
CZĘŚĆ II