Będąc młodą żeglarką cz. II

Spitsbergen, 13.07.2015

Rano, nadal spowita we mgłę, ale już odsłaniająca więcej swoich mrocznych uroków, ukazała się nam Piramida. Nazwę kopalni rosyjscy górnicy zaczerpnęli od kształtu góry kładącej cień na ich miejsce pracy, choć mnie przypomina ona bardziej piramidę aztecką niż tradycyjną, egipską formę.
Desantowaliśmy się na ląd, oczywiście uzbrojeni, i od razu zaczęliśmy eksplorację, nie mogąc pozbyć się wrażenia przemieszczania raczej w świecie gier komputerowych niż rzeczywistym. Opuszczone budynki, a właściwie całe użytkowe miasto, położone w dolinie górskiej i schodzące aż do wybrzeża fiordu, zamieszkane jest obecnie sezonowo przez zaledwie 6-8 osób. Dwie z nich poznaliśmy przy okazji wstąpienia do baru (!) – to najdalej wysunięty na północ bar na świecie, w końcu nie można nie wstąpić – prowadzonego przez wesołe Rosjanki, serwujące cudowne pielmienie i barszcz z kołbaską. I wódeczkę, a jakże. Sam bar w ogóle zasługuje na kilka słów komentarza, bo chociaż jego lokalizacja kojarzy się bardziej z przymusowym zesłaniem niż przepychem, to jednak czerwono – złota kolorystyka wystroju, złocone samowary i zdobione talerze nie pozwalały zapomnieć, że to jednak Rosja. Skrawek Rosji w środku Norwegii, bez wizy. Kosmopolitycznie.

W pewnym momencie, jakby specjalnie chciał dodać dramaturgii i autentyczności sytuacji, do środka baru wkroczył wysoki facet w futrzanej czapce i równie futrzanym futrze, z ciężkimi buciorami i strzelbą przewieszoną przez ramię… Strach mnie trochę obleciał, bo całe miejsce przenosiło nas do innej epoki, a facet przybliżył się do nas i po rosyjsku wyjaśnił, że jest w Piramiden przewodnikiem. Po czym zaczął zachwalać narodowe przysmaki, tłuste i słonawe, ale za to świetnie wchodzące wespół z wódeczką. A jakże. Przy tym wszystkim nawet nie pomyśleliśmy o napiętej sytuacji politycznej, której skrawki docierały do nas jeszcze podczas pobytu w Longyearbyen, i było nam po prostu miło. Na krańcu świata i biegunie zimna ciepło zwykłej, ludzkiej życzliwości znacznie łatwiej zauważyć i docenić.
Kilka godzin wędrowaliśmy po naszej realistycznej wersji gry RPG, która poza nadal użytkowanymi (głównie turystycznie) obszarami, emanowała pustką, oraz atmosferą opuszczenia. I to w pośpiechu. I w bardzo krótkim czasie. Tak jakby jednego dnia przyszła decyzja „z góry” ordynująca odwrót i całe miasteczko, tak jak stało, siedziało czy leżało, w jednej chwili powróciło na stały ląd. Do domu. Bez troski o pozostawiane za sobą życie i jego materialne namiastki. W jedynym budynku, do którego udało nam się wejść (kiedyś wszystkie pozostawały otwarte i nikogo specjalnie nie interesowały, ale od kiedy Spitsbergen stał się bardziej znaną destynacją turystyczną, budynki zamknięto na głucho i włączono w zbiory svalbardzkiego muzeum), pomimo jego ewidentnego służbowego przeznaczenia, dojrzeliśmy pozostawione hełmy górnicze, rękawice, stare notatki, pocztówki świąteczne oraz – a jakże – butelki po wódeczce. Puste.
Budynki, chociaż nieużywane, popadają w ruinę co prawda głównie od środka, ale powoli wchłaniane są również przez żarłoczną naturę, przede wszystkim wrzaskliwe mewy, których wątpliwej jakości rozmowy nieustannie nam towarzyszyły. Dla mnie to jednak svalbardzka przyroda – szeroko pojęta fauna i minimalistyczna flora stanowią esencję wyprawy. Wywar dzikości i niedostępności. W tak niewielu miejscach na świecie ludzie nie położyli jeszcze swojej pazernej łapy i nie zniszczyli doszczętnie środowiska. A tu, wręcz na wyciągnięcie ręki, zoo wielkości województwa. O niedźwiedziach polarnych już wspominałam, ale oprócz tego żyje tu niezliczona ilość ptaków (których gatunków nawet nie próbujemy nazwać), renifery, morsy, foki, biełuchy, lisy polarne (polarnym latem przybierające brązowe, maskujące kolory futerka)… Jednego nawet udało nam się dostrzec, węszącego pośród dawnych torów kolejowych, ale szybko uciekł, spłoszony trzaskiem gruzów pod naszymi stopami.

Po powrocie na łódkę skierowaliśmy się w stronę gór po przeciwnej stronie fiordu (nagle, po ustąpieniu mgły, krajobraz zmienił się zupełnie, a raczej dopiero odsłonił), częściowo pokrytych śniegiem, ze zbocza których ześlizgiwał się potężny jęzor lodowca.
Przejęłam wachtę, trzymając kurs na skałę u podnóża ogromnej ilości lodu, a w miarę postępu i skracania odległości coraz bardziej odczuwaliśmy dotkliwe zimno, mroźny powiew omiatający nasze twarze niczym sygnał ostrzegawczy przed nadmiernym zmniejszaniem dystansu. Piotrek nadal polował aparatem fotograficznym na maskonury i rybitwy, kiedy zauważyliśmy pierwsze growlery, czyli zwarte bryły lodu, oddzielone od lodowca i swobodnie pływające na powierzchni, spore niebezpieczeństwo pływania na arktycznych wodach. Te, początkowo sporadyczne, zaczęły przybierać na ilości i w końcu otaczać nasz jacht gęstym szpalerem nieprzepuszczalnych, lodowych wojsk. Gdy omijanie ich powoli stawało się niemożliwe, kapitan przejął ster i chwilami łódka przeistaczała się w prawdziwy lodołamacz. Huk był ogromny i jakiś taki…dotkliwy. Dźwięki na jachcie zawsze wydają mi się bardziej dramatyczne niż faktycznie powinny, a teraz uderzenia stali o ogromne bryły lodu wręcz wzbudzały niepokój. Mróz zmuszał do zakładania kolejnych warstw ubrania, ale widok lodowca z bliska zapierał dech w piersiach. Nie tylko z powodu temperatury.
Zachodzące (obniżające się?) słońce, wydobywało prawdziwy i jedyny w swoim rodzaju błękit, a widok oddziaływał na wszystkie zmysły na raz, widowiskowo stękając, trzeszcząc i strzelając głucho, przekonując nas o nieustannej pracy ogromnych mas lodu. Piękno i groza w jednym.

Właściwie w tamtym miejscu całe nasze otoczenie zdawało się być w ciągłym ruchu – woda trzeszczała nie mogąc się zdecydować, w którym stanie skupienia byłoby jej najwygodniej, lodowiec huczał, a gdy wyłączyliśmy silnik, by nacieszyć się to głośną ciszą, usłyszeliśmy szum podlodowcowych rzek, nanoszących tony żwiru i nieustannie rzeźbiących swoje koryta.
Lekko oszołomieni, ale i przemarznięci, obraliśmy kurs ponownie na stolicę Spitsbergenu, z zamiarem przenocowania na kotwicowisku. Zresztą noc jest tu tylko umowna, zegary biologiczne wariują, a organizm nie odczuwa zmęczenia pomimo 2 albo 3 nad ranem. Kotwicowisko też jest umowne, no bo komu by się chciało wytyczać tu jakieś ustalone ścieżki czy przystanie?
Jest 23.00, arktyczne słońce grzeje nam w plecy, Piotrek właśnie zaczął wachtę (z powodu zimna najczęściej sterujemy po godzinie, przez pozostały czas starając się odzyskać z powrotem utracone kalorie) i dzielnie silnikujemy do celu…

Część pierwszą “Będąc młodą żeglarką” możecie przeczytać tutaj: CZĘŚĆ I 

Dodaj komentarz